01.09.2024, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 00:14 przez Albert Rookwood.)
Ręka zaciśnięta na jego ramieniu naraz wyrwała go z duszącej pustki płytkiego snu. Chłód chropowatej cegły tak cudownie pieścił jego śliski od potu policzek, nie chciał otwierać oczu, nie miał siły na otwieranie oczu, ale zrobił to — trupio wytrzeszczone, przekrwione ślepia spoczęły na twarzy młodego człowieka, który wcale nie okazał się obcy, lecz wręcz przeciwnie. Był absolutnie, dokumentnie nie-obcy. Dlaczego tak dobrze go pamiętał? Co oni, kurwa, wczoraj robili?
...ruchali się? On i, uh, James ruchali się wczoraj? Nie, to niemożliwe. Kelly był brudasem-klątwołamaczem na stażu w Banku, Albert pracował zbyt blisko niego. Albert nie był aż taki głupi, Albert nigdy nie srał do własnego gniazda.
Krzywiąc się pod ciężarem nieboskiej łupanki pod czerepem, przesunął wzrokiem po sylwetce chłopaka, usmarowanej gnojem, rzygiem i procentem. Był szczupły, urodziwy i... chyba nastoletni? Nawet teraz, gdy twarz miał opuchniętą i zielonkawą od tragicznego zatrucia alkoholem, dostrzegał w jego rysach czarującą delikatność i luksusową świeżość, za możliwość przelizania której dałby się pokroić. No dobrze, może to była przesada, ale bez najbledszych wątpliwości szczodrze sypnąłby za taką szansę swoim ciężko zarobionym galeonem.
Dobrze, kurwa, niech już będzie — jakkolwiek idiotycznie to nie brzmiało, upojna (albo upojona) noc z Kellym była jednym z całkiem realnych elementów ciągu wydarzeń, którego ekstatycznym finałem była pobudka w tym zasranym chlewie. Cóż, jakiegokolwiek fikołka by nie odstawił, wiedział, że wyjdzie z tego wszystkiego cało, jeśli tylko zachowa zimną krew. Nie może dać po sobie poznać, o czym właśnie myślał.
Zmrużył oczy, z trudem podnosząc się do siadu. Stojąca przy nim maciora cofnęła się trwożliwie na tych swoich krótkich, tłustych nóżkach.
- Ja pierdolę - mruknął, przykładając lepką od błota i gówna dłoń do skroni. - Ja pierdolę, chyba umieram.
Istotnie — wewnętrznie czuł się czysty, niebezpiecznie czysty. Jakby wypił co najmniej szklankę wybielacza. Kompletna trzeźwość niebezpiecznie drażniła wszystkie jego nerwy, paliła go w przełyku i rozregulowywała pracę niepokojąco rozdętych flaków. Tak być nie może, potrzebował utopić tego kaca w pincie piwa, najlepiej w trzech. Doprawiłby to kreską magicznego pyłu i cyk, kurwa, fiku-miku, trala-lala i shazam — stopniowe schodzenie na ziemię, łagodne jak cuchnąca szczochem bryza znad Tamizy i mięciutkie jak cycki Imogen.
Niechętnie odwrócił myśli od błogiego wspomienia nabrzmiałych krągłości żony swojego bratanka, żeby rozejrzeć się po chrumkającej oborze.
– Kelly, kurwa, daj mu biegać, jak chce biegać – Niezgrabnie wygrzebał różdżkę zza pazuchy, musiał pozbyć się tego brudu. – I nie mów do mnie per "pan", nie jestem jeszcze taki staa-aah...
Wybuch.
Na ułamek sekundy ściany chlewu zginęły w przerażającym błysku śnieżnobiałego światła, gdy dezorientujący huk prawie rozerwał im bębenki w uszach.
Albert westchnął z ulgą; bladoróżowa mgiełka leniwie opadała na ziemię przy drzwiach wejściowych, mieniąc się w porannym słońcu niby świeża rosa. Farmer był martwy, jego wnętrzności rozerwane na cząsteczki siłą eksplozji, która pozostawiła po sobie jedynie złowrogie cienie na okolicznych deskach.
