28.08.2024, 21:10 ✶
Na tej płaszczyźnie mieli jasność, ponieważ Ambroise także niespecjalnie przejmował się opinią innych na swój temat. Zresztą. W zależności od środowiska, które by o niego spytano, odpowiedzi mogłyby brzmieć zupełnie inaczej. Nie do końca żartował, kiedy wspominał, że najgorsze cechy charakteru zachowywał na czas spędzony poza szpitalem. To, że tutaj był przykładnym uzdrowicielem nic nie znaczyło w większej perspektywie. Nawet jeśli nie nazywano go tu Frustrance Bólztrudem, gdzieś musiał mieć jakieś mało kulturalne przezwisko. Gdyby je usłyszał, pewnie nawet by to docenił. Kreatywność ludzi nie znała granic.
Dokładnie tak samo jak światłość Florence, która nagle postanowiła zaskoczyć go jednym prostym zdaniem.
- Nie wziąłem tego pod uwagę - odpowiedział ze zmarszczeniem czoła.
Zdecydowanie zbyt głębokie na jego faktyczny wiek zmarszczki były dowodem na to, że (niezależnie od tego co zawsze mówił) niejednokrotnie dało się zbić go z tropu. Gdyby rzeczywiście jakoś głęboko interesowała go ta sprawa, mógłby poczuć się urażony, że to Florence wpadła na tak prosty i oczywisty trop. Wtedy w żadnym wypadku nie przyznałby jej racji. Nie ot tak ani nie wprost.
- Nielegalny zakup na Nokturnie poszedł gorzej niż założono? - mruknął do nikogo konkretnie, wcale nie oczekiwał odpowiedzi, ta naturalnie musiała być twierdząca. - Klątwa, nekromancja, możliwe, że też inne gówno - nawet jeśli nie okazywał tego w widoczny sposób, właśnie poczuł się jak niedoświadczony uczniak.
Powinien dojść do tych samych wniosków na długo przed nią. Tymczasem wystarczyła chwila, żeby Florence wyprzedziła go we wszystkim, co dotyczyło tematu. Co gorsza, zrobiła to w bardzo zdawkowy sposób. Codzienna praca przy klątwach miała z tym wiele wspólnego, ale Ambroise nie lubił marnych wymówek. Zdążył kilka razy ochrzanić się w myślach.
"Naszprycowane eliksirami" mu w dupę. Oczywiście, że to nie były wyłącznie eliksiry. Nadmierna pewność siebie prowadziła do błyskawicznej lekcji pokory, której nie chciał odbywać. Nie lubił, kiedy ktoś wpadał na właściwy trop z taką łatwością jaką zaprezentowała koleżanka. Zapewne mógł dać sobie trochę mniej batów w związku z tym, że to była Florence. Ze wszystkich uzdrowicieli miał ją za jedną z najbardziej światłych osob, ale...
... z drugiej strony to była Florence. Jeśli ktoś mu wjeżdżał na ambicję to była Florence. Kurwa, mógłby się mniej biczować, gdyby to był jakiś Lupin czy coś, inny farciarz stażysta.
Jasne?
Jasne.
Na żałosny posmak goryczy miał w kieszeni miętówkę wątpliwego pochodzenia. W tym wypadku nie prezentował salonowej kultury. Cukierek był lekko rozpuszczony, nadkruszony i pokryty drobnymi kłaczkami. Ni to kurzem, ni to włóknami materiału. Zanim Greengrass wsadził go sobie do ust, strzepnął kilka większych, mniej przyklejonych paprochów. Niewiele to dało, bo landrynka nadal nie wyglądała jadalnie, ale posmak mięty orzeźwiał.
- Ktoś miał to zgłosić, ale widać nie był skuteczny - kląsknął językiem o podniebienie. - Być może będziemy mieć dwa prezenty dla Brygady.
Trudno byłoby zbagatelizować taką okazję. Niechybnie mieliby tu dodatkowe towarzystwo i tuzin papierów do wypełnienia. Ambroise nie znosił papierologii, wzdrygając się na samą myśl. To znaczy zanim uświadomił sobie, że był jedną z ostatnich osób, od których można byłoby chcieć wypełniania druczków i raporcików. To nie on skutecznie rozpoznawał klątwy. Jeżeli miało mu to oszczędzić nudnej roboty nie ze swojego oddziału, mógł zapewnić każdego, że nawet nie znał definicji słowa "klątwa". W takim wypadku nie upierał się przy byciu specjalistą.
Choć tu chodziło o żaby. Jeżeli miał być szczery, nie mógł pominąć roślin terroryzujących oddział panny Bulstrode. Zadeklarował pomoc, więc wziął na głowę wszystkie konsekwencje. W tym sterty pisemnych ekspertyz, jeśli włączą w to władze. Dzisiejsze raporty jawiły się jako nieskończone godziny notowania.
