01.09.2024, 18:55 ✶
Pojawienie się na polu golfowym wymagało od Ulyssesa wyjścia poza wiele stref własnego komfortu.
Po pierwsze: musiał zrezygnować z tak umiłowanego przez siebie ciemnego garnituru, białej koszuli, krawata i wypastowanych butów na rzecz białej koszulki polo wsuniętej w jasnobeżowe spodnie, brązowego paska do spodni, butów do golfa i kaszkietu. I niby wyglądał w tym momencie, jakby na pole golfowe udawał się średnio dwa razy w tygodniu, ale i tak czuł się jak idiota.
Po drugie: swobodna rozmowa z jedną nieszczególnie znaną kobietą (kiedy chciało się wypaść dobrze) była dość trudna. A tutaj miał na głowie aż trójkę ludzi, ale tylko z jedną Lyssą umówił się na randkę. Rodzeństwo wprosiło się na nią zupełnie bez zaproszenia.
Po trzecie: nie znosił, gdy ktoś go dotykał, bezustannie zagadywał i zmuszał do spoglądania na siebie częściej niż było to absolutnie koniecznie. A już kompletnie nienawidził, gdy takie rzeczy robił ktoś, kto nie był wart zapamiętania. A Ashley i jej brat Lucas nie byli tego warci.
Po czwarte: chichotanie. Niby w tym momencie zdawał sobie sprawę, że Ashley chichotała do niego a nie z niego, ale lata spędzone w Hogwarcie zrobiły swoje, czuł się nieswojo i narastała w nim irytacja. W żadnym razie nie był naprawdę zadowolony z okazanego mu zainteresowania.
No i niespecjalnie znał się na praktycznej części gry w golfa, ale jak zdążył już zauważyć to akurat było problemem tylko w jego głowie, bo nikt z towarzystwa nie zwracał prawdziwej uwagi na to, jak mu rzeczywiście szło. Ashley opowiadała o jakimś wieczornym konkursie karaoke. Lucas wydawał się stworzony do tego, by potakiwać słowom siostry. A Lyssa? Lyssa była nie w sosie.
Tej ostatniej posłał zmęczone spojrzenie, gdy się do niego odezwała. Wyglądał jak człowiek, który miał ochotę rzucić się do wspomnianego chwilę wcześniej stawu. Dość karkołomnie przy tym próbował nie zetknąć z biustem i rękami Ashley, bo dziewczyna już ustawiała się koło niego, by nie tylko pomóc mu w prawidłowym trzymaniu kija, ale i zadbać o to, by jego sylwetka prezentowała się należycie.
- Tak to się nigdy nie nauczę – rzucił cicho, bardziej zdecydowanie wyswobadzając się od niepotrzebnej pomocy. W innej sytuacji, gdyby był na tym polu golfowym sam albo tylko z Lyssą, pewnie próbowałby popisać się umiejętnościami. Teraz myślał tylko o tym, by jak najszybciej wymiksować się z gry. A jednak, może z przekory, udało mu się wykonać całkiem udane uderzenie. Piłeczka łukiem poleciała w stronę dołka, nie trafiając do środka, ale lądując zaledwie kilka metrów od niego. – Mówiłaś coś o karaoke? – zapytał szybko Rookwood Ashley, ale tylko po to by nie wysłuchiwać kolejnej porcji pochwał i instrukcji pod swoim adresem.
- Tak! – kiwnęła głową chyba naprawdę podekscytowana. – Dzisiaj wieczorem będzie konkurs karaoke. Brałam już w nim udział w zeszłym roku i wygrałam!
- Wygraliśmy – wtrącił jej brat, najwidoczniej uznając ten szczegół za niezwykle istotny.
- No, wygraliśmy, bo śpiewaliśmy w duecie, ale samodzielnie też bym wygrała – pochwaliła się nieskromnie. – Mam świetny słuch i rzadką barwę głosu. Może chciałbyś posłuchać?
Ulysses w żadnym wypadku nie miał ochoty na wysłuchiwanie w tym momencie śpiewu Ashley. Ani śpiewającej samej, ani duecie z bratem.
- Lyssa ładnie śpiewa – wtrącił, poniewczasie zdając sobie sprawę jak źle – w kontekście tego, jak się właściwie poznali – zabrzmiał ten komplement. – Naprawdę ładnie śpiewa – dodał szybko, tym bardziej do samej Lyssy, jakby niemo chciał jej dać znać, że nie próbował jej niczego zasugerować między wierszami.
