13.08.2024, 20:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 20:11 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan skinął głową ku swojej uldze odkrywając, że ich nici nie zmieniły barwy, chociaż jeszcze przecież nie powiedział wszystkich szczegółów. Co więcej, odruchowo chciał poprawić przyjaciela, jako że sam nie przepadał za tym określeniem na swojego byłego kochanka, ale potem przypomniał sobie, że przecież to ostatnie na czym obecnie powinno mu zależeć w tej chwili.
– Bardzo czarująca osobistość, czyż nie? – zaśmiał się cicho, chociaż nie było w tym ani krztyny radości. Ale taka była prawda. Jean Baptiste był niewątpliwie czarującym mężczyzną i to ten urok jako pierwszy przyciągnął do niego Jonathana, próbującego odnaleźć się w nowym kraju bez wszystkich, na których polegał przez tyle lat. A teraz? A teraz mógł jedynie wyrzucać sobie, że dał się na ten urok złapać. – On... Zaproponował mi, pod koniec mojego pobytu we Francji, abym do niego dołączył w jego nieżyciu, ale... Miałem powody, aby odmówić. A potem jeszcze pojawił się twój list i zdecydowałem się powrócić do Londynu. Jean... Nie przyjął tego dość dyplomatycznie jeśli mogę tak powiedzieć, zachował się... Inaczej niż kiedykolwiek, ale myślałem, że sprawa jest skończona. – Westchnął cicho, wciąż zerkając ukradkiem na nici Anthony'ego. – A potem pojawiły się listy. I ten ostatni, dostałem go w dniu urodzin. Zimą przybędę do Londynu, aby móc wysycić się tym co mi Ciebie ukradło. Czyż nie cudownie dramatycznie? Chyba powinienem docenić i oddać mu swoją szyję, ale nigdy nie byłem szczególnym fanem historii o tak zazdrosnych kochankach.
I już prawie zaczął opowiadać o jednej sztuce, na której był kiedyś w Londynie. Już miał się pochylać nad detalami sukni głównej bohaterki, zazdrosnej kochanki, i tym, jak delikatne, różowe kryształki, którymi była ozdobiona pod koniec sztuki magicznie zmieniły kolor na czerwień, niczym kropelki krwi, ale znowu zmieniałby temat, byle tylko nie pokazać, jak bardzo się o nich bał. A o ile sam uważał, że jest nieśmiertelny, tak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciele mogli umrzeć nieco łatwiej.
A potem, pomijając to wszystko co właśnie się działo w jego głowie, słysząc wspomnienie o tym, że obaj panowie byli do siebie podobni jak i wzmiankę na temat pewnej walentynki, zaśmiał się. Tym razem już szczerze i głośno, bo może i był przerażony, może ostatnie kilka dni nie należało do najbardziej przespanych i może nie wiedział co robić i jak obronić swoich przyjaciół, ale właśnie coś do niego dotarło. Coś co nie pozwalało mu się nie śmiać i coś co lewnie byłoby cudowną tragiczną historią nieodwzajemnionego zainteresowania, gdyby nie łącząca ich nić przyjaźni.
– Oh, tamta walentynka! Najlepiękniejsza jaką w życiu dostałem. Aż mi było szkoda tego, że włożyłeś tyle piękna w coś co miało być żartem wobec tego, że tamta Ślizgonka rzuciła mnie na dzień przed Walentynkami. — Jonathan uśmiechnął się szczerze, a w jego oczach, poza zmartwieniem, zagościła też radość. Jaki on był głupi! Anthony, jego Anthony, wysłał tę walentynkę na poważnie, a on tego nie zrozumiał, jakby był jakimś zagubionym społecznie Krukonem, który woli ślęczeć nad dziwnymi eliksirami w kolorze, na przykład czerwonym, niż dać się porwać miłości. – Mam ją do dzisiaj u siebie. Wiesz, był taki czas, gdybym zrobił wiele, aby dostać od siebie kolejną, ale było to kilka lat później.
Wyzwania najwyraźniej miały to do siebie, że lubiły padać jedno po drugim. I pomyśleć, że Jonathan wiele razy siedział w biurze, zerkając niby od niechcenka od swojego przyjaciela, myśląc, że Shafiq nigdy nie mógłby podzielić jego uczuć, bo przecież na pewno wolałby kogoś, kto emanował tak samo cudowną aurą kompetencji, jak on sam, kiedy Selwyn jedynie biegał i parzył kawę.
