— A chcesz? Chociaż nie wiem, co by powiedział na taki noszony przeze mnie w twoich rękach, mógłby wyciągnąć złe wnioski — to zdecydowanie był żart, nawet jeżeli obroża rzeczywiście istniała. Istniały sprawy, do których Morpheus nie zamierzał przyznawać się przed bratankiem nawet na torturach, a veritaserum próbowałby wyminąć fortelami językowymi, aż do końca jego działania. Sprawy, do których przyznawał się tylko szeptem, tylko w mroku, tylko Antoniuszowi. To jedna z nich.
Fakt, że Antoniusz, mimo swojej dyplomatycznej odpowiedzi, był szczery w swoim niezadowoleniu z odpowiedzi Morpheusa, bardzo wiele znaczył dla niego. Znał go bowiem i wiedział jak pięknie potrafi się uśmiechać, nawet gdy w pośladek wbija mu się szpilka lub dwie komentarzy godzących w jego podstawowe wartości i opinie. W fundamenty jego persony.
— Pamiętaj że ja go widzę inaczej, niż ty. Dla mnie jest i zawsze będzie smarkiem, który wrócił któregoś lata ze szkoły wyższy niż ja. Jestem krytyczny wobec niego, bo jest wszystkim tym, czym ja nie jestem i za co kocha go tata. O twoją uwagę też jestem trochę zazdrosny. Ale tylko trochę!
Uniósł w górę palec, jakby ostrzegawczo, żeby podkreślić swoje słowa, nawet jeżeli była minimalna szansa na to, aby Shafiq zrozumiał je jakoś opacznie.
— Tak, powinieneś go wziąć. Nie, nie powinien być twoim podwładnym i powinieneś mu wyjaśnić dlaczego z twojej perspektywy. Przemawia przeze mnie nieco zgryzota, która koliduje z twoim przyjemnym zanurzeniem w miłosnych oparach.
Postukał paznokciami w czaszę kieliszka trzy razy i zniżył swój głos do szeptu.
— Tego też ci trochę zazdroszczę.