20.08.2024, 09:16 ✶
– Chyba masz rację – przyznała Florence, bo sama miała wrażenie, że słowa jakoś dziwnie ułożyły się na języku i czuła się wręcz nieswojo, że powiedziała coś takiego. – Robi to mój brat – dodała, w pewnym zamyśleniu, niemal pewna, że musiała to wziąć z jakiegoś wspomnienia od niego. Chyba w ogóle nie obracała się w towarzystwie osób, które przeklinały: chociaż słyszała takie przekleństwa wielokrotnie w szpitalu, to prywatnie trzymała się raczej znajomości z określonych kręgów. Może poza…
- …albo Geraldine – mruknęła jeszcze, bardziej do siebie niż do niego, gdy wróciło kolejne wspomnienie. Geraldine z pewnością przeklinała, chociaż nawet ona starała się to robić nieco rzadziej przy Florence. – Pytanie, który z tych wyborów będzie właściwy? Ale płyta lotniska i samolot… latają nim mugole, prawda? Kojarzy mi się z… pójściem gdzieś dalej?
Nieco mocniej zacisnęła palce na jego dłoni. Nie chciała iść dalej. Chciała wrócić do domu, do swojej rodziny i do swojej pracy. W teorii lot też mógł być powrotem do domu z jakiejś podróży, ale w tej chwili kojarzył się jej właśnie z podążeniem gdzieś, z podróżą, z przejściem.
Wodziła spojrzeniem po budkach, po bramkach, i była niemal pewna, że są obce nie tylko dlatego, że ich nie pamiętała, ale i dlatego, że nigdy nie była w takim miejscu. I zaraz za tą myślą przyszła kolejna: dlaczego miałaby być, skoro podróżowała za granicę rzadko, a jeżeli już, to używała raczej świstoklików? Ich załatwienie, stosowne zgody, bywały problematyczne, ale na pewno dużo mniej niż podróż mugolskimi środkami transportu, które dla kogoś, kto wychowywał się na Horyzontalnej, i co najwyżej okazyjnie odwiedzał mugolski Londyn, były jak z innego świata.
Pomyślała, że chyba w niemagicznej części miasta bywała głównie z Patrickiem. Zawsze lubił anonimowość, jaką dawały mugolskie dzielnice. Polubił ją chyba jeszcze bardziej, gdy po Beltane zaczął zwracać na siebie większą uwagę.
- Chyba tak - przyznała z wahaniem, rozglądając się, szukając oznaczeń. Gdzieś tam mignęło jej wcześniej Piekło. W Piekle było ciepło. Ale Patrick nosił w sobie chłód Limbo, a to oznaczało, że świat ludzi był cieplejszy niż tamto miejsce? - Duchy są zimne - przypomniała sobie nagle, a przed jej oczyma zamajaczyła postać Szarej Damy Ravenclawu i niemal poczuła na skórze wionący od niej chłód.
Ciepło mogło być dobrym tropem, ruszyła więc w stronę, gdzie temperatura zdawała się wyższa – a z czasem zaczęło się zmieniać i światło. To na lotnisku było może jasne, ale jakby sztuczne, a gdzieś tam, przed nimi, robiło się coraz jaśniej i jaśniej, i zdawało się, że to blask słońca, nie lamp.
- …albo Geraldine – mruknęła jeszcze, bardziej do siebie niż do niego, gdy wróciło kolejne wspomnienie. Geraldine z pewnością przeklinała, chociaż nawet ona starała się to robić nieco rzadziej przy Florence. – Pytanie, który z tych wyborów będzie właściwy? Ale płyta lotniska i samolot… latają nim mugole, prawda? Kojarzy mi się z… pójściem gdzieś dalej?
Nieco mocniej zacisnęła palce na jego dłoni. Nie chciała iść dalej. Chciała wrócić do domu, do swojej rodziny i do swojej pracy. W teorii lot też mógł być powrotem do domu z jakiejś podróży, ale w tej chwili kojarzył się jej właśnie z podążeniem gdzieś, z podróżą, z przejściem.
Wodziła spojrzeniem po budkach, po bramkach, i była niemal pewna, że są obce nie tylko dlatego, że ich nie pamiętała, ale i dlatego, że nigdy nie była w takim miejscu. I zaraz za tą myślą przyszła kolejna: dlaczego miałaby być, skoro podróżowała za granicę rzadko, a jeżeli już, to używała raczej świstoklików? Ich załatwienie, stosowne zgody, bywały problematyczne, ale na pewno dużo mniej niż podróż mugolskimi środkami transportu, które dla kogoś, kto wychowywał się na Horyzontalnej, i co najwyżej okazyjnie odwiedzał mugolski Londyn, były jak z innego świata.
Pomyślała, że chyba w niemagicznej części miasta bywała głównie z Patrickiem. Zawsze lubił anonimowość, jaką dawały mugolskie dzielnice. Polubił ją chyba jeszcze bardziej, gdy po Beltane zaczął zwracać na siebie większą uwagę.
- Chyba tak - przyznała z wahaniem, rozglądając się, szukając oznaczeń. Gdzieś tam mignęło jej wcześniej Piekło. W Piekle było ciepło. Ale Patrick nosił w sobie chłód Limbo, a to oznaczało, że świat ludzi był cieplejszy niż tamto miejsce? - Duchy są zimne - przypomniała sobie nagle, a przed jej oczyma zamajaczyła postać Szarej Damy Ravenclawu i niemal poczuła na skórze wionący od niej chłód.
Ciepło mogło być dobrym tropem, ruszyła więc w stronę, gdzie temperatura zdawała się wyższa – a z czasem zaczęło się zmieniać i światło. To na lotnisku było może jasne, ale jakby sztuczne, a gdzieś tam, przed nimi, robiło się coraz jaśniej i jaśniej, i zdawało się, że to blask słońca, nie lamp.