23.08.2024, 20:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 23:25 przez Lorraine Malfoy.)
“Wyżyna?” Lorraine nawet nie skomentowała tych rewelacji, choć kusiło ją, by rzucić kąśliwie, żeby Borgin zanadto się nie spocił podczas wspinaczki na wyżyny swojego intelektu. Uśmiechała się więc tylko – delikatnie, cierpliwie – zapatrzona w pogrążonego w zamyśleniu Stanleya, nie chcąc mu przerywać. Gotowa była poświęcić tyle czasu, ile tylko ten będzie potrzebował, by wyjaśnić całą sprawę. Nie było sensu wygarniać wspólnikowi, że – kto jak kto – ale w jego sytuacji to ona jest najlepszym kołem ratunkowym. Prędzej czy później sam się o tym przekona, kiedy już skończy piętrzyć przed sobą w wyobraźni góry trudności, zamiast udać się z Lorraine na przyjemny spacerek po spokojnych zielonych niwach.
– Dlaczego miałabym mu cokolwiek mówić? Atreus nic nie wie o naszej współpracy. – Tak jest bezpieczniej – i dla niego, i dla nas, pomyślała Lorraine. Niepokorny duch wyrywał się z piersi Atreusa, ale w kieszeni ciążyła mu odznaka aurora, która przypominała, że należy stąpać po ziemi. Oboje mieli trudne temperamenty, oboje często się ze sobą ścierali, oboje byli do siebie bardziej podobni, aniżeli Lorraine chciałaby przyznać. Popełniła wiele błędów w ich relacji – błędów, z których najgorszym był romans z Otto – nie widziała jednak sensu w roztkliwianiu się nad tym, czego nie może zmienić: Atreus wciąż pozostawał w jej życiu ważną osobą, wciąż byli przyjaciółmi, jak sądziła, ale nie zamierzała dopuszczać aurora do swoich interesów. Nie wiedziała, gdzie leży jego lojalność. Lorraine mogła wieść życie pokrętne, pełne kłamstw i obłudy, ale akurat braku lojalności nie można jej było zarzucić. – Na mały paluszek – potwierdziła z grobową powagą w głosie, splatając dłonie z Borginem.
Czuła się przez chwilę tak, jak gdyby cofnęła się w czasie: znowu była w Hogwarcie, znowu widziała błysk w ciemnych oczach Stanleya, kiedy przybijali swój tajny pakt handlowy – tylko nikomu ani słowa, padło wtedy – tylko że teraz byli dorośli i nie chodziło o sprzedaż papierosów bez akcyzy na hogwarckim czarnym rynku. Teraz Stanley – wedle informacji Atreusa – był poszukiwany przez Ministerstwo, choć nie zostało to podane do publicznej informacji. Lorraine nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.
“Niektórym mógł się nie spodobać prezent, który wraz z pewnymi osobami chcieliśmy przekazać przed Beltane.”
Zmarszczyła lekko brwi, przysłuchując się wymówkom Stanleya. Gdyby za nietrafiony prezent groził kryminał, Brygada Uderzeniowa nie zmrużyłaby oka w trakcie Yule, pomyślała cierpko. Miała ochotę zwrócić się do niego, krótko i konkretnie: "użyj słów, Stanley”. Tak robiła czasem w stosunku Maeve, bo nawet ukochanej zdarzało się przy wili czasem zapomnieć, zwłaszcza, kiedy Lorraine obsypywała ją czułymi pocałunkami. Stanley nie był w ciemię bity. Wiedziała, że będzie długo unikał odpowiedzi.
”Czy tyle wystarczy?” Miała ochotę się roześmiać, choć nie byłby to wesoły śmiech.
