25.08.2024, 23:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.08.2024, 23:32 przez Brenna Longbottom.)
– Chyba nie? To znaczy… na Polanie Ognisk wykorzystał ogniska, nie wykrwawiał ludzi na ołtarzu, a może te duchy nawiedziły na przykład to miejsce dawno… i ktoś je jakoś uwięził, jak teraz Sebastian? Wtedy mogli nie mieć takich pudełek… nie znam się na egzorcyzmach – powiedziała jeszcze cicho, nim zbliżył się Macmillan.
Brenna czasem wkurwiała się na Niewymownych okropnie – przy sprawie widm, mordercy ze snów i magii Beltane chyba najbardziej. Ale pod pewnymi względami doskonale rozumiała, czemu pewne informacje leżą pogrzebane w podziemiach Ministerstwa. Sama też wielu rzeczy nie mówiła. Nie podzieliła się choćby z Macmillanem tym, co zobaczyła i nie zamierzała: o widmowidzeniu wspominała tylko w Zakonie i w pracy, a w tej drugiej też nie każdemu w Departamencie.
Nie ukrywała wiedzy z samego pragnienia je ukrycia, ale pod pewnymi względami była aż nazbyt ostrożna.
– Nie, nie sądzę, że się podzielą – odparła. Kolejne słowa dodała dopiero, gdy Bulstrode podzielił się z Macmillanem informacją o tym, że Voldemort bawił się podobnym kamykiem. – Ale naprawdę uważacie, że kamień podobny do tego, który otworzył drogę do Limbo, powinien trafić w ręce niezależnych specjalistów?
Nie że ufała Ministerstwu, ale założyła, trochę mylnie, że Sebastian chce oddać kamień kowenowi. I pomijając to, że Brennę i Atreusa wykopano by z pracy, gdyby spróbowali ot tak oddać coś takiego kapłanom, gdy miejsce badało Ministerstwo i obejmowały ich procedury, to Brenna była niemal pewna po tym, co zrobiła Isobell, że ktoś tam chętnie bawiłby się w różne podejrzane rytuały, a Departament Tajemnic chociaż jakoś kontrolowano. Może to dobrze, że im dłużej Bulstrode obracał przedmiot w powietrzu, tym więcej uszkodzeń na nim dostrzegali – nie było szans go wykorzystać. Był zaledwie świadectwem tego, że ktoś spróbował dokonać czegoś podobnego i potencjalnie obiektem badań.
– Można umieścić to w Biurze Aurorów, ale H… Moody i tak odda to pewnie Niewymownym, bo nikt u nas nie da rady tego przebadać – stwierdziła Brenna, spoglądając na kamień, i myśląc o tym jak setki czy tysiące lat temu zalśniły błękitem, by potem pęknąć. Nie zamierzała walczyć z Atreusem, jeśli chciał zanieść to do Biura jako dowód w sprawie, w nadziei, że pomoże to przy badaniach nad Zimnymi. Pewnie popatrzyłaby i w drugą stronę, gdyby go wykradł, ale egzorcyści mogli zauważyć, zanim znikli, że coś stąd wyciągali. Poza tym, chociaż bardzo by chciała, aby miał rację, to… - Shafiqowie nic wam nie dadzą, badali tamten kamień kilkadziesiąt lat i wiedza wszystkich członków tej rodziny i współpracujących z nimi specjalistów sprowadza się do stwierdzenia „wiem, że nic nie wiem” – uprzedziła. A tamten kamień był cały i mieli też kilka innych, mniejszych. – To… o zasłonie to zastrzeżone? – mruknęła z pewnym wahaniem, niepewna, czy pytać o jego wcześniejsze słowa i rytuał mający wpłynąć na to miejsce dalej.
Cokolwiek jednak zrobiła Isobell, coś tu uszkodziło, ale teraz…
…teraz zdawało się, jakby przebywanie tutaj było łatwiejsze. Nawet Atreus i Brenna do pewnego stopnia mogli to wyczuć: ona rozejrzała się, nie do końca rozumiejąc, o co chodziło. Sebastian, tak skupił się na Niewymownych, że zignorował własne przeczucia i wizje, ale odczuwał to chyba najsilniej.
