Kot. Nigdy nie pomyślałby o Victorii jak o kocie, a jednak oto jest: z kotem jako symbolem, który miał odpowiadać jej formie w innym świecie. Różnili się od siebie? On i ona. Zimni, czasem żartobliwi, czasami zbyt ponurzy. Różnili? Wybierający swoje ścieżki, nie znoszący, kiedy ktoś pokazywał im drogi palcami. Różnili, bo ona była mądrzejsza od niego - nie pakowała się w prawą stronę tylko dlatego, że ktoś powiedział, że lepiej będzie pójść w lewo. Gdyby jednak była o wiele mądrzejsza to nie byłoby jej tutaj. Jego też nie. Nie myśląc o kotach, albo o tym, o jakim w ogóle zwierzęciu by myślał, gdyby próbował przełożyć ją na czworonoga. Albo dwunoga. Myślał o niczym. Nawet nie o konieczności cofnięcia się, że to znowu cień, że słońce nie bolało. Nie myślał, bo zimno i ciepło przemieszały się na jego skórze, bo spojrzał teraz na swoje dłonie, a one nie były poparzone. Nie było na nich krwi, nie były obtarte, nie były zniszczone. Szorstkie dłonie, nie z gładką skórą - nosiły ślady tego, że za życia uderzył w niejedno, niejednego i nie tylko ze strunami się szarpał, dlatego miał grubsze opuszki.
Te dłonie, w całym myśleniu i niemyśleniu zarazem, drżały mu. Zaczęły mu drżeć, kiedy na nie patrzył. I czuł się wobec tego mały. Malutki, bezbronny, jakby znowu był tylko dzieckiem, które może krzyczeć, szarpać, się, ale nie ważne, ile wyleje łez - skutek będzie dokładnie taki sam. Albo ten mały chłopiec, który jeszcze nie widział Little Hangleton na swoje oczy. Drżenie było minimalne, ale czuł je całym swoim ciałem. Cały zaczynał chyba drżeć - albo to tylko takie uczucie?
Właśnie - za co ją przepraszał? Za to, że przecież nikt nie chce, jak innym smakują lody truskawkowe, kiedy nie mogą ich jeść. Nikt nie chce słuchać, jak zajebiście było na Ibizie, gdy ty nie możesz sobie pozwolić na wyjście do cyrku, który rozstawili pod Londynem. Nie chcesz słuchać, jak innym jest ciepło, kiedy ty sama nie możesz się ogrzać. Bo ludzie nie chcą o tym słuchać, prawda? On nie chciał. Nie chciał też słuchać, jak innym jest źle - że nie mogą jeść lodów truskawkowych, a to ich ulubione, że zawsze marzyli o Ibicie, a nie stać ich na wyjazd pod Londyn, że jest im zimno i nigdy nie będzie ciepło. Nie chciał słuchać o super dniach i wesołych, rodzinnych wypadach, ani o tragediach. Mógł słuchać, ale nie chciał tego słyszeć. I nie chciał czuć się źle dlatego, że ona nie mogła ciepła doświadczyć. A jednak poczuł się źle. To życie było tak spierdolone. Tak popaprane. Kiedyś zapominał o tym czasami, dziś tylko czasami sobie o tym przypominał - i każda taka chwila była tak samo zła. Z każdej takiej chwili chciał uciec, ale nie było na to siły. Niby chcesz uciec, ale nawet nie ma na to woli. Więc... chodziło o niego? Koniec końców - chyba nie chciał, żeby o niego chodziło. Tak długo się o to szarpał, że w końcu zamienił wszystkie te głupie pragnienia i sny na rzeczywistość. Odsprzedał siebie za siebie nowego. Potrzeba przetrwania w człowieku była czasem aż zbyt szokująca.
Chciał pokręcić głową - nie, to wcale nie za dużo. Tak, jak chciał wcześniej się odezwać, ale coś go pokonało. To pewnie ta opuchlizna - gdyby tylko myśli kwitły w jego głowie zrozumiałym wzorem, to tak by pomyślał. Ale nie kwitły. Próba zaprzeczenia skończyła się tym, że kiwnął głową. Pokiwał. I nie mógł nic innego powiedzieć. Jak zapowietrzony człowiek, który powinien wybuchnąć łzami, ale żadnych łez nie było. Zostawało tylko ciśnienie, które nie pozwalało trzeźwo myśleć, które przeszkodziłoby w oddychaniu, gdyby tylko jego potrzeba istniała.
- Nie... nie chce Vika... niczego od ciebie nie chce. - Zadrżały mu ramiona, kiedy opuścił głowę i schował na moment twarz w dłoniach. Cofnął się kolejny krok przed jej rękoma, znów kręcąc głową. - Przepraszam... to jest... takie spierdolone... - Uniósł na nią spojrzenie wiedząc, że uciekł przed jej dotykiem, ale teraz wszystko wydawało mu się za dużo. Każdy bodziec, nawet wiatr wliczał się do zbyt intensywnego doznania. - Nie chciałem takiego życia. Nie chciałem tak skończyć. Chciałem... gryźć biedę jeżdżąc po scenach... - Głos mu się łamał, ale jego oczy nawet się nie szkliły, nie było tam ani kropelki. - Mieliśmy z Fergusem... łapać stopa i jechać... jeździć za festiwalami... - Spoglądał na Victorię szukając tam odpowiedzi na pytania, na które nie było odpowiedzi. Z błaganiem, żeby go uszczypnęła i wybudziła z tego spierdolonego snu zwanego życiem. Obrócił się do niej bokiem i przeszedł jeden krok, popierając się o bok, a drugą dłoń przyciskając do czoła.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.