16.08.2024, 00:29 ✶
Patrick. Patrick Steward.
Coś w jego umyśle jakby kliknęło. Powróciło na swoje właściwe miejsce. Pokiwał głową, uświadamiając sobie, że rzeczywiście był Patrickiem Stewardem.
Nadal wydawało mu się, że jest wytartą białą kartką, ale teraz dostrzegał, że rysowało się na niej więcej i więcej wyrazów. Patrick Steward. Krukon. Auror. Claire. Beltane. Kiedyś walczył nawet z wampirzycą, która miała obsesję na punkcie kobiet o kwiatowych imionach. Florence opatrywała mu później rany.
Miał jakieś wspomnienia. Nie było ich tak dużo, by był w stanie od razu wypełnić wszystkie luki w swoim umyśle, ale było ich wystarczająco, by dać nadzieję, że mógł je odzyskać.
Gdziekolwiek byli, to miejsce nie było końcem. Było raczej przejściem. Mogli odejść, mogli zostać i utracić siebie, zamienić się w bezwolne żywe trupy lub wrócić do świata żywych. On i Florence chcieli wrócić do świata żywych. Nieumarli na których spoglądali raczej… raczej nie wykorzystali swojej szansy. Może nawet nie wiedzieli, że ją mieli?
Patrick westchnął. Najważniejsze, że ani martwa kobieta, ani martwy mężczyzna nie próbowali się na nich rzucić. Ich brak agresji, tak niepodobny do istot, którymi teraz byli, wydawał się tak samo niepokojący co uspokajający. Czyżby to miejsce miało tak ogromny wpływ na przebywających w nim? A może więcej, może ta dwójka została ukarana, bo nie podjęła żadnej decyzji? Nie wybrali ani świata żywych, ani martwych? Wybrali zawieszenie?
Przekleństwo z ust Florence wyrwało Patricka z tych dziwnych myśli. Posłał jej zdziwione spojrzenie. Słowa, słowa, które wypowiedziała były tak kompletnie nie pasujące do kobiety, którą znał…
- Ty… ty tak nigdy nie mówisz – zauważył, znowu nie wiadomo skąd przekonany, że wiedział jak mówiła towarzysząca mu Florence Bulstrode. Tyle, że naprawdę wiedział. – Ty nie przeklinasz. – I nie jesteś taka emocjonalna. Nie tak otwarcie. To było prawie tak dziwne, jak byłoby, gdyby teraz on zaczął uskarżać się na swoje życie, na to że jest taki blady i że niczego nie kontroluje.
To po prostu nie pasowało. Ale może mogło nie pasować, bo dzięki temu przypominali sobie kolejne szczegóły?
- Tak – przytaknął. Rzeczywiście, był już kiedyś w Limbo. Tyle że wyjście stamtąd wtedy było dość proste. Wystarczyło zemdleć. Patrick nie był do końca przekonany, czy tym razem będzie tak samo. – To zależy, czy chcemy dostać się na płytę lotniska czy opuścić lotnisko. W pierwszym przypadku wystarczy pójść tam, brama jest otwarta. W drugim, powinniśmy się skierować na przejście graniczne, po odbiór bagażu i ku wyjściu.
Trochę naturalnie, podążając w stronę „Świata Żywych”, poprowadził Florence ku budkom, w których zazwyczaj siedzieli strażnicy graniczni i sprawdzali paszporty. Tym razem strażników nie było, niemal wszystkie przejścia – poza dwoma – pozostały również zamknięte.
- Wydaje mi się, że jest tutaj jakby trochę cieplej? – zapytał, spoglądając na swoją towarzyszkę. Nie mógł się rozgrzać, bo był Zimny, ale jednocześnie czuł, że temperatura jakby zwiększyła się o parę stopni.
To był chyba dobry znak?
Coś w jego umyśle jakby kliknęło. Powróciło na swoje właściwe miejsce. Pokiwał głową, uświadamiając sobie, że rzeczywiście był Patrickiem Stewardem.
Nadal wydawało mu się, że jest wytartą białą kartką, ale teraz dostrzegał, że rysowało się na niej więcej i więcej wyrazów. Patrick Steward. Krukon. Auror. Claire. Beltane. Kiedyś walczył nawet z wampirzycą, która miała obsesję na punkcie kobiet o kwiatowych imionach. Florence opatrywała mu później rany.
Miał jakieś wspomnienia. Nie było ich tak dużo, by był w stanie od razu wypełnić wszystkie luki w swoim umyśle, ale było ich wystarczająco, by dać nadzieję, że mógł je odzyskać.
Gdziekolwiek byli, to miejsce nie było końcem. Było raczej przejściem. Mogli odejść, mogli zostać i utracić siebie, zamienić się w bezwolne żywe trupy lub wrócić do świata żywych. On i Florence chcieli wrócić do świata żywych. Nieumarli na których spoglądali raczej… raczej nie wykorzystali swojej szansy. Może nawet nie wiedzieli, że ją mieli?
Patrick westchnął. Najważniejsze, że ani martwa kobieta, ani martwy mężczyzna nie próbowali się na nich rzucić. Ich brak agresji, tak niepodobny do istot, którymi teraz byli, wydawał się tak samo niepokojący co uspokajający. Czyżby to miejsce miało tak ogromny wpływ na przebywających w nim? A może więcej, może ta dwójka została ukarana, bo nie podjęła żadnej decyzji? Nie wybrali ani świata żywych, ani martwych? Wybrali zawieszenie?
Przekleństwo z ust Florence wyrwało Patricka z tych dziwnych myśli. Posłał jej zdziwione spojrzenie. Słowa, słowa, które wypowiedziała były tak kompletnie nie pasujące do kobiety, którą znał…
- Ty… ty tak nigdy nie mówisz – zauważył, znowu nie wiadomo skąd przekonany, że wiedział jak mówiła towarzysząca mu Florence Bulstrode. Tyle, że naprawdę wiedział. – Ty nie przeklinasz. – I nie jesteś taka emocjonalna. Nie tak otwarcie. To było prawie tak dziwne, jak byłoby, gdyby teraz on zaczął uskarżać się na swoje życie, na to że jest taki blady i że niczego nie kontroluje.
To po prostu nie pasowało. Ale może mogło nie pasować, bo dzięki temu przypominali sobie kolejne szczegóły?
- Tak – przytaknął. Rzeczywiście, był już kiedyś w Limbo. Tyle że wyjście stamtąd wtedy było dość proste. Wystarczyło zemdleć. Patrick nie był do końca przekonany, czy tym razem będzie tak samo. – To zależy, czy chcemy dostać się na płytę lotniska czy opuścić lotnisko. W pierwszym przypadku wystarczy pójść tam, brama jest otwarta. W drugim, powinniśmy się skierować na przejście graniczne, po odbiór bagażu i ku wyjściu.
Trochę naturalnie, podążając w stronę „Świata Żywych”, poprowadził Florence ku budkom, w których zazwyczaj siedzieli strażnicy graniczni i sprawdzali paszporty. Tym razem strażników nie było, niemal wszystkie przejścia – poza dwoma – pozostały również zamknięte.
- Wydaje mi się, że jest tutaj jakby trochę cieplej? – zapytał, spoglądając na swoją towarzyszkę. Nie mógł się rozgrzać, bo był Zimny, ale jednocześnie czuł, że temperatura jakby zwiększyła się o parę stopni.
To był chyba dobry znak?