26.08.2024, 15:14 ✶
Rodolphus miał zgoła odmienne spojrzenie na bliźniaków. To Richard był tym złym, to on sprawił, że jego relacje z Robertem się zepsuły. Absolutnie nie widział w tym swojej winy - przecież Nicholas ostrzegał go, żeby nie drażnił Mulcibera i nie przesuwał granic. Ale on musiał to zrobić, prawda? Testował jego cierpliwość i za to zapłacił. Lecz był na tyle arogancki, że uważał, że gdyby nagle na horyzoncie nie pojawił się bliźniak Roberta, to wszystko dałoby się naprawić. To on był trucizną, trawiącą ich relację.
- To dość roszczeniowe podejście, Charles - upomniał go, ściągając brwi. Mulciber zachowywał się - cóż - na swój wiek. To Rodolphus z tej dwójki miał umysł przeżarty czarną magią, złem i książkami oraz jadem. Ciało i wiek miał dwudziestoparolatka, lecz umysł tego chłopaka wydawał się być o wiele, wiele starszy. Miał zupełnie inne wartości i myślał kompletnie innymi kategoriami niż jego rówieśnicy: dało się to odczuć przy bliższym poznaniu. Tu nawet nie chodziło o to, że Lestrange miał kija w dupie, ale po prostu myślał inaczej. - Uważaj na to, co mówisz i gdzie. Przypominam, że ściany mają uszy.
Po raz kolejny przypomniał chłopakowi o tym, że znajdują się w miejscu publicznym. Czy Charles nie miał świadomości, jak niebezpieczny był Robert i ile miał wtyk wszędzie? Przecież gdyby dowiedział się o tym, co chłopak wygaduje, to kto wie jak by to się skończyło. Na pewno gorzej niż tylko wywaleniem z mieszkania.
Interesujący był też fakt, że Charles tak łatwo przeszedł z obwiniania Isaaca do obwiniania Roberta. Sam chyba zaczynał gubić się w swoim własnym żalu i szukał ofiary, odmawiając uświadomienia sobie, że być może to w nim leżał problem. Lestrange upił kolejny łyk napoju bezalkoholowego, na chwilę przenosząc spojrzenie na okno. Było ciemno, późno. Zabawił tu dłużej niż zamierzał, ale to zdecydowanie nie był stracony czas.
- Możecie tam mieszkać tak długo, dopóki nie staniecie na nogi. Mieszkanie niszczeje, gdy nikt w nim nie mieszka. Skrzat odwiedza je dwa razy w tygodniu, ale to nie wystarczy by utrzymać porządek, by sprawić że nie będzie tam pusto - przytaknął, powracając spojrzeniem do towarzysza. - Nie potrzebuję pieniędzy. Uznaj to za prezent przez wzgląd na twoją rodzinę. Nie jest duże, ale kupi wam trochę czasu, zanim nie znajdziecie czegoś, żeby nie siedzieć sobie wzajemnie na głowie.
Dopowiedział, bo przecież nie zamierzał brać od niego pieniędzy. Nie potrzebował ich, miał swoje. Miał też dostęp do skarbca rodzinnego, lecz rzadko z niego korzystał. Pensja Niewymownego była dla niego wystarczająca.
- Jeżeli chcesz, mogę ci je pokazać. Gwarantuję też, że nie będzie tam niebezpieczeństwa w postaci podsłuchujących - dodał już prawie szeptem, ponownie się nachylając. Odrobinę przesunął głowę, by lekko wskazać nią na stolik niedaleko, przy którym siedziała trójka mężczyzn. W wieku około trzydziestu, może trzydziestu kilku lat. Siedzieli z boku, Charles mógł dyskretnie zerknąć w ich stronę. Niby wydawali się niezainteresowani niczym, ale po drugim rzucie oka widać było, że głośne słowa Mulcibera ściągnęły ich uwagę.
- To dość roszczeniowe podejście, Charles - upomniał go, ściągając brwi. Mulciber zachowywał się - cóż - na swój wiek. To Rodolphus z tej dwójki miał umysł przeżarty czarną magią, złem i książkami oraz jadem. Ciało i wiek miał dwudziestoparolatka, lecz umysł tego chłopaka wydawał się być o wiele, wiele starszy. Miał zupełnie inne wartości i myślał kompletnie innymi kategoriami niż jego rówieśnicy: dało się to odczuć przy bliższym poznaniu. Tu nawet nie chodziło o to, że Lestrange miał kija w dupie, ale po prostu myślał inaczej. - Uważaj na to, co mówisz i gdzie. Przypominam, że ściany mają uszy.
Po raz kolejny przypomniał chłopakowi o tym, że znajdują się w miejscu publicznym. Czy Charles nie miał świadomości, jak niebezpieczny był Robert i ile miał wtyk wszędzie? Przecież gdyby dowiedział się o tym, co chłopak wygaduje, to kto wie jak by to się skończyło. Na pewno gorzej niż tylko wywaleniem z mieszkania.
Interesujący był też fakt, że Charles tak łatwo przeszedł z obwiniania Isaaca do obwiniania Roberta. Sam chyba zaczynał gubić się w swoim własnym żalu i szukał ofiary, odmawiając uświadomienia sobie, że być może to w nim leżał problem. Lestrange upił kolejny łyk napoju bezalkoholowego, na chwilę przenosząc spojrzenie na okno. Było ciemno, późno. Zabawił tu dłużej niż zamierzał, ale to zdecydowanie nie był stracony czas.
- Możecie tam mieszkać tak długo, dopóki nie staniecie na nogi. Mieszkanie niszczeje, gdy nikt w nim nie mieszka. Skrzat odwiedza je dwa razy w tygodniu, ale to nie wystarczy by utrzymać porządek, by sprawić że nie będzie tam pusto - przytaknął, powracając spojrzeniem do towarzysza. - Nie potrzebuję pieniędzy. Uznaj to za prezent przez wzgląd na twoją rodzinę. Nie jest duże, ale kupi wam trochę czasu, zanim nie znajdziecie czegoś, żeby nie siedzieć sobie wzajemnie na głowie.
Dopowiedział, bo przecież nie zamierzał brać od niego pieniędzy. Nie potrzebował ich, miał swoje. Miał też dostęp do skarbca rodzinnego, lecz rzadko z niego korzystał. Pensja Niewymownego była dla niego wystarczająca.
- Jeżeli chcesz, mogę ci je pokazać. Gwarantuję też, że nie będzie tam niebezpieczeństwa w postaci podsłuchujących - dodał już prawie szeptem, ponownie się nachylając. Odrobinę przesunął głowę, by lekko wskazać nią na stolik niedaleko, przy którym siedziała trójka mężczyzn. W wieku około trzydziestu, może trzydziestu kilku lat. Siedzieli z boku, Charles mógł dyskretnie zerknąć w ich stronę. Niby wydawali się niezainteresowani niczym, ale po drugim rzucie oka widać było, że głośne słowa Mulcibera ściągnęły ich uwagę.