12.08.2024, 16:12 ✶
Patrick przyglądał się Florence. Szukał w głowie własnych wspomnień. Teraz, dziwnie zaginione i nieobecne, irytowały go niespotykaną wcześniej w umyśle pustką. A przecież nie zawsze wszystko pamiętał i nie zawsze wszystko zauważał. Tylko nigdy wcześniej nie czuł się pustą kartką ze śladami po wytartym ołówku, wgłębieniami po zaginionej treści, skrytej przed jego własnym wzrokiem. Zmarszczył brwi, czepiając się myśli o innych aurorach. Powinien ich znać, powinien z nimi pracować. Ilu ich było? Dwóch, ale nie pamiętał ich imion. I znowu poczuł się głupio, bo niby wiedział i nie wiedział skąd wie.
A jednak był w stanie sobie wyobrazić jak sam siedzi za biurkiem. Rysuje piórkiem albo węglem, rzadziej farbami, częściej tuszem. Ma pochyloną sylwetkę, skupione ruchy, jakby bardziej pochłaniały go własne myśli niż to, co przelewał na karty szkicownika. Lubił rysować. Rysowanie pomagało mu uporządkować głowę. Narysował kiedyś nawet Florence na wielkim obrazie, chociaż początkowo wcale nie zamierzał jej rysować. To chyba było po Beltane. Czymkolwiek Beltane było.
Bezwiednie ruszył za swoją towarzyszką, podobnie do niej skupiając wzrok na szaliku. Ravenclaw. Krukoni. Pokój wspólny. Jeden fotel, na którym gnieździł się razem z Clare i ćwiczyli rozpoznawanie swoich aur. Zamrugał szybko, bo wraz z myślą o Clare pojawiła się wizja skąpanego w śniegu parku i Florence, która go pocieszała.
- Patrick – powtórzył za nią. Imię przylgnęło do niego naturalnie, układało mu się na języku, z miejsca podpasowało, jakby zawsze było jego. Uśmiechnął się pod nosem. – Patrick – powtórzył znowu, znowu cicho, dość cicho, bardziej do siebie niż do niej.
Dobrze było odzyskać swoje imię.
Znowu kiwnął głową. Miała rację. Powinni stąd odejść jak najprędzej. Przyjął wyciągniętą do siebie rękę. Zacisnął lodowate palce na palcach Florence. Parę kroków dał się pociągnąć w stronę, w którą prowadziła. Skoro i tak nie miał zielonego, który kierunek był właściwy, właściwy mógł być każdy.
Rozglądał się po hali, szukał wzrokiem czegoś, może jakiś wskazówek, które podpowiedziałyby im, gdzie powinni się kierować. I nagle jego uwagę przykuł snujący się za jedną ze szklanych szyb cień. Wyglądał jak mężczyzna, w bliżej nieokreślonym wieku. Twarz miał pozbawioną wyrazu. Ubranie podarte i poplamione. Szedł wzdłuż jednej ze ścian, ale jego ruchom brakowało sprężystości, bardziej ciągnął jedną z nóg, niż nią naprawdę kierował.
Patrick wzdrygnął się. Ścisnął mocniej rękę Florence.
- To nas czeka jak stąd nie wyjdziemy? – zapytał cicho, zwracając jej uwagę na sylwetkę, którą sam dostrzegł. – Zamienimy się w żywe trupy?
Nieco dalej, w pomieszczeniu, którym podążał nieumarły, mogli dostrzec kolejnego. Tym razem kobietę, wyglądającą jeszcze gorzej niż jej towarzysz. Siedziała na metalowej ławce. Miała odsłonięty skalp na głowie, porwaną sukienkę i wystające spod niej bielące się żebra. Nie wydawała się agresywna. Żadne z nich nie wydawało się agresywne.
- Sądzisz, że te nazwy: Druga Strona, Limbo, Świat Żywych, Zaświaty, Piekło, Niebo, że napisana na nich jest prawda? Bo jeśli tak, to chyba powinniśmy kierować się w stronę Świata Żywych – zaproponował.
A jednak był w stanie sobie wyobrazić jak sam siedzi za biurkiem. Rysuje piórkiem albo węglem, rzadziej farbami, częściej tuszem. Ma pochyloną sylwetkę, skupione ruchy, jakby bardziej pochłaniały go własne myśli niż to, co przelewał na karty szkicownika. Lubił rysować. Rysowanie pomagało mu uporządkować głowę. Narysował kiedyś nawet Florence na wielkim obrazie, chociaż początkowo wcale nie zamierzał jej rysować. To chyba było po Beltane. Czymkolwiek Beltane było.
Bezwiednie ruszył za swoją towarzyszką, podobnie do niej skupiając wzrok na szaliku. Ravenclaw. Krukoni. Pokój wspólny. Jeden fotel, na którym gnieździł się razem z Clare i ćwiczyli rozpoznawanie swoich aur. Zamrugał szybko, bo wraz z myślą o Clare pojawiła się wizja skąpanego w śniegu parku i Florence, która go pocieszała.
- Patrick – powtórzył za nią. Imię przylgnęło do niego naturalnie, układało mu się na języku, z miejsca podpasowało, jakby zawsze było jego. Uśmiechnął się pod nosem. – Patrick – powtórzył znowu, znowu cicho, dość cicho, bardziej do siebie niż do niej.
Dobrze było odzyskać swoje imię.
Znowu kiwnął głową. Miała rację. Powinni stąd odejść jak najprędzej. Przyjął wyciągniętą do siebie rękę. Zacisnął lodowate palce na palcach Florence. Parę kroków dał się pociągnąć w stronę, w którą prowadziła. Skoro i tak nie miał zielonego, który kierunek był właściwy, właściwy mógł być każdy.
Rozglądał się po hali, szukał wzrokiem czegoś, może jakiś wskazówek, które podpowiedziałyby im, gdzie powinni się kierować. I nagle jego uwagę przykuł snujący się za jedną ze szklanych szyb cień. Wyglądał jak mężczyzna, w bliżej nieokreślonym wieku. Twarz miał pozbawioną wyrazu. Ubranie podarte i poplamione. Szedł wzdłuż jednej ze ścian, ale jego ruchom brakowało sprężystości, bardziej ciągnął jedną z nóg, niż nią naprawdę kierował.
Patrick wzdrygnął się. Ścisnął mocniej rękę Florence.
- To nas czeka jak stąd nie wyjdziemy? – zapytał cicho, zwracając jej uwagę na sylwetkę, którą sam dostrzegł. – Zamienimy się w żywe trupy?
Nieco dalej, w pomieszczeniu, którym podążał nieumarły, mogli dostrzec kolejnego. Tym razem kobietę, wyglądającą jeszcze gorzej niż jej towarzysz. Siedziała na metalowej ławce. Miała odsłonięty skalp na głowie, porwaną sukienkę i wystające spod niej bielące się żebra. Nie wydawała się agresywna. Żadne z nich nie wydawało się agresywne.
- Sądzisz, że te nazwy: Druga Strona, Limbo, Świat Żywych, Zaświaty, Piekło, Niebo, że napisana na nich jest prawda? Bo jeśli tak, to chyba powinniśmy kierować się w stronę Świata Żywych – zaproponował.