- KELLY! UCISZ TE ŚWINIE KURWA - przekrzykiwał głośny pisk w głowie i jeszcze głośniejsze kwiki pogrążonej w panice trzody.
...ruchali się? On i, uh, James ruchali się wczoraj? Nie, to niemożliwe. Kelly był brudasem-klątwołamaczem na stażu w Banku, Albert pracował zbyt blisko niego. Albert nie był aż taki głupi, Albert nigdy nie srał do własnego gniazda.
Krzywiąc się pod ciężarem nieboskiej łupanki pod czerepem, przesunął wzrokiem po sylwetce chłopaka, usmarowanej gnojem, rzygiem i procentem. Był szczupły, urodziwy i... chyba nastoletni? Nawet teraz, gdy twarz miał opuchniętą i zielonkawą od tragicznego zatrucia alkoholem, dostrzegał w jego rysach czarującą delikatność i luksusową świeżość, za możliwość przelizania której dałby się pokroić. No dobrze, może to była przesada, ale bez najbledszych wątpliwości szczodrze sypnąłby za taką szansę swoim ciężko zarobionym galeonem.
Dobrze, kurwa, niech już będzie — jakkolwiek idiotycznie to nie brzmiało, upojna (albo upojona) noc z Kellym była jednym z całkiem realnych elementów ciągu wydarzeń, którego ekstatycznym finałem była pobudka w tym zasranym chlewie. Cóż, jakiegokolwiek fikołka by nie odstawił, wiedział, że wyjdzie z tego wszystkiego cało, jeśli tylko zachowa zimną krew. Nie może dać po sobie poznać, o czym właśnie myślał.
Zmrużył oczy, z trudem podnosząc się do siadu. Stojąca przy nim maciora cofnęła się trwożliwie na tych swoich krótkich, tłustych nóżkach.
- Ja pierdolę - mruknął, przykładając lepką od błota i gówna dłoń do skroni. - Ja pierdolę, chyba umieram.
Istotnie — wewnętrznie czuł się czysty, niebezpiecznie czysty. Jakby wypił co najmniej szklankę wybielacza. Kompletna trzeźwość niebezpiecznie drażniła wszystkie jego nerwy, paliła go w przełyku i rozregulowywała pracę niepokojąco rozdętych flaków. Tak być nie może, potrzebował utopić tego kaca w pincie piwa, najlepiej w trzech. Doprawiłby to kreską magicznego pyłu i cyk, kurwa, fiku-miku, trala-lala i shazam — stopniowe schodzenie na ziemię, łagodne jak cuchnąca szczochem bryza znad Tamizy i mięciutkie jak cycki Imogen.
Niechętnie odwrócił myśli od błogiego wspomienia nabrzmiałych krągłości żony swojego bratanka, żeby rozejrzeć się po chrumkającej oborze.
– Kelly, kurwa, daj mu biegać, jak chce biegać – Niezgrabnie wygrzebał różdżkę zza pazuchy, musiał pozbyć się tego brudu. – I nie mów do mnie per "pan", nie jestem jeszcze taki staa-aah...
Wybuch.
Na ułamek sekundy ściany chlewu zginęły w przerażającym błysku śnieżnobiałego światła, gdy dezorientujący huk prawie rozerwał im bębenki w uszach.
Albert westchnął z ulgą; bladoróżowa mgiełka leniwie opadała na ziemię przy drzwiach wejściowych, mieniąc się w porannym słońcu niby świeża rosa. Farmer był martwy, jego wnętrzności rozerwane na cząsteczki siłą eksplozji, która pozostawiła po sobie jedynie złowrogie cienie na okolicznych deskach.
- KELLY! UCISZ TE ŚWINIE KURWA - przekrzykiwał głośny pisk w głowie i jeszcze głośniejsze kwiki pogrążonej w panice trzody.