– Bardzo czarująca osobistość, czyż nie? – zaśmiał się cicho, chociaż nie było w tym ani krztyny radości. Ale taka była prawda. Jean Baptiste był niewątpliwie czarującym mężczyzną i to ten urok jako pierwszy przyciągnął do niego Jonathana, próbującego odnaleźć się w nowym kraju bez wszystkich, na których polegał przez tyle lat. A teraz? A teraz mógł jedynie wyrzucać sobie, że dał się na ten urok złapać. – On... Zaproponował mi, pod koniec mojego pobytu we Francji, abym do niego dołączył w jego nieżyciu, ale... Miałem powody, aby odmówić. A potem jeszcze pojawił się twój list i zdecydowałem się powrócić do Londynu. Jean... Nie przyjął tego dość dyplomatycznie jeśli mogę tak powiedzieć, zachował się... Inaczej niż kiedykolwiek, ale myślałem, że sprawa jest skończona. – Westchnął cicho, wciąż zerkając ukradkiem na nici Anthony'ego. – A potem pojawiły się listy. I ten ostatni, dostałem go w dniu urodzin. Zimą przybędę do Londynu, aby móc wysycić się tym co mi Ciebie ukradło. Czyż nie cudownie dramatycznie? Chyba powinienem docenić i oddać mu swoją szyję, ale nigdy nie byłem szczególnym fanem historii o tak zazdrosnych kochankach.
I już prawie zaczął opowiadać o jednej sztuce, na której był kiedyś w Londynie. Już miał się pochylać nad detalami sukni głównej bohaterki, zazdrosnej kochanki, i tym, jak delikatne, różowe kryształki, którymi była ozdobiona pod koniec sztuki magicznie zmieniły kolor na czerwień, niczym kropelki krwi, ale znowu zmieniałby temat, byle tylko nie pokazać, jak bardzo się o nich bał. A o ile sam uważał, że jest nieśmiertelny, tak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciele mogli umrzeć nieco łatwiej.
A potem, pomijając to wszystko co właśnie się działo w jego głowie, słysząc wspomnienie o tym, że obaj panowie byli do siebie podobni jak i wzmiankę na temat pewnej walentynki, zaśmiał się. Tym razem już szczerze i głośno, bo może i był przerażony, może ostatnie kilka dni nie należało do najbardziej przespanych i może nie wiedział co robić i jak obronić swoich przyjaciół, ale właśnie coś do niego dotarło. Coś co nie pozwalało mu się nie śmiać i coś co lewnie byłoby cudowną tragiczną historią nieodwzajemnionego zainteresowania, gdyby nie łącząca ich nić przyjaźni.
– Oh, tamta walentynka! Najlepiękniejsza jaką w życiu dostałem. Aż mi było szkoda tego, że włożyłeś tyle piękna w coś co miało być żartem wobec tego, że tamta Ślizgonka rzuciła mnie na dzień przed Walentynkami. — Jonathan uśmiechnął się szczerze, a w jego oczach, poza zmartwieniem, zagościła też radość. Jaki on był głupi! Anthony, jego Anthony, wysłał tę walentynkę na poważnie, a on tego nie zrozumiał, jakby był jakimś zagubionym społecznie Krukonem, który woli ślęczeć nad dziwnymi eliksirami w kolorze, na przykład czerwonym, niż dać się porwać miłości. – Mam ją do dzisiaj u siebie. Wiesz, był taki czas, gdybym zrobił wiele, aby dostać od siebie kolejną, ale było to kilka lat później.
Wyzwania najwyraźniej miały to do siebie, że lubiły padać jedno po drugim. I pomyśleć, że Jonathan wiele razy siedział w biurze, zerkając niby od niechcenka od swojego przyjaciela, myśląc, że Shafiq nigdy nie mógłby podzielić jego uczuć, bo przecież na pewno wolałby kogoś, kto emanował tak samo cudowną aurą kompetencji, jak on sam, kiedy Selwyn jedynie biegał i parzył kawę.