06.08.2024, 20:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 20:28 przez Alexander Mulciber.)
ŁAZIENKA: z Urlett i Isaacem.
– Można. Gdyby nie było można, to bogowie by inaczej świat stworzyli. – Alexander chciał przez chwilę powiedzieć Isaacowi, że każdy głupi może wróżyć z moczu – wystarczyło z odpowiednią siłą wymierzyć kopniaka w okolice nerek, i rzucić pewnie: ”jutro będziesz sikał krwią”. Wizja może krótka, acz nader obrazowa: gdyby wszystkie takie deklaracje uznawać za rzeczywiste przepowiednie, w Departamencie Tajemnic już dawno zabrakłoby na nie miejsca na półkach, a sam dar trzeciego oka – należałoby zdiagnozować u ponad połowy czarodziejskiej populacji.
Mulciber nie przepadał za rozmawianiem na tematy okołowróżbiarskie z ludźmi pozbawionymi daru prekognicji. Nigdy nie potrafił wyjaśnić swoich procesów myślowych w sposób, który by go satysfakcjonował: czuł się jak w szkole, na lekcjach wróżbiarstwa, kiedy – mimo, że podał jako pierwszy właściwą odpowiedź – nauczycielka zawsze kręciła nosem, zmuszając go do tego, by wytłumaczył reszcie klasy, jak do tego doszedł. Wyjaśnienia Alexa zawsze brzmiały albo zanadto skomplikowanie albo nazbyt prymitywnie. Jak miał, kurwa, wytłumaczyć coś, czego sam do końca nie rozumiał? Wiedział i tyle.
– Metodologia Mikolaska była prymitywną syntezą myśli mugolskiej medycyny i ludowych praktyk szamańskich, które poznał, terminując u wiejskiej wiedźmy. – Uśmiechnął się kwaśno Mulciber. – Mikolasek, krótko mówiąc, nie był ani lekarzem, ani wróżbitą, tylko pierdolonym oszustem. Wspierał się znajomością ludzkiej psychiki, był charyzmatyczny, kreował wokół siebie aurę mistycyzmu. W swojej pracy opierał się na dowodach empirycznych, wnioskował w sposób indukcyjny, od szczegółu – barwa moczu, konsystencja, zapach, smak – do ogółu – czyli właściwej diagnozy. – Isaac podszedł do umywalek, by umyć ręce, ale Alexander nie zamierzał podążać za nim: oparł się o ścianę, nieco dalej od wejścia, i utkwił wzrok w suficie.
– To, co widzi jasnowidz, panie Bagshot – proszę się nie krępować, i walnąć sobie kreskę, ja nie będę pana osądzał – to, co widzi jasnowidz, jest niedostępne poznaniu zmysłowemu. Techniki wróżbiarskie to nasze instrumentarium: nie służą do opisywania rzeczywistości, nie, to rzeczywistość opisuje to, co dzieje się… Tutaj. – Wskazał palcem na swoją głowę.
Ale Alexander nie miał zamiaru konfrontować się z rzeczywistością. Wybrał podłogę łazienki.
Niebrzydkie kafelki, stwierdził obojętnie, rozwalony jak długi na podłodze, z plecami wspartymi o ścianę: bawił się swoimi pierścieniami, przekładał je między palcami, starannie omijając jednak sygnet, który przypadł mu “w spadku” po Donaldzie. Powiódł spojrzeniem po wnętrzu toalety. Być może szukał wzrokiem mozaiki, w którą zapatrzył się w narkotycznym odrętwieniu, kiedy pierwszy raz spotkał Agnes. Nie pamiętał nawet, gdzie to było: może tutaj, w mieszkaniu Agnes – ale przecież cały wieczór przyglądał się uważnie ścianom, i nie widział żadnej mozaiki – może przeprowadziła ostatnio gruntowną renowację? Nie wiedzieć czemu, pomyślał o rodowej posiadłości Mulciberów. Ją też przydałoby się odrestaurować. A może przeprowadziliby się tam z Dianą na stałe – z dala od zgiełku Londynu, z dala od tych wszystkich miejsc, które przypominały im o życiu, jakie prowadzili przez kilka ostatnich lat – może znaleźliby tam spokój: w domu, gdzie duchy dawno zapomniały swe imiona, oni zapomnieliby o swoich upadkach? Byliby bliżej natury, bliżej nieba, bliżej jego rodziny. Zastanawiał się, czy małe jeziorko w leżącym nieopodal zagajniku, w którym tak lubił kiedyś pływać, nie zarosło jeszcze rzęsą. Zastanawiał się, czy Ambrosia pamiętała o tym miejscu, czy wszystkie jej wspomnienia utonęły w jeziorze Windermere.
Drzwi łazienki szczęknęły cicho. Zamknął oczy.
– Spóźniłaś się – rzucił w przestrzeń. Czuł na sobie ciężar spojrzenia Urlett – niewidzialne pająki przebiegały po jego twarzy, ale Alexander tylko ściągnął brwi, jakby w zamyśleniu, niewiele robiąc sobie z wyimaginowanych insektów, które wiły swoją sieć na jego rzęsach – po chuj tu przyszłaś?, miał ochotę spytać, ale znów: czy był w tym jakikolwiek sens? Nie znał jej, a jednocześnie znał ją na tyle dobrze, na ile mężczyzna może znać kobietę. Był przekonany, że sama mu powie, czego chce. – Konferencja naukowa zaczęła się bez ciebie.
