06.08.2024, 13:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2025, 14:26 przez Anthony Shafiq.)
Mimowolnie parsknął na sugestię posiadania Morpheusa na smyczy. Bywali na przyjęciach, gdzie odstawiały się w kameralnym gronie podobne przedstawienia, konspiracja w którą byli uwikłani między sobą i całym światem była jednak zbyt głęboka, by któremukolwiek przyszło do głowy odgrywanie czegoś takiego publicznie. I też odbywałoby się to tylko do poziomu pozoru, szarady, seks z całą erotyczną strefą niezmiennie pozostawał między nimi tematem akademickich dysput, wymiany bibliografią ewentualnie skonfrontowaniem w doświadczeniach Morpheusa co jest, a co nie jest wykonalne, pomimo szczerych zapewnień artystów z różnych epok i kultur. Anthony w swojej wybredności był raczej osobą, która dostarczała hipotez do przeprowadzenia, ale wspólnie dochodzili do interesujących wniosków, oddzierając ziarno od plew przeglądanych propozycji. Smycz może nie, ale obroża?
Podobnie jak na spędzanych kilka dni temu wspólnie urodzinach, podobnie i teraz dąsy Anthony'ego nie trwały długo. Być może była to zdolność rodowa Longbottomow, wiedzieć jak bardzo nagiąć strunę jego cierpliwości aby nie pękła. Było w tym nieco życzeniowego myślenia Shafiq'a, który miał świadomość, że zaufanie którym obdarzał Morpheusa, efektem aureoli udzielała się jego rodzinie, szczególnie drugiemu pokoleniu, z którym Somnia spędzał zdecydowanie więcej czasu, nie tylko ucząc ich świata, ale też przejmując część zachowań, zainteresowań czy języka. Nie sposób też było nie zauważyć słuszności w przedstawionych powodach odmiennej perspektywy, filtrów poznawczych narzuconych na odbieranie tej samej przecież osoby.
– Nie wierzę, że to mówię, ale może i na dobre mi wyszedł Godrykowy zakaz zbliżania się. W Victorii w sumie też widzę cały czas tę roześmianą małą dziewczyneczkę, którą brałem na ręce na własnym ślubie, bo tak chciała zatańczyć. Albo w dzieciakach Charlie... Dasz wiarę, to już dwudziestolatkowie, kiedy ten czas... – pokręcił głową uśmiechając się ponownie, puszczając w niepamięć niedawne słowa Morpheusa, uznając je bardziej za podpuszczanie niż niskie mówienie o wybranku jego serca.
Docenił też wgląd, który pozwolił rozmówcy odkryć przed nim karty zazdrości. Anthony zdawał sobie sprawę, że mimo regularnego widywania się jego myśli były obrzydliwie pochłonięte najpierw rozgoryczeniem, potem - dla równowagi wszechświata - rozbuchanymi nadziejami. Nie potrafił tego zmienić, opanować ponownie, jak udało się to stłamsić przed laty. Ale też nie powinno stanąć mu to na podjęciu jakichkolwiek działań. W końcu szalenie zależało mu na tym, żeby jego anam cara, nie uważała, że już nie jest tak bardzo "cara" jak wcześniej.
Dźwignął się z fotela i w milczeniu podszedł do przyjaciela. Patrzył nań surowo, z góry, dziwnym nieobecnym wzrokiem, który zdawał się zaglądać przez skórę i kości wprost do transparentnej duszy. Uniósł dłoń, jakby szykował się do ataku na wątłą klatkę, jakby miał zaraz wyciągnąć Ib i położyć je na szalce zdobiącej złocisty sygnet, w pogardzie dla kulturowych granic tegoż symbolu. Zamiast tego, ręka zapikowała do kielicha Morpheusa, brudząc się winem, tylko po to, by palce powróciły i zlepiły się ze skóra na czole siedzącego jasnowidza.
– Widzę... podróż. Długą i wymagającą, lecz w otoczeniu bliskich Ci osób. Widzę energetyczny wir nadający nowe kierunki Twojemu dotychczasowemu życiu. I widzę... – Opuszkami naparł na czaszkę i zatoczył nimi kilka kółek, jakby musiał bardziej namacalnie przedrzeć się przez oklumencką barierę swoim trzecim okiem. –...widzę przystojnego kędzierzawego młodzieńca, o lekko poszlakowanej opinii, ale trudno od Prewettów oczekiwać czystej kartoteki. – zabrał dłoń i błysnął zębami w zawadiackim uśmiechu. – Bo wiesz, ciężko, żeby w taką orientalną podróż jechać bez lekarza rodzinnego. Ha! I będę mieć pokojówkę. Pierwszy raz w życiu chyba, ale cóż, będę potrzebować pani Zemfir, do jednego specjalnego zadanka tam na miejscu. Chcesz zobaczyć jakiego? – Temat zastępczy dla tematu zastępczego. Płynne przejście, dosłownie i w przenośni.