– Jeżeli zamierzasz mówić do mnie jak do sędziny Wizengamotu – prawniczą nowomową z nowym przypisem co drugie słowo – od razu daj mi sędziowski młoteczek, żebym mogła cię nim klepnąć w łeb – Lorraine pokręciła ledwo niezauważalnie głową, spoglądając na przeciągającą się rozkosznie na kolanach Borgina Flądrę tak, jakby pytała: dasz wiarę, że boi się mnie bardziej od Ministerstwa? Czy ona wyglądała mu na Lorien? Ton wiły był lekki, ale niebieskie spojrzenie pozostało równie świdrujące, co wcześniej. – Brzmisz tak jak wtedy, kiedy na ostrym kacu tłumaczyłeś się profesorowi Slughornowi z balangi w pokoju wspólnym Slytherinu. Jak to było? “Jeszcze gdy byłem na czwartym roku, to uczył się z nami taki jeden Paul, i ja leciałem na miotle, i go spotkałem, i potem jeszcze poleciałem do Hogsmeade na piwo kremowe, i po drodze do dormitorium wtedy jeszcze, już do dormitorium wróciłem.”
Tylko że Slughorn machnął na całą sprawę ręką, udając, że kupuje tłumaczenie Stanleya, a Lorraine nie mogła pozwolić sobie na przywilej słodkiej nieświadomości. Może dlatego nie pokazała żadnych emocji na wieść o pokrewieństwie Borgina z Mulciberem.
– Dobrze, że to sobie wyjaśniliśmy, bo dalsze krążenie dookoła tego tematu byłoby niesłychanie frustrujące – westchnęła tylko. – Oboje mamy ojców na Podziemnych Ścieżkach i martwe matki: powinniśmy założyć jakieś kółko wsparcia, zamiast topić smutki w szklance whisky.
Lorraine nie musiała się upijać, by odegnać smutki, ale ten jeden raz w życiu nie pogardziłaby kapką czegoś mocniejszego. Bo to jedno słowo Stanleya – Beltane – wystarczyło, by wywołać w piersi Lorraine nieprzyjemną sensację. Nie było jej tam. Trudno wyobrazić sobie Malfoy odpuszczającą sabat, a jednak: nie uczestniczyła w rytuałach na Polanie Ognisk, nie świętowała razem z kowenem Macmillan, nie, tego dnia była daleko od centrum wydarzeń, co zawdzięczała Ambrosii. Ambrosia była wróżbitką – widziała więcej niż inni, potrafiła interpretować znaki – Lorraine polegała na jej wróżbach, choć te nigdy nie były tak konkretne jak wtedy: ”nie idź na Beltane”, powiedziała, krótko i stanowczo. Lorraine nie śmiała sprzeciwiać się wyrokom losu: została z nią wtedy, z nią i z Maeve, i razem plotły wianki, które puszczały potem na wodę. Wieści o zamachu dotarły do nich później.
Serce Lorraine biło teraz szybciej.
Jeżeli aurorzy i brygadziści poszukiwali Stanleya w związku z Beltane… Nie. Nie chciała dopuszczać do siebie tej myśli, ale te już dawno wymknęły się spod jej kontroli. Straszny będzie gniew Matki, pomyślała, widząc relacje ze zniszczeń dokonanych przez śmierciożerców na Polanie Ognisk. Teraz, po obchodach Lithy, czuła tylko pustkę.
– Chcesz zagrać w karty? Tylko uprzedzam, że sam będziesz musiał je potasować, bo brak mi odpowiedniej zręczności. Mam nieprzejednany wstręt do hazardu przez, to że nieustannie muszę spłacać karciane długi mojego drogiego ojca.
Wyciągnęła rękę, nachylając się nad biurkiem, by pogładzić Flądrę po sterczącej w górze, przeciągającej się łapce. Nie wszystkie kotki to lubiły, ale ich znajda była wyjątkowo tolerancyjna wobec pieszczot, jakimi obsypywali ją jej liczni właściciele.