- Można byłoby myśleć, że miał nogi z drewna - skomentował z uniesionymi brwiami. Zawsze zaskakiwali go pacjenci, którzy na wyraźne ostrzeżenia, że mają na coś uważać albo czegoś nie robić reagowali skrajnie głupio. Nawet nie chodziło o to, że był specjalnie zaskoczony ignorowaniem poleceń. Nie. Rozumiał stres i tego typu kwestie. Był nieodmiennie zaskoczony tym, ile krzywdy potrafili narobić sobie lub innym dookoła siebie, kiedy próbowali nic nie narobić. Zupełnie tak, jakby uważaj, uważaj, uważaj, uważaj wyłączało ich instynkty samozachowawcze.
Chyba nie musiał komentować, że zastanawiał się, jakim cudem ten człowiek dotarł tak daleko? Klątwa nie musiała próbować go zabić. Nie musiała się aktywować. Równie dobrze mogła być, leżeć spokojnie i obserwować jak delikwent sam robi sobie krzywdę.
- Znakomicie - skomentował starania Florence w zabezpieczeniu ławeczki. Mieli czyste ręce, jeśli chodzi o zadbanie o ostrzeżenie. Poza tym, gdzie indziej można było dostać błyskawiczną pomoc po zignorowaniu napisu, jak nie w szpitalu? Nieempatyczne, ale prawdziwe. Mieli większe problemy niż czyjś analfabetyzm.
Szczególnie, że teoria o słabnięciu pnączy sama się wykluczyła. Wystarczyło otwórz drzwi i chaos niemal wylał się na zewnątrz.
- To nie diabelskie sidła - skomentował to, co było raczej jasne. Roślina wyglądała bardzo podobnie, ale wystarczyło zwrócić uwagę na otoczenie, żeby wykluczyć pozorną oczywistość.
Już na pierwszy rzut oka pnącza nie reagowały źle na światło. Miały nieznacznie inny kształt liści. Wybarwienie było niemal identyczne, ale trochę bardziej zielone. Dokładnie tak jak powinno być w przypadku rośliny odpornej na słońce. Ambroise zmarszczył brwi.
- To wygląda jak rozrośnięty fruwokwiat - był skonsternowany - ale fruwokwiaty są bezsprzecznie nieszkodliwe - na razie nie przekraczał magicznej bariery postawionej przez Bulstrode. Wychylił się w przód na tyle, na ile mógł i zmrużył oczy. - A te bardziej brązowe części? Widzisz? - Nie oczekiwał potwierdzenia. Kontynuował niemal od razu. - To nie są naturalne przyrosty. Zupełnie tak, jakby ktoś skrzyżował fruwokwiaty i wnykopieńki.
Co gorsza, biorąc z nich najbardziej uodporniające cechy.
- Potrzebuję pomyśleć - powiedział, po czym prewencyjnie ubiegł koleżankę. - Tak, tak. Zrobię to szybko.
Dokładnie tak samo jak światłość Florence, która nagle postanowiła zaskoczyć go jednym prostym zdaniem.
- Nie wziąłem tego pod uwagę - odpowiedział ze zmarszczeniem czoła.
Zdecydowanie zbyt głębokie na jego faktyczny wiek zmarszczki były dowodem na to, że (niezależnie od tego co zawsze mówił) niejednokrotnie dało się zbić go z tropu. Gdyby rzeczywiście jakoś głęboko interesowała go ta sprawa, mógłby poczuć się urażony, że to Florence wpadła na tak prosty i oczywisty trop. Wtedy w żadnym wypadku nie przyznałby jej racji. Nie ot tak ani nie wprost.
- Nielegalny zakup na Nokturnie poszedł gorzej niż założono? - mruknął do nikogo konkretnie, wcale nie oczekiwał odpowiedzi, ta naturalnie musiała być twierdząca. - Klątwa, nekromancja, możliwe, że też inne gówno - nawet jeśli nie okazywał tego w widoczny sposób, właśnie poczuł się jak niedoświadczony uczniak.
Powinien dojść do tych samych wniosków na długo przed nią. Tymczasem wystarczyła chwila, żeby Florence wyprzedziła go we wszystkim, co dotyczyło tematu. Co gorsza, zrobiła to w bardzo zdawkowy sposób. Codzienna praca przy klątwach miała z tym wiele wspólnego, ale Ambroise nie lubił marnych wymówek. Zdążył kilka razy ochrzanić się w myślach.
"Naszprycowane eliksirami" mu w dupę. Oczywiście, że to nie były wyłącznie eliksiry. Nadmierna pewność siebie prowadziła do błyskawicznej lekcji pokory, której nie chciał odbywać. Nie lubił, kiedy ktoś wpadał na właściwy trop z taką łatwością jaką zaprezentowała koleżanka. Zapewne mógł dać sobie trochę mniej batów w związku z tym, że to była Florence. Ze wszystkich uzdrowicieli miał ją za jedną z najbardziej światłych osob, ale...
