02.08.2024, 11:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2024, 11:22 przez Anthony Shafiq.)
Przygryzł dolną wargę słuchając odpowiedzi przyjaciela. Wykalkulowanym ryzykiem było wykładanie tej karty, bo za bardzo chciał wyłożyć następną i następną i następną... mógłby zdominować rozmowę zupełnie, opowiadać o nim, o nich całą noc, a przecież nie taki był cel, nie to chciał osiągnąć tym spotkaniem, by dawać wybrzmieć wieloletnim tłumionym afektom, zracjonalizowanemu pragnieniu zredukowanemu do przeklętych dwóch spotkań w roku, gdy teraz dwa spotkania w tygodniu to mało. Osoba Jonathana niosła też pokusę, prośbę, która przecież mogła być wypowiedziana, barwa pomagająca poczuciu kontroli, pewności. On mógł przecież zobaczyć prawdę w barwie, a nie tylko słowa, nie mowę ciała. Anthony pokręcił głową, sapiąc gniewnie na siebie i odganiając te myśli.
– Nie, nie będę Cię o to prosił, tak wiem, że nic nie proponowałeś, ale nie będę prosił Cię o to, abyś zobaczył jak wygląda jego nić skierowana w moją stronę. – Odsunął się trochę i upił wina, próbując rozluźnić w ciepłej wodzie, przyjemnej wodzie, przerażającej wodzie.
– Dlatego też nie chciałem, by Morpheus widział moją przyszłość. Wy tak hojnie obdarzeni, świadomi losu i przeznaczenia... We wszystkich tragediach, które czytałem, to się źle kończyło. Sam fakt tego, że droga była obserwowana... to wpływało na jej kształt. Nie wierzę, że to mówię, ale wolę nie wiedzieć. Nie wiedzieć i czekać... – Kieliszek zbyt stał się pusty, ciało przyjemnie reagowało na lekko kwaskowatą słodycz trunku.
– Na pewno zajęłoby Ci krócej to zastanawianie niż sześć lat. No.. dwa lata. Dwa lata minęły odkąd całowaliśmy się ostatni raz. – do głosu zakradła się gorycz, skłamałby mówiąc, że nie tęsknił za jego ustami, za ciepłem rozchodzącym się po całym ciele, nawet jeśli ich ostatni raz był podszyty smutkiem. Anthony nie potrafił wtedy przebić ich rutyny, nie potrafił powiedzieć tych kilku słów, które sprawiłyby, że dwa ziarnka granatu zmieniłyby się w cały owoc. Stalowe oczy uciekły gdzieś w smutku tamtych dni i niezrozumieniu obecnych. – Ale to moja wina. Kiedy to wszystko się zaczęło, byłem przekonany, że on nie chce nic na stałe. Nie chciałem się zbłaźnić próbą, wolałem... wolałem udawać, że szukam tylko przygody. Odskoczni. Że możemy widywać się dla czystej rozrywki, bez większych deklaracji – poczucie winy zadrgało tym nikłym pomarańczowym ogniem, a lazur nabrał ciemniejszej barwy.
– Pod koniec czerwca spróbowałem jakkolwiek odnowić kontakt, wyciągnąć rękę i skończyło się ooo... skończyło się to bardzo źle. Chociaż teraz jak myślę o doborze słów, to może po prostu nie byłem zbyt bezpośredni? Nie wiem... Mam w swojej krwi wszystkie języki świata, ale gdy patrzę w stronę tego wszystkiego, co dusiłem w sobie tyle lat, tak teraz mam wrażenie, że brakuje mi słów aby wyrazić te najprostsze, rudymentalne dla człowieka potrzeby. Nienawidzę nie wiedzieć na czym stoję. Myślę, że u Ciebie z tym całym pocałunkiem z Charlotte jest podobnie. Nie sądzisz, że najprościej byłoby ją zapytać? – roześmiał się serdecznie. – Oczywiście, że nie! To psuje cały taniec! Całą konwencję! To jak mylenie kroków, słów. Sufler szaleje, bo z aktu pierwszego przeskoczyłeś od razu do finału. – Westchnął ciężko, przeczesując wilgotną dłonią włosy. – Jestem w tym beznadziejny. Uwodzić tłumy? Proszę bardzo. Uwieść jednego człowieka, na którym zależy mi najbardziej na świecie? Cały czas nie mogę oprzeć się wrażeniu, że robię z siebie żałosnego błazna – przyznał otwarcie, sięgając po różdżkę i przyzywając do siebie spod ściany kolejną butelkę. To było dziwne, upicie się ani na wesoło, ani na smutno. Okresy przejściowe były najpiękniejsze i najgorsze w swojej istocie. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.