Po pierwsze: musiał zrezygnować z tak umiłowanego przez siebie ciemnego garnituru, białej koszuli, krawata i wypastowanych butów na rzecz białej koszulki polo wsuniętej w jasnobeżowe spodnie, brązowego paska do spodni, butów do golfa i kaszkietu. I niby wyglądał w tym momencie, jakby na pole golfowe udawał się średnio dwa razy w tygodniu, ale i tak czuł się jak idiota.
Po drugie: swobodna rozmowa z jedną nieszczególnie znaną kobietą (kiedy chciało się wypaść dobrze) była dość trudna. A tutaj miał na głowie aż trójkę ludzi, ale tylko z jedną Lyssą umówił się na randkę. Rodzeństwo wprosiło się na nią zupełnie bez zaproszenia.
Po trzecie: nie znosił, gdy ktoś go dotykał, bezustannie zagadywał i zmuszał do spoglądania na siebie częściej niż było to absolutnie koniecznie. A już kompletnie nienawidził, gdy takie rzeczy robił ktoś, kto nie był wart zapamiętania. A Ashley i jej brat Lucas nie byli tego warci.
Po czwarte: chichotanie. Niby w tym momencie zdawał sobie sprawę, że Ashley chichotała do niego a nie z niego, ale lata spędzone w Hogwarcie zrobiły swoje, czuł się nieswojo i narastała w nim irytacja. W żadnym razie nie był naprawdę zadowolony z okazanego mu zainteresowania.
No i niespecjalnie znał się na praktycznej części gry w golfa, ale jak zdążył już zauważyć to akurat było problemem tylko w jego głowie, bo nikt z towarzystwa nie zwracał prawdziwej uwagi na to, jak mu rzeczywiście szło. Ashley opowiadała o jakimś wieczornym konkursie karaoke. Lucas wydawał się stworzony do tego, by potakiwać słowom siostry. A Lyssa? Lyssa była nie w sosie.
Tej ostatniej posłał zmęczone spojrzenie, gdy się do niego odezwała. Wyglądał jak człowiek, który miał ochotę rzucić się do wspomnianego chwilę wcześniej stawu. Dość karkołomnie przy tym próbował nie zetknąć z biustem i rękami Ashley, bo dziewczyna już ustawiała się koło niego, by nie tylko pomóc mu w prawidłowym trzymaniu kija, ale i zadbać o to, by jego sylwetka prezentowała się należycie.
- Tak to się nigdy nie nauczę – rzucił cicho, bardziej zdecydowanie wyswobadzając się od niepotrzebnej pomocy. W innej sytuacji, gdyby był na tym polu golfowym sam albo tylko z Lyssą, pewnie próbowałby popisać się umiejętnościami. Teraz myślał tylko o tym, by jak najszybciej wymiksować się z gry. A jednak, może z przekory, udało mu się wykonać całkiem udane uderzenie. Piłeczka łukiem poleciała w stronę dołka, nie trafiając do środka, ale lądując zaledwie kilka metrów od niego. – Mówiłaś coś o karaoke? – zapytał szybko Rookwood Ashley, ale tylko po to by nie wysłuchiwać kolejnej porcji pochwał i instrukcji pod swoim adresem.
- Tak! – kiwnęła głową chyba naprawdę podekscytowana. – Dzisiaj wieczorem będzie konkurs karaoke. Brałam już w nim udział w zeszłym roku i wygrałam!
- Wygraliśmy – wtrącił jej brat, najwidoczniej uznając ten szczegół za niezwykle istotny.
- No, wygraliśmy, bo śpiewaliśmy w duecie, ale samodzielnie też bym wygrała – pochwaliła się nieskromnie. – Mam świetny słuch i rzadką barwę głosu. Może chciałbyś posłuchać?
Ulysses w żadnym wypadku nie miał ochoty na wysłuchiwanie w tym momencie śpiewu Ashley. Ani śpiewającej samej, ani duecie z bratem.
- Lyssa ładnie śpiewa – wtrącił, poniewczasie zdając sobie sprawę jak źle – w kontekście tego, jak się właściwie poznali – zabrzmiał ten komplement. – Naprawdę ładnie śpiewa – dodał szybko, tym bardziej do samej Lyssy, jakby niemo chciał jej dać znać, że nie próbował jej niczego zasugerować między wierszami.