... z drugiej strony to była Florence. Jeśli ktoś mu wjeżdżał na ambicję to była Florence. Kurwa, mógłby się mniej biczować, gdyby to był jakiś Lupin czy coś, inny farciarz stażysta.
Jasne?
Jasne.
Na żałosny posmak goryczy miał w kieszeni miętówkę wątpliwego pochodzenia. W tym wypadku nie prezentował salonowej kultury. Cukierek był lekko rozpuszczony, nadkruszony i pokryty drobnymi kłaczkami. Ni to kurzem, ni to włóknami materiału. Zanim Greengrass wsadził go sobie do ust, strzepnął kilka większych, mniej przyklejonych paprochów. Niewiele to dało, bo landrynka nadal nie wyglądała jadalnie, ale posmak mięty orzeźwiał.
- Ktoś miał to zgłosić, ale widać nie był skuteczny - kląsknął językiem o podniebienie. - Być może będziemy mieć dwa prezenty dla Brygady.
Trudno byłoby zbagatelizować taką okazję. Niechybnie mieliby tu dodatkowe towarzystwo i tuzin papierów do wypełnienia. Ambroise nie znosił papierologii, wzdrygając się na samą myśl. To znaczy zanim uświadomił sobie, że był jedną z ostatnich osób, od których można byłoby chcieć wypełniania druczków i raporcików. To nie on skutecznie rozpoznawał klątwy. Jeżeli miało mu to oszczędzić nudnej roboty nie ze swojego oddziału, mógł zapewnić każdego, że nawet nie znał definicji słowa "klątwa". W takim wypadku nie upierał się przy byciu specjalistą.
Choć tu chodziło o żaby. Jeżeli miał być szczery, nie mógł pominąć roślin terroryzujących oddział panny Bulstrode. Zadeklarował pomoc, więc wziął na głowę wszystkie konsekwencje. W tym sterty pisemnych ekspertyz, jeśli włączą w to władze. Dzisiejsze raporty jawiły się jako nieskończone godziny notowania.
- Można byłoby myśleć, że miał nogi z drewna - skomentował z uniesionymi brwiami. Zawsze zaskakiwali go pacjenci, którzy na wyraźne ostrzeżenia, że mają na coś uważać albo czegoś nie robić reagowali skrajnie głupio. Nawet nie chodziło o to, że był specjalnie zaskoczony ignorowaniem poleceń. Nie. Rozumiał stres i tego typu kwestie. Był nieodmiennie zaskoczony tym, ile krzywdy potrafili narobić sobie lub innym dookoła siebie, kiedy próbowali nic nie narobić. Zupełnie tak, jakby uważaj, uważaj, uważaj, uważaj wyłączało ich instynkty samozachowawcze.
Chyba nie musiał komentować, że zastanawiał się, jakim cudem ten człowiek dotarł tak daleko? Klątwa nie musiała próbować go zabić. Nie musiała się aktywować. Równie dobrze mogła być, leżeć spokojnie i obserwować jak delikwent sam robi sobie krzywdę.
- Znakomicie - skomentował starania Florence w zabezpieczeniu ławeczki. Mieli czyste ręce, jeśli chodzi o zadbanie o ostrzeżenie. Poza tym, gdzie indziej można było dostać błyskawiczną pomoc po zignorowaniu napisu, jak nie w szpitalu? Nieempatyczne, ale prawdziwe. Mieli większe problemy niż czyjś analfabetyzm.
Szczególnie, że teoria o słabnięciu pnączy sama się wykluczyła. Wystarczyło otwórz drzwi i chaos niemal wylał się na zewnątrz.
- To nie diabelskie sidła - skomentował to, co było raczej jasne. Roślina wyglądała bardzo podobnie, ale wystarczyło zwrócić uwagę na otoczenie, żeby wykluczyć pozorną oczywistość.
Już na pierwszy rzut oka pnącza nie reagowały źle na światło. Miały nieznacznie inny kształt liści. Wybarwienie było niemal identyczne, ale trochę bardziej zielone. Dokładnie tak jak powinno być w przypadku rośliny odpornej na słońce. Ambroise zmarszczył brwi.
- To wygląda jak rozrośnięty fruwokwiat - był skonsternowany - ale fruwokwiaty są bezsprzecznie nieszkodliwe - na razie nie przekraczał magicznej bariery postawionej przez Bulstrode. Wychylił się w przód na tyle, na ile mógł i zmrużył oczy. - A te bardziej brązowe części? Widzisz? - Nie oczekiwał potwierdzenia. Kontynuował niemal od razu. - To nie są naturalne przyrosty. Zupełnie tak, jakby ktoś skrzyżował fruwokwiaty i wnykopieńki.
Co gorsza, biorąc z nich najbardziej uodporniające cechy.
- Potrzebuję pomyśleć - powiedział, po czym prewencyjnie ubiegł koleżankę. - Tak, tak. Zrobię to szybko.