15.08.2024, 12:14 ✶
- Nie obawiaj się, nie rzucę cię na pożarcie okrutnym czystokrwistym. Przestałam uciekać z takich zabaw oknem, kiedy miałam szesnaście lat - powiedziała, a kąciki jej ust uniosła się nieco na wizję, jaką tu roztaczał o niecnym rozszarpaniu niewinnego panicza.
Tak naprawdę Brenna wcale nie darzyła takich spędów niechęcią. Niektóre z nich nawet lubiła. Należała do tego świata, umiała grać według jego zasad, a różnice interesów i poglądów między rodami też przecież były tego częścią. Masa jej przyjaciół była półkrwi, ale przyjaźniła się jeszcze z Hogwartu z członkami nienaruszalnej dwudziestki ósemki i chętnie ich przy takich okazjach spotykała. Nie wybierała się może na ślub Blacków, bo z tą konserwatywną rodziną niewiele miała wspólnego, a Charlie Rookwood postawił ją w opozycji wobec Rookwoodów, ale Brenna bywała na wystawach u Averych, tańczyła na przyjęciach Prewettów i oglądała eksponaty w muzeum Shafiqów.
- Naprawdę? Muszę spytać - stwierdziła, wyciągając kolejny komplet kluczy, by otworzyć mieszkanie na piętrze. - Jakiej światłej rady udzielisz mi dzisiaj? - spytała i popchnęła drzwi. - Ach, mówisz o Stanach. Myślałam, że o Europie, jakichś Niemczech czy coś. Wydaje mi się, że Stany byłyby zbyt problematyczne, to kilkudniowa podróż statkiem. Rozważałam raczej Francję, wystarczy teleportacja na skraj kraju, a potem przedostać się przez kanał. Jeśli marzą ci się ciepłe plaże ze złocistym piaskiem to może Włochy albo Hiszpania?
Uśmiechnęła się mimowolnie. Brzmiało to prawie jakby wybierali domek letniskowy, dwójka rozpieszczonych bogaczy, których stać na wszystko i którzy mieli ochotę spędzić czasem parę dni na plaży. Trochę tymi rozpieszczonymi bogaczami byli. Tyle że na dłuższy wypad i tak nie będą mieli przecież czasu, a lokalizacja miała posłużyć im, gdyby trzeba było komuś szybko pomóc uciec poza granice kraju.
Nie chciała nawet myśleć o tych najgorszych opcjach. O konieczności masowej ucieczki z Anglii.
- Hm... Jej lokalizacja mi nie przeszkadza, ale jest przystosowana do zebrań i przechowywania zapasów. Nie do mieszkania na stałe albo szkoleń. A Dumbledore...
Zacięła się, na moment zamarła na progu. To była jedna z tych spraw, o których zwykle nie mówiła. Słowa Dumbledore’a i wszystkie myśli, jakie były z tą nową rolą związane, zamknęła w skrzynce w swoim umyśle, obok rzeczy takich jak wisząca nad jej głową więź i przeświadczenie o własnej durnocie, wspomnienie statku, twarz ducha z Kniei i rzeczy, które oglądała w kręgu widmowidza.
- Uważa, że potrzebujemy bezpiecznych lokacji. Chyba spodziewa się eskalacji – powiedziała w końcu krótko, przekraczając próg.
Inaczej dlaczego wydałby takie polecenie? Mieli Strażnicę, chronioną przed cudzymi oczyma, i Warownię, gdzie znajdywali bezpieczną przystań. Do działań operacyjnych Alastor i Harper mogli wykorzystać swoje mieszkania, może nie całkiem bezpieczne, ale bardzo przydatne. Zdaniem Dumbledore’a potrzebowali jednak więcej.
– Kuchenka działa, jest prąd i woda. Ogrzewanie z jakiegoś tam pieca w piwnicy, ale po coś jesteśmy czarodziejami – podjęła, zapraszając brata do środka. Były tutaj długi korytarz, kuchnia i trzy pokoje, dwa duże, jeden niewielki. Poprowadziła go najpierw do kuchni właśnie, bo ta wyglądała na staroświecką, ale tak ogólnie „w miarę”. Był tutaj rząd szafek, kuchenka, całkiem porządne blaty, stał nawet stół i krzesła. – Trzeba wymienić okno i odmalować. Nie jestem pewna podłogi, ale zatrudniłam mugolskich fachowców, mają się tym zająć. Jakoś tak… uznałam, że najlepiej nie sprowadzać tu czarodziejów. Nie ma zabezpieczeń, póki co, ale jeśli nikt nie będzie wiedział, że ktokolwiek tutaj związany ze światem czarów mieszka, to po co mieliby brać to miejsce na cel?
