14.08.2024, 11:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2024, 15:51 przez Brenna Longbottom.)
– Twoim zdaniem to sposób na dostanie się do serca dziewczyny? Znokautowanie jej tłuczkiem? To tak żeby ograniczyć jej mobilność czy się upewnić, że nie będzie jasno myśleć? – odbiła piłeczkę, niezbyt przejęta docinkiem, zwłaszcza że ani ona wtedy nie była pewna, który z pałkarzy Ślizgonów grzmotnął ją w łeb, ani on prawdopodobnie nie miał pojęcia, kogo niechcący zrzucił z trybun. Właściwie to Brenna ani trochę by się nie zdziwiła, gdyby w tamtych czasach całkiem był z siebie dumny, jakby się dowiedział, że wysłał do skrzydła szpitalnego Gryfonkę.
Chociaż może i by się nie chwalił. Jakaś część Brenny musiała niechętnie przyznać, że Tony mógłby dać mu wtedy za to w łeb.
- Masz zamiar przenieść się do Little Hangleton? Trudno mi sobie wyobrazić ciebie poza Londynem na dłuższą metę.
Ludzie z rodów czystej krwi dość często mieszkały w posiadłościach, bo te były często wielkie i dobrze chronione, ale Brenna podejrzewała, że niejeden młody przedstawiciel mógł marzyć o wyrwaniu się spod kurteli rodziny. Nawet masa własnej przestrzeni nie zawsze wystarczała, jeśli krewni byli natrętni albo mieli skłonności do nadmiernej kontroli. Brenna napatrzyła się na rodzinę Victorii, a potem i na Flintów dostatecznie dużo, aby wiedzieć, że ona akurat miała ogromne szczęście. Może Bulstrode chciał więcej swobody? Ale to Little Hangleton jakoś do niego nie pasowało - zdawał się kimś, kto w takim małym miasteczku uschnąłby z nudy, gdyby miał spędzać w nim więcej czasu. Ale może się tu myliła?
- Koniecznie musisz zrobić sobie wycieczkę krajoznawczą, mają tu niesamowite rzeczy. Drzewa na przykład, co próbują zjadać ludzi, i jest taka wierzba, pod którą kręcą się duchy, a mgliste mokradła to świetne miejsce na biwak, jak ci nie przeszkadzają utopce, hodowla wielkich węży, słyszałam coś o mrocznej grocie... mój wuj postanowił się tu przeprowadzić. Chciałabym obwiniać o to Anthonyego, ale chyba Morpheus po prostu lubi klimat ogólnego szaleństwa - powiedziała, biorąc go pod ramię. Nie miało znaczenia, że był zimny: liczyło się, że po prostu był obok. Panika opadała powoli i zaczęła mieć nadzieję, że może to jednak był chwilowy efekt, krótki przypływ szaleństwa albo jakieś zaklęcie, które już przemijało. Zdołała nawet szczerze się uśmiechnął, kiedy spytał o tego trzynastego. – Obawiam się, że nie ma znaczenia, w co wierzę, bo piątki trzynastego wierzą we mnie.
Ani myślała go jednak przekonywać. Sama długo uważała, że Basilius przesadza. Tak mniej więcej do piątego czy szóstego razu. Potem po prostu pogodziła się z nieuniknionym i każdy piątek oznaczała w kalendarzu, wpisując do niego spotkanie z Basiliusem Prewettem.
- Nie trzeba, już nie jest aż tak zimno. Nie mam pojęcia, co się stało, może zaliczyłam krótki przypływ szaleństwa albo przeklęło mnie w tym lesie jakieś drzewo za zabranie z lasu dzieciaka. Niektóre potrafią gadać, to może potrafią i przeklinać ludzi - stwierdziła lekko, bo kiedy sądziła, że efekt zaczął mijać, mogła się już i przyznać, że w porządku, chyba nie wszystko było tak dobrze. Dalej czuła się jakoś smutna, i dziwnie samotna – cholernie dziwne uczucie, bo wokół niej niemal zawsze byli ludzie, i nawet jeżeli tym, o czym nikomu nie mówiła, mogłaby zapełnić pół Warowni, to wiedziała, że może na nich liczyć – ale przynajmniej nie miała już ochoty usiąść i się rozpłakać. Nie miała pojęcia, że czuła się mniej spanikowana tylko dlatego, że był obok i że faktycznie lepiej będzie dopiero za kilka godzin. – Ale chętnie cię naciągnę na herbatę. Przepraszam za to, cholerne Little Hangleton chyba źle na mnie działa.