– Zanim odpowiesz na moje pytanie – powiedziała powoli, wodząc palcem wzdłuż poduszeczek kociej łapki – odnów zaklęcie wyciszające. I zamknij drzwi gabinetu. – Westchnęła ciężko, siląc się na blady półuśmiech. – Nie lubię, kiedy ktoś przeszkadza mi podczas gry w karty, a ty?
Obiecała sobie przecież dać mu tyle czasu, ile tylko będzie potrzebował. Więc czekała. Kilka minut ciszy nad grobem jej przeklętej neutralności.
– Co robiłeś na Beltane, Stanley?
– Dlaczego miałabym mu cokolwiek mówić? Atreus nic nie wie o naszej współpracy. – Tak jest bezpieczniej – i dla niego, i dla nas, pomyślała Lorraine. Niepokorny duch wyrywał się z piersi Atreusa, ale w kieszeni ciążyła mu odznaka aurora, która przypominała, że należy stąpać po ziemi. Oboje mieli trudne temperamenty, oboje często się ze sobą ścierali, oboje byli do siebie bardziej podobni, aniżeli Lorraine chciałaby przyznać. Popełniła wiele błędów w ich relacji – błędów, z których najgorszym był romans z Otto – nie widziała jednak sensu w roztkliwianiu się nad tym, czego nie może zmienić: Atreus wciąż pozostawał w jej życiu ważną osobą, wciąż byli przyjaciółmi, jak sądziła, ale nie zamierzała dopuszczać aurora do swoich interesów. Nie wiedziała, gdzie leży jego lojalność. Lorraine mogła wieść życie pokrętne, pełne kłamstw i obłudy, ale akurat braku lojalności nie można jej było zarzucić. – Na mały paluszek – potwierdziła z grobową powagą w głosie, splatając dłonie z Borginem.
Czuła się przez chwilę tak, jak gdyby cofnęła się w czasie: znowu była w Hogwarcie, znowu widziała błysk w ciemnych oczach Stanleya, kiedy przybijali swój tajny pakt handlowy – tylko nikomu ani słowa, padło wtedy – tylko że teraz byli dorośli i nie chodziło o sprzedaż papierosów bez akcyzy na hogwarckim czarnym rynku. Teraz Stanley – wedle informacji Atreusa – był poszukiwany przez Ministerstwo, choć nie zostało to podane do publicznej informacji. Lorraine nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.
“Niektórym mógł się nie spodobać prezent, który wraz z pewnymi osobami chcieliśmy przekazać przed Beltane.”
Zmarszczyła lekko brwi, przysłuchując się wymówkom Stanleya. Gdyby za nietrafiony prezent groził kryminał, Brygada Uderzeniowa nie zmrużyłaby oka w trakcie Yule, pomyślała cierpko. Miała ochotę zwrócić się do niego, krótko i konkretnie: "użyj słów, Stanley”. Tak robiła czasem w stosunku Maeve, bo nawet ukochanej zdarzało się przy wili czasem zapomnieć, zwłaszcza, kiedy Lorraine obsypywała ją czułymi pocałunkami. Stanley nie był w ciemię bity. Wiedziała, że będzie długo unikał odpowiedzi.
”Czy tyle wystarczy?” Miała ochotę się roześmiać, choć nie byłby to wesoły śmiech.
– Jeżeli zamierzasz mówić do mnie jak do sędziny Wizengamotu – prawniczą nowomową z nowym przypisem co drugie słowo – od razu daj mi sędziowski młoteczek, żebym mogła cię nim klepnąć w łeb – Lorraine pokręciła ledwo niezauważalnie głową, spoglądając na przeciągającą się rozkosznie na kolanach Borgina Flądrę tak, jakby pytała: dasz wiarę, że boi się mnie bardziej od Ministerstwa? Czy ona wyglądała mu na Lorien? Ton wiły był lekki, ale niebieskie spojrzenie pozostało równie świdrujące, co wcześniej. – Brzmisz tak jak wtedy, kiedy na ostrym kacu tłumaczyłeś się profesorowi Slughornowi z balangi w pokoju wspólnym Slytherinu. Jak to było? “Jeszcze gdy byłem na czwartym roku, to uczył się z nami taki jeden Paul, i ja leciałem na miotle, i go spotkałem, i potem jeszcze poleciałem do Hogsmeade na piwo kremowe, i po drodze do dormitorium wtedy jeszcze, już do dormitorium wróciłem.”