– Nie, nie będę Cię o to prosił, tak wiem, że nic nie proponowałeś, ale nie będę prosił Cię o to, abyś zobaczył jak wygląda jego nić skierowana w moją stronę. – Odsunął się trochę i upił wina, próbując rozluźnić w ciepłej wodzie, przyjemnej wodzie, przerażającej wodzie.
– Dlatego też nie chciałem, by Morpheus widział moją przyszłość. Wy tak hojnie obdarzeni, świadomi losu i przeznaczenia... We wszystkich tragediach, które czytałem, to się źle kończyło. Sam fakt tego, że droga była obserwowana... to wpływało na jej kształt. Nie wierzę, że to mówię, ale wolę nie wiedzieć. Nie wiedzieć i czekać... – Kieliszek zbyt stał się pusty, ciało przyjemnie reagowało na lekko kwaskowatą słodycz trunku.
– Na pewno zajęłoby Ci krócej to zastanawianie niż sześć lat. No.. dwa lata. Dwa lata minęły odkąd całowaliśmy się ostatni raz. – do głosu zakradła się gorycz, skłamałby mówiąc, że nie tęsknił za jego ustami, za ciepłem rozchodzącym się po całym ciele, nawet jeśli ich ostatni raz był podszyty smutkiem. Anthony nie potrafił wtedy przebić ich rutyny, nie potrafił powiedzieć tych kilku słów, które sprawiłyby, że dwa ziarnka granatu zmieniłyby się w cały owoc. Stalowe oczy uciekły gdzieś w smutku tamtych dni i niezrozumieniu obecnych. – Ale to moja wina. Kiedy to wszystko się zaczęło, byłem przekonany, że on nie chce nic na stałe. Nie chciałem się zbłaźnić próbą, wolałem... wolałem udawać, że szukam tylko przygody. Odskoczni. Że możemy widywać się dla czystej rozrywki, bez większych deklaracji – poczucie winy zadrgało tym nikłym pomarańczowym ogniem, a lazur nabrał ciemniejszej barwy.
– Pod koniec czerwca spróbowałem jakkolwiek odnowić kontakt, wyciągnąć rękę i skończyło się ooo... skończyło się to bardzo źle. Chociaż teraz jak myślę o doborze słów, to może po prostu nie byłem zbyt bezpośredni? Nie wiem... Mam w swojej krwi wszystkie języki świata, ale gdy patrzę w stronę tego wszystkiego, co dusiłem w sobie tyle lat, tak teraz mam wrażenie, że brakuje mi słów aby wyrazić te najprostsze, rudymentalne dla człowieka potrzeby. Nienawidzę nie wiedzieć na czym stoję. Myślę, że u Ciebie z tym całym pocałunkiem z Charlotte jest podobnie. Nie sądzisz, że najprościej byłoby ją zapytać? – roześmiał się serdecznie. – Oczywiście, że nie! To psuje cały taniec! Całą konwencję! To jak mylenie kroków, słów. Sufler szaleje, bo z aktu pierwszego przeskoczyłeś od razu do finału. – Westchnął ciężko, przeczesując wilgotną dłonią włosy. – Jestem w tym beznadziejny. Uwodzić tłumy? Proszę bardzo. Uwieść jednego człowieka, na którym zależy mi najbardziej na świecie? Cały czas nie mogę oprzeć się wrażeniu, że robię z siebie żałosnego błazna – przyznał otwarcie, sięgając po różdżkę i przyzywając do siebie spod ściany kolejną butelkę. To było dziwne, upicie się ani na wesoło, ani na smutno. Okresy przejściowe były najpiękniejsze i najgorsze w swojej istocie. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.