Podobnie jak na spędzanych kilka dni temu wspólnie urodzinach, podobnie i teraz dąsy Anthony'ego nie trwały długo. Być może była to zdolność rodowa Longbottomow, wiedzieć jak bardzo nagiąć strunę jego cierpliwości aby nie pękła. Było w tym nieco życzeniowego myślenia Shafiq'a, który miał świadomość, że zaufanie którym obdarzał Morpheusa, efektem aureoli udzielała się jego rodzinie, szczególnie drugiemu pokoleniu, z którym Somnia spędzał zdecydowanie więcej czasu, nie tylko ucząc ich świata, ale też przejmując część zachowań, zainteresowań czy języka. Nie sposób też było nie zauważyć słuszności w przedstawionych powodach odmiennej perspektywy, filtrów poznawczych narzuconych na odbieranie tej samej przecież osoby.
– Nie wierzę, że to mówię, ale może i na dobre mi wyszedł Godrykowy zakaz zbliżania się. W Victorii w sumie też widzę cały czas tę roześmianą małą dziewczyneczkę, którą brałem na ręce na własnym ślubie, bo tak chciała zatańczyć. Albo w dzieciakach Charlie... Dasz wiarę, to już dwudziestolatkowie, kiedy ten czas... – pokręcił głową uśmiechając się ponownie, puszczając w niepamięć niedawne słowa Morpheusa, uznając je bardziej za podpuszczanie niż niskie mówienie o wybranku jego serca.
Docenił też wgląd, który pozwolił rozmówcy odkryć przed nim karty zazdrości. Anthony zdawał sobie sprawę, że mimo regularnego widywania się jego myśli były obrzydliwie pochłonięte najpierw rozgoryczeniem, potem - dla równowagi wszechświata - rozbuchanymi nadziejami. Nie potrafił tego zmienić, opanować ponownie, jak udało się to stłamsić przed laty. Ale też nie powinno stanąć mu to na podjęciu jakichkolwiek działań. W końcu szalenie zależało mu na tym, żeby jego anam cara, nie uważała, że już nie jest tak bardzo "cara" jak wcześniej.
Dźwignął się z fotela i w milczeniu podszedł do przyjaciela. Patrzył nań surowo, z góry, dziwnym nieobecnym wzrokiem, który zdawał się zaglądać przez skórę i kości wprost do transparentnej duszy. Uniósł dłoń, jakby szykował się do ataku na wątłą klatkę, jakby miał zaraz wyciągnąć Ib i położyć je na szalce zdobiącej złocisty sygnet, w pogardzie dla kulturowych granic tegoż symbolu. Zamiast tego, ręka zapikowała do kielicha Morpheusa, brudząc się winem, tylko po to, by palce powróciły i zlepiły się ze skóra na czole siedzącego jasnowidza.
– Widzę... podróż. Długą i wymagającą, lecz w otoczeniu bliskich Ci osób. Widzę energetyczny wir nadający nowe kierunki Twojemu dotychczasowemu życiu. I widzę... – Opuszkami naparł na czaszkę i zatoczył nimi kilka kółek, jakby musiał bardziej namacalnie przedrzeć się przez oklumencką barierę swoim trzecim okiem. –...widzę przystojnego kędzierzawego młodzieńca, o lekko poszlakowanej opinii, ale trudno od Prewettów oczekiwać czystej kartoteki. – zabrał dłoń i błysnął zębami w zawadiackim uśmiechu. – Bo wiesz, ciężko, żeby w taką orientalną podróż jechać bez lekarza rodzinnego. Ha! I będę mieć pokojówkę. Pierwszy raz w życiu chyba, ale cóż, będę potrzebować pani Zemfir, do jednego specjalnego zadanka tam na miejscu. Chcesz zobaczyć jakiego? – Temat zastępczy dla tematu zastępczego. Płynne przejście, dosłownie i w przenośni.