Tylko że Slughorn machnął na całą sprawę ręką, udając, że kupuje tłumaczenie Stanleya, a Lorraine nie mogła pozwolić sobie na przywilej słodkiej nieświadomości. Może dlatego nie pokazała żadnych emocji na wieść o pokrewieństwie Borgina z Mulciberem.
– Dobrze, że to sobie wyjaśniliśmy, bo dalsze krążenie dookoła tego tematu byłoby niesłychanie frustrujące – westchnęła tylko. – Oboje mamy ojców na Podziemnych Ścieżkach i martwe matki: powinniśmy założyć jakieś kółko wsparcia, zamiast topić smutki w szklance whisky.
Lorraine nie musiała się upijać, by odegnać smutki, ale ten jeden raz w życiu nie pogardziłaby kapką czegoś mocniejszego. Bo to jedno słowo Stanleya – Beltane – wystarczyło, by wywołać w piersi Lorraine nieprzyjemną sensację. Nie było jej tam. Trudno wyobrazić sobie Malfoy odpuszczającą sabat, a jednak: nie uczestniczyła w rytuałach na Polanie Ognisk, nie świętowała razem z kowenem Macmillan, nie, tego dnia była daleko od centrum wydarzeń, co zawdzięczała Ambrosii. Ambrosia była wróżbitką – widziała więcej niż inni, potrafiła interpretować znaki – Lorraine polegała na jej wróżbach, choć te nigdy nie były tak konkretne jak wtedy: ”nie idź na Beltane”, powiedziała, krótko i stanowczo. Lorraine nie śmiała sprzeciwiać się wyrokom losu: została z nią wtedy, z nią i z Maeve, i razem plotły wianki, które puszczały potem na wodę. Wieści o zamachu dotarły do nich później.
Serce Lorraine biło teraz szybciej.
Jeżeli aurorzy i brygadziści poszukiwali Stanleya w związku z Beltane… Nie. Nie chciała dopuszczać do siebie tej myśli, ale te już dawno wymknęły się spod jej kontroli. Straszny będzie gniew Matki, pomyślała, widząc relacje ze zniszczeń dokonanych przez śmierciożerców na Polanie Ognisk. Teraz, po obchodach Lithy, czuła tylko pustkę.
– Chcesz zagrać w karty? Tylko uprzedzam, że sam będziesz musiał je potasować, bo brak mi odpowiedniej zręczności. Mam nieprzejednany wstręt do hazardu przez, to że nieustannie muszę spłacać karciane długi mojego drogiego ojca.
Wyciągnęła rękę, nachylając się nad biurkiem, by pogładzić Flądrę po sterczącej w górze, przeciągającej się łapce. Nie wszystkie kotki to lubiły, ale ich znajda była wyjątkowo tolerancyjna wobec pieszczot, jakimi obsypywali ją jej liczni właściciele.
– Zanim odpowiesz na moje pytanie – powiedziała powoli, wodząc palcem wzdłuż poduszeczek kociej łapki – odnów zaklęcie wyciszające. I zamknij drzwi gabinetu. – Westchnęła ciężko, siląc się na blady półuśmiech. – Nie lubię, kiedy ktoś przeszkadza mi podczas gry w karty, a ty?
Obiecała sobie przecież dać mu tyle czasu, ile tylko będzie potrzebował. Więc czekała. Kilka minut ciszy nad grobem jej przeklętej neutralności.
– Co robiłeś na Beltane, Stanley?