Zabranie stąd duchów ofiar – obojętnie czy uwięzionych i uwolnionych, czy wezwanych tu gdzieś z przedsionka Limbo podczas Lithy – częściowo jakby przywróciło coś na swoje miejsce.
Nie całkowicie jeszcze, ale prawie.
Brenna czasem wkurwiała się na Niewymownych okropnie – przy sprawie widm, mordercy ze snów i magii Beltane chyba najbardziej. Ale pod pewnymi względami doskonale rozumiała, czemu pewne informacje leżą pogrzebane w podziemiach Ministerstwa. Sama też wielu rzeczy nie mówiła. Nie podzieliła się choćby z Macmillanem tym, co zobaczyła i nie zamierzała: o widmowidzeniu wspominała tylko w Zakonie i w pracy, a w tej drugiej też nie każdemu w Departamencie.
Nie ukrywała wiedzy z samego pragnienia je ukrycia, ale pod pewnymi względami była aż nazbyt ostrożna.
– Nie, nie sądzę, że się podzielą – odparła. Kolejne słowa dodała dopiero, gdy Bulstrode podzielił się z Macmillanem informacją o tym, że Voldemort bawił się podobnym kamykiem. – Ale naprawdę uważacie, że kamień podobny do tego, który otworzył drogę do Limbo, powinien trafić w ręce niezależnych specjalistów?
Nie że ufała Ministerstwu, ale założyła, trochę mylnie, że Sebastian chce oddać kamień kowenowi. I pomijając to, że Brennę i Atreusa wykopano by z pracy, gdyby spróbowali ot tak oddać coś takiego kapłanom, gdy miejsce badało Ministerstwo i obejmowały ich procedury, to Brenna była niemal pewna po tym, co zrobiła Isobell, że ktoś tam chętnie bawiłby się w różne podejrzane rytuały, a Departament Tajemnic chociaż jakoś kontrolowano. Może to dobrze, że im dłużej Bulstrode obracał przedmiot w powietrzu, tym więcej uszkodzeń na nim dostrzegali – nie było szans go wykorzystać. Był zaledwie świadectwem tego, że ktoś spróbował dokonać czegoś podobnego i potencjalnie obiektem badań.
– Można umieścić to w Biurze Aurorów, ale H… Moody i tak odda to pewnie Niewymownym, bo nikt u nas nie da rady tego przebadać – stwierdziła Brenna, spoglądając na kamień, i myśląc o tym jak setki czy tysiące lat temu zalśniły błękitem, by potem pęknąć. Nie zamierzała walczyć z Atreusem, jeśli chciał zanieść to do Biura jako dowód w sprawie, w nadziei, że pomoże to przy badaniach nad Zimnymi. Pewnie popatrzyłaby i w drugą stronę, gdyby go wykradł, ale egzorcyści mogli zauważyć, zanim znikli, że coś stąd wyciągali. Poza tym, chociaż bardzo by chciała, aby miał rację, to… - Shafiqowie nic wam nie dadzą, badali tamten kamień kilkadziesiąt lat i wiedza wszystkich członków tej rodziny i współpracujących z nimi specjalistów sprowadza się do stwierdzenia „wiem, że nic nie wiem” – uprzedziła. A tamten kamień był cały i mieli też kilka innych, mniejszych. – To… o zasłonie to zastrzeżone? – mruknęła z pewnym wahaniem, niepewna, czy pytać o jego wcześniejsze słowa i rytuał mający wpłynąć na to miejsce dalej.
Cokolwiek jednak zrobiła Isobell, coś tu uszkodziło, ale teraz…
…teraz zdawało się, jakby przebywanie tutaj było łatwiejsze. Nawet Atreus i Brenna do pewnego stopnia mogli to wyczuć: ona rozejrzała się, nie do końca rozumiejąc, o co chodziło. Sebastian, tak skupił się na Niewymownych, że zignorował własne przeczucia i wizje, ale odczuwał to chyba najsilniej.
Zabranie stąd duchów ofiar – obojętnie czy uwięzionych i uwolnionych, czy wezwanych tu gdzieś z przedsionka Limbo podczas Lithy – częściowo jakby przywróciło coś na swoje miejsce.
Nie całkowicie jeszcze, ale prawie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.