16.08.2024, 20:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.08.2024, 20:52 przez Brenna Longbottom.)
Nie pierwszy raz Brennę nawiedziła myśl, że poziom OPCM w Hogwarcie był żałośnie niski, i że ludzie nijak nie byli przygotowani na tego typu zagrożenia, a już na pewno nie na wojnę w ich świecie. Nie było to nic zaskakującego: smutnym byłby świat czarodziejów, w którym każdy z nich od najmłodszych lat szkolił się na wojownika. A jednocześnie chyba bardzo potrzebowali… jakichś kursów. Takich od podstaw. Nie Srebrnych Różdżek, w których zabawiali się ci, którzy już kochali pojedynki, a raczej szkolenie, pozwalające nauczyć się podstaw reagowania w trudnych sytuacjach, dla tych, którzy się w tym nie specjalizowali.
Tę myśl odsunęła jednak na później. Upiła kolejny łyk kawy, paskudnej, gorzkiej, ale mocnej, mającej pomóc jej utrzymać się na nogach jeszcze te parę godzin: by zająć się tym, co było naprawdę pilne. Wampirem. A potem odłożyła filiżankę i zaczęła notować.
– Bardzo dobrze – powiedziała, dopiero kiedy skończył. To były naprawdę solidne punkty zaczepienia, przynajmniej jeżeli wampir nie wpadł na to, aby zmienić swój wygląd. – Jesteś spostrzegawczy. Opowiedz mi jeszcze proszę, co stało się po tym, jak cię ugryzł.
Mogło też chodzić o sytuację zagrożenia: czasem zmysły w takich chwilach przytępiały się, czasem wyostrzały, i w umyśle człowieka pozostawały pozornie niewiele znaczące szczegóły. Bransoletka, piegi, brązowe oczy, Jessie przyniósł jej informacje, które dobrze uzupełniały historię Dory.
A Brenna zamierzała zgarnąć jakiegoś znajomego Brygadzistę, ostateczne aurora, udać się do tego zaułka jeszcze tej nocy i spróbować spojrzeć na ten atak oczyma widmowidza.
– Niedoszła ofiara jest osłabiona, ale powinna dojść do siebie w ciągu dwóch, trzech dni – stwierdziła Brenna, unosząc na Jessiego poważne spojrzenie znad swojego notatnika. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani o jotę, głos nie zadrżał, pilnowała, by nie zacisnąć dłoni na notesie mocniej, ale w mięśnie ramion wkradła się pewna sztywność. To była ta trudniejsza część. Brenna do pewnego stopnia żałowała, że nie ma pod ręką Caina: że nie może po prostu wymazać z pamięci chłopaka Dory. A jednocześnie wiedziała, że to nie tylko nieetyczne – w Zakonie nieraz robiła rzeczy, które były niezgodne z prawem czy nie do końca realne – ale też że nie mogą załatwiać tak każdej sprawy. Jessi Kelly był synem mugolaka, próbował ratować ofiarę wampira, i Morpheus i Jonathan zapewne by za niego poręczyli. Musiała… przynajmniej spróbować tego bardziej ryzykownego podejścia.
Oderwała na moment spojrzenie od Kelly’ego, jakby chcąc upewnić się, że nikt nie podsłuchuje, że w lokalu późną porą nie siedzi żadna podejrzana postać. Dopiero potem odezwała się, głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
– Wampir jest najmniejszym z jej zmartwień. Dziewczyna jest poszukiwana przez śmierciożerców. Jeśli w Ministerstwie Magii jej nazwisko wypłynie przy tej sprawie, dowiedzą się, gdzie jej szukać.
Tę myśl odsunęła jednak na później. Upiła kolejny łyk kawy, paskudnej, gorzkiej, ale mocnej, mającej pomóc jej utrzymać się na nogach jeszcze te parę godzin: by zająć się tym, co było naprawdę pilne. Wampirem. A potem odłożyła filiżankę i zaczęła notować.
– Bardzo dobrze – powiedziała, dopiero kiedy skończył. To były naprawdę solidne punkty zaczepienia, przynajmniej jeżeli wampir nie wpadł na to, aby zmienić swój wygląd. – Jesteś spostrzegawczy. Opowiedz mi jeszcze proszę, co stało się po tym, jak cię ugryzł.
Mogło też chodzić o sytuację zagrożenia: czasem zmysły w takich chwilach przytępiały się, czasem wyostrzały, i w umyśle człowieka pozostawały pozornie niewiele znaczące szczegóły. Bransoletka, piegi, brązowe oczy, Jessie przyniósł jej informacje, które dobrze uzupełniały historię Dory.
A Brenna zamierzała zgarnąć jakiegoś znajomego Brygadzistę, ostateczne aurora, udać się do tego zaułka jeszcze tej nocy i spróbować spojrzeć na ten atak oczyma widmowidza.
– Niedoszła ofiara jest osłabiona, ale powinna dojść do siebie w ciągu dwóch, trzech dni – stwierdziła Brenna, unosząc na Jessiego poważne spojrzenie znad swojego notatnika. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani o jotę, głos nie zadrżał, pilnowała, by nie zacisnąć dłoni na notesie mocniej, ale w mięśnie ramion wkradła się pewna sztywność. To była ta trudniejsza część. Brenna do pewnego stopnia żałowała, że nie ma pod ręką Caina: że nie może po prostu wymazać z pamięci chłopaka Dory. A jednocześnie wiedziała, że to nie tylko nieetyczne – w Zakonie nieraz robiła rzeczy, które były niezgodne z prawem czy nie do końca realne – ale też że nie mogą załatwiać tak każdej sprawy. Jessi Kelly był synem mugolaka, próbował ratować ofiarę wampira, i Morpheus i Jonathan zapewne by za niego poręczyli. Musiała… przynajmniej spróbować tego bardziej ryzykownego podejścia.
Oderwała na moment spojrzenie od Kelly’ego, jakby chcąc upewnić się, że nikt nie podsłuchuje, że w lokalu późną porą nie siedzi żadna podejrzana postać. Dopiero potem odezwała się, głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
– Wampir jest najmniejszym z jej zmartwień. Dziewczyna jest poszukiwana przez śmierciożerców. Jeśli w Ministerstwie Magii jej nazwisko wypłynie przy tej sprawie, dowiedzą się, gdzie jej szukać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.