– Można. Gdyby nie było można, to bogowie by inaczej świat stworzyli. – Alexander chciał przez chwilę powiedzieć Isaacowi, że każdy głupi może wróżyć z moczu – wystarczyło z odpowiednią siłą wymierzyć kopniaka w okolice nerek, i rzucić pewnie: ”jutro będziesz sikał krwią”. Wizja może krótka, acz nader obrazowa: gdyby wszystkie takie deklaracje uznawać za rzeczywiste przepowiednie, w Departamencie Tajemnic już dawno zabrakłoby na nie miejsca na półkach, a sam dar trzeciego oka – należałoby zdiagnozować u ponad połowy czarodziejskiej populacji.
Mulciber nie przepadał za rozmawianiem na tematy okołowróżbiarskie z ludźmi pozbawionymi daru prekognicji. Nigdy nie potrafił wyjaśnić swoich procesów myślowych w sposób, który by go satysfakcjonował: czuł się jak w szkole, na lekcjach wróżbiarstwa, kiedy – mimo, że podał jako pierwszy właściwą odpowiedź – nauczycielka zawsze kręciła nosem, zmuszając go do tego, by wytłumaczył reszcie klasy, jak do tego doszedł. Wyjaśnienia Alexa zawsze brzmiały albo zanadto skomplikowanie albo nazbyt prymitywnie. Jak miał, kurwa, wytłumaczyć coś, czego sam do końca nie rozumiał? Wiedział i tyle.
– Metodologia Mikolaska była prymitywną syntezą myśli mugolskiej medycyny i ludowych praktyk szamańskich, które poznał, terminując u wiejskiej wiedźmy. – Uśmiechnął się kwaśno Mulciber. – Mikolasek, krótko mówiąc, nie był ani lekarzem, ani wróżbitą, tylko pierdolonym oszustem. Wspierał się znajomością ludzkiej psychiki, był charyzmatyczny, kreował wokół siebie aurę mistycyzmu. W swojej pracy opierał się na dowodach empirycznych, wnioskował w sposób indukcyjny, od szczegółu – barwa moczu, konsystencja, zapach, smak – do ogółu – czyli właściwej diagnozy. – Isaac podszedł do umywalek, by umyć ręce, ale Alexander nie zamierzał podążać za nim: oparł się o ścianę, nieco dalej od wejścia, i utkwił wzrok w suficie.
– To, co widzi jasnowidz, panie Bagshot – proszę się nie krępować, i walnąć sobie kreskę, ja nie będę pana osądzał – to, co widzi jasnowidz, jest niedostępne poznaniu zmysłowemu. Techniki wróżbiarskie to nasze instrumentarium: nie służą do opisywania rzeczywistości, nie, to rzeczywistość opisuje to, co dzieje się… Tutaj. – Wskazał palcem na swoją głowę.
Ale Alexander nie miał zamiaru konfrontować się z rzeczywistością. Wybrał podłogę łazienki.
Niebrzydkie kafelki, stwierdził obojętnie, rozwalony jak długi na podłodze, z plecami wspartymi o ścianę: bawił się swoimi pierścieniami, przekładał je między palcami, starannie omijając jednak sygnet, który przypadł mu “w spadku” po Donaldzie. Powiódł spojrzeniem po wnętrzu toalety. Być może szukał wzrokiem mozaiki, w którą zapatrzył się w narkotycznym odrętwieniu, kiedy pierwszy raz spotkał Agnes. Nie pamiętał nawet, gdzie to było: może tutaj, w mieszkaniu Agnes – ale przecież cały wieczór przyglądał się uważnie ścianom, i nie widział żadnej mozaiki – może przeprowadziła ostatnio gruntowną renowację? Nie wiedzieć czemu, pomyślał o rodowej posiadłości Mulciberów. Ją też przydałoby się odrestaurować. A może przeprowadziliby się tam z Dianą na stałe – z dala od zgiełku Londynu, z dala od tych wszystkich miejsc, które przypominały im o życiu, jakie prowadzili przez kilka ostatnich lat – może znaleźliby tam spokój: w domu, gdzie duchy dawno zapomniały swe imiona, oni zapomnieliby o swoich upadkach? Byliby bliżej natury, bliżej nieba, bliżej jego rodziny. Zastanawiał się, czy małe jeziorko w leżącym nieopodal zagajniku, w którym tak lubił kiedyś pływać, nie zarosło jeszcze rzęsą. Zastanawiał się, czy Ambrosia pamiętała o tym miejscu, czy wszystkie jej wspomnienia utonęły w jeziorze Windermere.
Drzwi łazienki szczęknęły cicho. Zamknął oczy.
– Spóźniłaś się – rzucił w przestrzeń. Czuł na sobie ciężar spojrzenia Urlett – niewidzialne pająki przebiegały po jego twarzy, ale Alexander tylko ściągnął brwi, jakby w zamyśleniu, niewiele robiąc sobie z wyimaginowanych insektów, które wiły swoją sieć na jego rzęsach – po chuj tu przyszłaś?, miał ochotę spytać, ale znów: czy był w tym jakikolwiek sens? Nie znał jej, a jednocześnie znał ją na tyle dobrze, na ile mężczyzna może znać kobietę. Był przekonany, że sama mu powie, czego chce. – Konferencja naukowa zaczęła się bez ciebie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat