20.08.2024, 19:16 ✶
Degenhardt jako człowiek uparty i lubiący stać przy swoim, nieczęsto mówił na cudze propozycje i sugestie „niech będzie”, dlaczego więc zrobił to teraz? Nie do końca zgadzał się z tym, aby powiązanie jego twarzy z maską Śmierciożercy miało przynieść mu stosowne korzyści już teraz, bo wielu upodlonych i zaniedbanych rzezimieszków znajdujących się na Ścieżkach nie mogło pochwalić się oczekiwaną przez Lorda Voldemorta czystością krwi. Właściwie to już chciał Lestrange'owi to wygarnąć, prosto w twarz (bo kiepski był w aż tak wierne płynięcie z prądem cudzych myśli), póki nie zastukał palcami o blat i nie dotarło do niego jaką to tworzyło historię.
Wątpliwości się rozwiały. Tutaj pod ziemią wiatru co prawda nie było, ale nie miał aż tak złej wyobraźni, żeby nie dało się tutaj użyć złej metafory, więc... orkiestro graj.
- Ostatnio - powtórzył po nim, po czym uśmiechnął się bezczelnie. Przeczesał palcami włosy, kierując zmęczone spojrzenie na lokalne źródła nikłego światła. Ostatnio to się właśnie nie spisał dobrze, skazując się na przedwczesne wylądowanie tutaj, w tej kostnicy pełnej dramatyzmu i nudy. Ostatnio było wyjątkiem od spisywania się doskonale - Degenhardt miał się za objawienie wśród morza bylejakości, nawet jeżeli zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno był pierdolnięty.
Lestrange zadał mu ciężkie pytanie.
- Siebie? Mówiłeś, że miejsce przyciąga czarnoksiężników, mam coś ostatnio wrażenie swojej wyższości w tym zakresie. Przynajmniej nad ludźmi, których udało wam się zgromadzić. Niewiele słychać o tym całym sianiu postrachu... Może z jednym wyjątkiem. - Szybko wypuścił powietrze, trochę jakby miał się zaśmiać. - Rozumiem, że nie dla moich uszu jest to, co właściwie stało się podczas sabatu?
Jeszcze z drugim wyjątkiem - jego gęby ozdabiającej teraz wszystkie podatne na przyklejanie paskudnych plakatów wnętrza. Wiedząc, gdzie zaprowadzi go gburowatość, względem wszystkiego, co słyszał, odetchnął głębiej. Tutejsze powietrze było jednak tak liche, tak... spalone, że takie głębokie wdechy momentami go aż bolały. Nie zdążył się jeszcze do Ścieżek przyzwyczaić, nawet jeżeli poznał je na tyle, aby nie gubić się w plątaninie krętych korytarzy. No, przynajmniej tych oczywistych do uczęszczania, nie przemógł się jednak do wciskania w te ciasne dziury i szpary, w jakie ładowały się lokalne szczury.
- Co chcesz tam zrobić? Wysadzić wejście? Przewiercić się przez ścianę?
Z jakiegoś powodu wyobrażał sobie, że dało się dostać do środka bez rujnowania przestrzeni wokół, ale jeżeli tę przestrzeń rujnować już miał, to tak - znał bardzo solidnego alchemika. Bardzo świadomego sytuacji Umbriela i tego, jak mało miał już do stracenia.
Wątpliwości się rozwiały. Tutaj pod ziemią wiatru co prawda nie było, ale nie miał aż tak złej wyobraźni, żeby nie dało się tutaj użyć złej metafory, więc... orkiestro graj.
- Ostatnio - powtórzył po nim, po czym uśmiechnął się bezczelnie. Przeczesał palcami włosy, kierując zmęczone spojrzenie na lokalne źródła nikłego światła. Ostatnio to się właśnie nie spisał dobrze, skazując się na przedwczesne wylądowanie tutaj, w tej kostnicy pełnej dramatyzmu i nudy. Ostatnio było wyjątkiem od spisywania się doskonale - Degenhardt miał się za objawienie wśród morza bylejakości, nawet jeżeli zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno był pierdolnięty.
Lestrange zadał mu ciężkie pytanie.
- Siebie? Mówiłeś, że miejsce przyciąga czarnoksiężników, mam coś ostatnio wrażenie swojej wyższości w tym zakresie. Przynajmniej nad ludźmi, których udało wam się zgromadzić. Niewiele słychać o tym całym sianiu postrachu... Może z jednym wyjątkiem. - Szybko wypuścił powietrze, trochę jakby miał się zaśmiać. - Rozumiem, że nie dla moich uszu jest to, co właściwie stało się podczas sabatu?
Jeszcze z drugim wyjątkiem - jego gęby ozdabiającej teraz wszystkie podatne na przyklejanie paskudnych plakatów wnętrza. Wiedząc, gdzie zaprowadzi go gburowatość, względem wszystkiego, co słyszał, odetchnął głębiej. Tutejsze powietrze było jednak tak liche, tak... spalone, że takie głębokie wdechy momentami go aż bolały. Nie zdążył się jeszcze do Ścieżek przyzwyczaić, nawet jeżeli poznał je na tyle, aby nie gubić się w plątaninie krętych korytarzy. No, przynajmniej tych oczywistych do uczęszczania, nie przemógł się jednak do wciskania w te ciasne dziury i szpary, w jakie ładowały się lokalne szczury.
- Co chcesz tam zrobić? Wysadzić wejście? Przewiercić się przez ścianę?
Z jakiegoś powodu wyobrażał sobie, że dało się dostać do środka bez rujnowania przestrzeni wokół, ale jeżeli tę przestrzeń rujnować już miał, to tak - znał bardzo solidnego alchemika. Bardzo świadomego sytuacji Umbriela i tego, jak mało miał już do stracenia.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me