Tak naprawdę Brenna wcale nie darzyła takich spędów niechęcią. Niektóre z nich nawet lubiła. Należała do tego świata, umiała grać według jego zasad, a różnice interesów i poglądów między rodami też przecież były tego częścią. Masa jej przyjaciół była półkrwi, ale przyjaźniła się jeszcze z Hogwartu z członkami nienaruszalnej dwudziestki ósemki i chętnie ich przy takich okazjach spotykała. Nie wybierała się może na ślub Blacków, bo z tą konserwatywną rodziną niewiele miała wspólnego, a Charlie Rookwood postawił ją w opozycji wobec Rookwoodów, ale Brenna bywała na wystawach u Averych, tańczyła na przyjęciach Prewettów i oglądała eksponaty w muzeum Shafiqów.
- Naprawdę? Muszę spytać - stwierdziła, wyciągając kolejny komplet kluczy, by otworzyć mieszkanie na piętrze. - Jakiej światłej rady udzielisz mi dzisiaj? - spytała i popchnęła drzwi. - Ach, mówisz o Stanach. Myślałam, że o Europie, jakichś Niemczech czy coś. Wydaje mi się, że Stany byłyby zbyt problematyczne, to kilkudniowa podróż statkiem. Rozważałam raczej Francję, wystarczy teleportacja na skraj kraju, a potem przedostać się przez kanał. Jeśli marzą ci się ciepłe plaże ze złocistym piaskiem to może Włochy albo Hiszpania?
Uśmiechnęła się mimowolnie. Brzmiało to prawie jakby wybierali domek letniskowy, dwójka rozpieszczonych bogaczy, których stać na wszystko i którzy mieli ochotę spędzić czasem parę dni na plaży. Trochę tymi rozpieszczonymi bogaczami byli. Tyle że na dłuższy wypad i tak nie będą mieli przecież czasu, a lokalizacja miała posłużyć im, gdyby trzeba było komuś szybko pomóc uciec poza granice kraju.
Nie chciała nawet myśleć o tych najgorszych opcjach. O konieczności masowej ucieczki z Anglii.
- Hm... Jej lokalizacja mi nie przeszkadza, ale jest przystosowana do zebrań i przechowywania zapasów. Nie do mieszkania na stałe albo szkoleń. A Dumbledore...
Zacięła się, na moment zamarła na progu. To była jedna z tych spraw, o których zwykle nie mówiła. Słowa Dumbledore’a i wszystkie myśli, jakie były z tą nową rolą związane, zamknęła w skrzynce w swoim umyśle, obok rzeczy takich jak wisząca nad jej głową więź i przeświadczenie o własnej durnocie, wspomnienie statku, twarz ducha z Kniei i rzeczy, które oglądała w kręgu widmowidza.
- Uważa, że potrzebujemy bezpiecznych lokacji. Chyba spodziewa się eskalacji – powiedziała w końcu krótko, przekraczając próg.
Inaczej dlaczego wydałby takie polecenie? Mieli Strażnicę, chronioną przed cudzymi oczyma, i Warownię, gdzie znajdywali bezpieczną przystań. Do działań operacyjnych Alastor i Harper mogli wykorzystać swoje mieszkania, może nie całkiem bezpieczne, ale bardzo przydatne. Zdaniem Dumbledore’a potrzebowali jednak więcej.
– Kuchenka działa, jest prąd i woda. Ogrzewanie z jakiegoś tam pieca w piwnicy, ale po coś jesteśmy czarodziejami – podjęła, zapraszając brata do środka. Były tutaj długi korytarz, kuchnia i trzy pokoje, dwa duże, jeden niewielki. Poprowadziła go najpierw do kuchni właśnie, bo ta wyglądała na staroświecką, ale tak ogólnie „w miarę”. Był tutaj rząd szafek, kuchenka, całkiem porządne blaty, stał nawet stół i krzesła. – Trzeba wymienić okno i odmalować. Nie jestem pewna podłogi, ale zatrudniłam mugolskich fachowców, mają się tym zająć. Jakoś tak… uznałam, że najlepiej nie sprowadzać tu czarodziejów. Nie ma zabezpieczeń, póki co, ale jeśli nikt nie będzie wiedział, że ktokolwiek tutaj związany ze światem czarów mieszka, to po co mieliby brać to miejsce na cel?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.