31.08.2024, 12:14 ✶
– Brat lubi twierdzić, że jestem czarnowidzem – odparła Brenna pogodnym tonem, nie przystającym zbytnio do sytuacji. Trochę w tym jej zdaniem przesadzał, ale Brenna faktycznie lubiła przeanalizować, co może pójść źle, i tego większość ludzi widząc ją pędzącą gdzieś ministerialnymi korytarzami, głupio uśmiechniętą czy zajadającą czekoladki, raczej się nie spodziewała.
Podobnie jak tego, że doskonale wiedziała, co może powstrzymać przed pchnięcia sprawy do Ministerstwa. Cały Zakon Feniksa to wiedział, znali sytuacje, w których źle się dla kogoś skończyło, że zbyt wiele osób znało jego miejsce przebywania czy interesy – bo to przecież nie tak, że chcieli zajmować się niektórymi rzeczami na pograniczu prawa albo poza nim. Znacznie wygodniej było wrzucać wszystko, co się dało, na oficjalne kanały. Po prostu czasem te sprawy utykały, bo nie szło legalnie zdobyć dowodów albo wręcz kończyły się tragicznie, bo auror wspomniał to i owo narzeczonej przy kolacji, narzeczona wspomniała o tym tacie, a tata wyciągnął z szafy mało gustowną maskę i czarny płaszczyk.
Brenna założyła rękawiczki, tak na wszelki wypadek, przyświeciła sobie słabym światłem lumos, zanim weszła do pomieszczenia, upewniając, że nie dostrzeże czegoś podejrzanego, że żaden portret nie patrzy ze ściany i patrząc, gdzie i jak leżą poszczególne rzeczy. Dopiero potem zaczęła zaglądać do szafy, pod łóżko, sprawdzać podłogę – te wszystkie miejsca, w którym mogły kryć się jakieś podejrzane rzeczy. Zaklęciami rozpraszającymi testowała, czy coś nie zostało ukryte. Sprawdziła lustro – czasem za takimi lubiły kryć się skrytki – ale wyglądało na to, że sypialnia jest tylko sypialnią. Nie kryjącą tajemnic mroczniejszych niż brudne skarpetki.
Orionowi z początku też nie szło lepiej. Trochę porozrzucanych tu i ówdzie papierów, ale były to ot zwykłe dokumenty, brudne naczynia w zlewie – Adrianowi nie chciało się chyba ostatnio rzucać chłoszczyć – psujące się owoce na paterze, obsiadłe przez małe muszki. Sporo magicznych bibelotów, może ryzykowne, gdy mieszkało się w mugolskiej dzielnicy, ale niewykluczone, że za ich pomocą Adrian chciał odróżnić się od właśnie od mugolskich sąsiadów, przypomnieć sobie i gościom, że jest czarodziejem. Szuflada biurka wypełniona papierami…
Gdyby jednak rzucił zaklęcia ujawniające, odkryłby, że zawartość jednej teczki zaczyna się zmieniać pod ich wpływem.
Po prawdzie gdyby nie to, pewnie w ogóle nie zwróciłby uwagi na te papiery – były to po prostu akta jakiejś starszej sprawy, w wyniku której ukarano kogoś za napaść na mugoli. Pewnie nie powinien wynosić ich z Departamentu, pracownicy robili jednak czasem takie rzeczy. Nie ukrywało się jednak czegoś bez znaczenia, i dokładne przejrzenie zawartości sprawiło, że w oczy rzuciła się mu kartka, zapisana bez wątpienia pismem Harta.
Najwyraźniej to były dokumenty zabrane z jego mieszkania.
– Masz coś? W sypialni nic, chociaż wydaje mi się, że Adrian nie był w mieszkaniu więcej niż dzień.
Podobnie jak tego, że doskonale wiedziała, co może powstrzymać przed pchnięcia sprawy do Ministerstwa. Cały Zakon Feniksa to wiedział, znali sytuacje, w których źle się dla kogoś skończyło, że zbyt wiele osób znało jego miejsce przebywania czy interesy – bo to przecież nie tak, że chcieli zajmować się niektórymi rzeczami na pograniczu prawa albo poza nim. Znacznie wygodniej było wrzucać wszystko, co się dało, na oficjalne kanały. Po prostu czasem te sprawy utykały, bo nie szło legalnie zdobyć dowodów albo wręcz kończyły się tragicznie, bo auror wspomniał to i owo narzeczonej przy kolacji, narzeczona wspomniała o tym tacie, a tata wyciągnął z szafy mało gustowną maskę i czarny płaszczyk.
Brenna założyła rękawiczki, tak na wszelki wypadek, przyświeciła sobie słabym światłem lumos, zanim weszła do pomieszczenia, upewniając, że nie dostrzeże czegoś podejrzanego, że żaden portret nie patrzy ze ściany i patrząc, gdzie i jak leżą poszczególne rzeczy. Dopiero potem zaczęła zaglądać do szafy, pod łóżko, sprawdzać podłogę – te wszystkie miejsca, w którym mogły kryć się jakieś podejrzane rzeczy. Zaklęciami rozpraszającymi testowała, czy coś nie zostało ukryte. Sprawdziła lustro – czasem za takimi lubiły kryć się skrytki – ale wyglądało na to, że sypialnia jest tylko sypialnią. Nie kryjącą tajemnic mroczniejszych niż brudne skarpetki.
Orionowi z początku też nie szło lepiej. Trochę porozrzucanych tu i ówdzie papierów, ale były to ot zwykłe dokumenty, brudne naczynia w zlewie – Adrianowi nie chciało się chyba ostatnio rzucać chłoszczyć – psujące się owoce na paterze, obsiadłe przez małe muszki. Sporo magicznych bibelotów, może ryzykowne, gdy mieszkało się w mugolskiej dzielnicy, ale niewykluczone, że za ich pomocą Adrian chciał odróżnić się od właśnie od mugolskich sąsiadów, przypomnieć sobie i gościom, że jest czarodziejem. Szuflada biurka wypełniona papierami…
Gdyby jednak rzucił zaklęcia ujawniające, odkryłby, że zawartość jednej teczki zaczyna się zmieniać pod ich wpływem.
Po prawdzie gdyby nie to, pewnie w ogóle nie zwróciłby uwagi na te papiery – były to po prostu akta jakiejś starszej sprawy, w wyniku której ukarano kogoś za napaść na mugoli. Pewnie nie powinien wynosić ich z Departamentu, pracownicy robili jednak czasem takie rzeczy. Nie ukrywało się jednak czegoś bez znaczenia, i dokładne przejrzenie zawartości sprawiło, że w oczy rzuciła się mu kartka, zapisana bez wątpienia pismem Harta.
Najwyraźniej to były dokumenty zabrane z jego mieszkania.
– Masz coś? W sypialni nic, chociaż wydaje mi się, że Adrian nie był w mieszkaniu więcej niż dzień.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.