Chociaż może i by się nie chwalił. Jakaś część Brenny musiała niechętnie przyznać, że Tony mógłby dać mu wtedy za to w łeb.
- Masz zamiar przenieść się do Little Hangleton? Trudno mi sobie wyobrazić ciebie poza Londynem na dłuższą metę.
Ludzie z rodów czystej krwi dość często mieszkały w posiadłościach, bo te były często wielkie i dobrze chronione, ale Brenna podejrzewała, że niejeden młody przedstawiciel mógł marzyć o wyrwaniu się spod kurteli rodziny. Nawet masa własnej przestrzeni nie zawsze wystarczała, jeśli krewni byli natrętni albo mieli skłonności do nadmiernej kontroli. Brenna napatrzyła się na rodzinę Victorii, a potem i na Flintów dostatecznie dużo, aby wiedzieć, że ona akurat miała ogromne szczęście. Może Bulstrode chciał więcej swobody? Ale to Little Hangleton jakoś do niego nie pasowało - zdawał się kimś, kto w takim małym miasteczku uschnąłby z nudy, gdyby miał spędzać w nim więcej czasu. Ale może się tu myliła?
- Koniecznie musisz zrobić sobie wycieczkę krajoznawczą, mają tu niesamowite rzeczy. Drzewa na przykład, co próbują zjadać ludzi, i jest taka wierzba, pod którą kręcą się duchy, a mgliste mokradła to świetne miejsce na biwak, jak ci nie przeszkadzają utopce, hodowla wielkich węży, słyszałam coś o mrocznej grocie... mój wuj postanowił się tu przeprowadzić. Chciałabym obwiniać o to Anthonyego, ale chyba Morpheus po prostu lubi klimat ogólnego szaleństwa - powiedziała, biorąc go pod ramię. Nie miało znaczenia, że był zimny: liczyło się, że po prostu był obok. Panika opadała powoli i zaczęła mieć nadzieję, że może to jednak był chwilowy efekt, krótki przypływ szaleństwa albo jakieś zaklęcie, które już przemijało. Zdołała nawet szczerze się uśmiechnął, kiedy spytał o tego trzynastego. – Obawiam się, że nie ma znaczenia, w co wierzę, bo piątki trzynastego wierzą we mnie.
Ani myślała go jednak przekonywać. Sama długo uważała, że Basilius przesadza. Tak mniej więcej do piątego czy szóstego razu. Potem po prostu pogodziła się z nieuniknionym i każdy piątek oznaczała w kalendarzu, wpisując do niego spotkanie z Basiliusem Prewettem.
- Nie trzeba, już nie jest aż tak zimno. Nie mam pojęcia, co się stało, może zaliczyłam krótki przypływ szaleństwa albo przeklęło mnie w tym lesie jakieś drzewo za zabranie z lasu dzieciaka. Niektóre potrafią gadać, to może potrafią i przeklinać ludzi - stwierdziła lekko, bo kiedy sądziła, że efekt zaczął mijać, mogła się już i przyznać, że w porządku, chyba nie wszystko było tak dobrze. Dalej czuła się jakoś smutna, i dziwnie samotna – cholernie dziwne uczucie, bo wokół niej niemal zawsze byli ludzie, i nawet jeżeli tym, o czym nikomu nie mówiła, mogłaby zapełnić pół Warowni, to wiedziała, że może na nich liczyć – ale przynajmniej nie miała już ochoty usiąść i się rozpłakać. Nie miała pojęcia, że czuła się mniej spanikowana tylko dlatego, że był obok i że faktycznie lepiej będzie dopiero za kilka godzin. – Ale chętnie cię naciągnę na herbatę. Przepraszam za to, cholerne Little Hangleton chyba źle na mnie działa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.