Morpheus zamarł w połowie drogi i chyba trochę pobladł, ale mogła to być tylko kwestia światła, które wpadało do wnętrza długimi promieniami z wybitych przestrzeni, sprawiając, że wszystko wyglądało mniej prawdziwie, niż powinno. Rzeczywistość dookoła Longbottoma zwykle wyglądała na bardziej materialną, lecz w wypadku zameczku było odwrotnie, jakby przestrzeń dopasowała się do właściciela, jedną nogą w przyszłości, drugą w przeszłości, nigdy teraz.
Przed oczami ponownie stanęła mu wizja, bieg w płomieniach, jesienne liście zmieniające się w języki ognia, które łapią się jego szaty, spopielają go w agonii, ale jego duchowe ja podążało dalej, aż wspiął się na wzgórze i ujrzał Dolinę Godryka w ogniu, a nad nią formujący się z dymu symbol Śmierciożerców. Warownia nie mogła upaść, a on miał jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Tyle żali, które chciał naprawić. Nie obawiał się niczego tak bardzo od czasu, gdy jego własna matka rzekła głosem bogów, że umrze młodo. Jeszcze wtedy nie rozumiał jej słów. Umarł, emocjonalnie, lecz tutaj miał spłonąć.
Zapatrzył się na chwilę na resztki, nieobecny, pochłonięty przez reminescencje. Zaraz opanował wyraz twarzy i machnął na to ręką, dosłownie, wracając do Jessiego.
— Tym się nie przejmuj, to mój rytuał na Lammas, nie mam serca tego posprzątać. Tutaj, wydaje mi się, że tutaj mam resztki jakiegoś paskudztwa...
Skierował się w stronę wejścia do wieżyczki. U podnóży schodów, w niedużym pomieszczeniu (z którego już zabrano nawiedzoną calliope), z resztkami topionego plastiku i jakiegoś czerwonego materiału w jednym miejscu, nie było właściwie nic. Ale obecności była namacalna, nieco złowroga, jakby ostrzegająca, bardzo zimna, ale w inny sposób niż duchy, ich tam zdecydowanie nie było.
Wujek Morpheus był raczej energiczny, miał tę iskrę ciągłego ruchu, chocisz z biegiem lat pożoga, niczym z wizji, została ujarzmiona. Zawahał się w swojej głowie, zgubił krok. A co jeśli to on był tym ogniem, który doprowadzi do zguby Doliny?