31.07.2024, 09:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.07.2024, 16:09 przez Alexander Mulciber.)
Umieram w środeczku nie budźcie mnie
– Ludzie, którzy nie mają nic na sumieniu, śpią spokojnie w nocy – wycedził, odwracając wzrok.
Ja wcale nie sypiam, Lorien.
Nie musiał tego mówić na głos. Lorien wiedziała. Spędzili razem wiele bezsennych nocy, snując się po ulicach oświetlonych neonami kasyn, spędzali je na rozmowie, na grze, znajdując pewne ukojenie w tym, że na obojgu ciąży klątwa, a mimo to, żyją dalej. Nie wiedział, dlaczego był wobec niej taki szorstki, nie wiedział, dlaczego tak strasznie irytowało go jej zachowanie względem małej kuzynki, nie wiedział, jakie były motywacje – ale przyjaźnił się z Lorien Mulciber od dziecka, znał ją – wiedział, że choć obleczona była w błyszczące, eleganckie piórka, posiadała też ostry dziób, którym mogła wydziobać mu oczy, i pazurki, którymi niczym dzierzba, chętnie nabijała na kolce dzikich krzewów ofiary swoich manipulacji. A od manipulacji była uzależniona prawie tak samo mocno, jak od hazardu. Nie rozumiał, dlaczego wciąga w swoją grę nieopierzoną jeszcze pannicę. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu to przeszkadza, przecież zawsze spoglądał ze zblazowanym znudzeniem na te igraszki. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu zależało.
– To byłoby bardzo miłe... Sophie. – To nie było ważne, że znał Paryż lepiej niż własną kieszeń, że znał zamorską ojczyznę swojej matki tak jak linie na swojej dłoni, nieważne, że nie do końca wiedział, co myśleć o jej dziewczęcym szczebiotaniu.
Skrzywił się, widząc uśmiech chłopaka, którego przyprowadziła na przyjęcie. Nie mógł nic mu zarzucić. Wyglądał jak każdej czystej krwi laluś z dobrego domu, a w jego głosie pobrzmiewał wyraźny obcy akcent. Delacour, tak? A więc zatoczyli dyskusją pełne koło i powrócili do tematu wyjściowego: Francji. Ale zamiast zobaczyć w przyszłości Sophie francuskie bezdroża, które nieodłącznie kojarzyły mu się ze szczęściem – które kojarzyły mu się z miłością – zobaczył łzy, płynące warto jak Loara, zobaczył ból i zobaczył kłamstwo, wiele kłamstw, wszystko miało zostać stworzone na fundamencie kłamstwa.
Alexander Mulciber nienawidził kłamców.
– Nie potknij się tylko o własne nogi. – poradził młodzieńcowi, tak samo spokojny jak wcześniej, nie zwracając prawie wcale uwagi na Lorien, która opuściła stolik. Zagniewał ją, wiedział o tym. To też go irytowało. – Trzymasz w rękach skarb Mulciberów.
Nie pamiętał nawet imienia tej dziewczynki, ale była dobra i miła, a Alexander, który sam nigdy nie był ani dobry ani miły, nagle zrozumiał, że nie chce, aby ktoś zniszczył jej dziecięce złudzenia. Chciał dodać coś więcej, ale głos zabrała Agnes.
To się nie dzieje naprawdę. Pomyśl, że to sen, pomyśl, że to wszystko to tylko sen. Miał ochotę wyłupić sobie wszystkich troje oczu. Miał też ochotę zabić Roberta, ale nie miał na to czasu, musiał wstać i iść do Agnes, bo nie miał innego wyjścia.
– Zamknij się. – Usta Alexandra poruszyły się w bezgłośnym szepcie. Nie mógł nawet patrzeć na tego głupiego skurwysyna, który zaczął skandować jego imię. Cały się spiął, spanikowany, a jego oczy musiały przez chwilę przypominać oczy zaszczutego zwierzęcia: cholera, był jak pies złapany we wnyki, gotowy odgryźć sobie łapę, by umknąć. Z Robertem jednak miał policzyć się później. Spokojnie podniósł się z krzesła. Zdusił w sobie chęć wzięcia kieliszka, który zostawiła na stoliku Lorien, i wychylenia jego zawartości jednym haustem.
Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Przejechał naprędce ręką po twarzy, idąc w stronę Agnes, przechodząc między gośćmi tak, by namierzyć Eden... Zaraz się udławi ze śmiechu, pomyślał cierpiętniczo, jak tylko usłyszy te głupoty, co gada Agnes, udławi się, i... I nie mylił się: w tym samym momencie Eden zaniosła się ciężkim kaszlem. Czy nie mogłaby kasłać ciszej? Jak on miał się skupić na wciskaniu ludziom kitu o fundacji brata, który wegetował w Lecznicy Dusz? Albo, czy przynajmniej mogłaby pomóc mu wymyślić, co właściwie powiedzieć na temat fundacji noszącej imię człowieka, którego nienawidzisz równie mocno, co się go boisz?
I’m looking respectfully at Eden.
Nie, nie mogła. Kurwa mać. Rosie wiedziałaby, co powiedzieć.
– Dziękuję, Agnes. To… prawdziwy zaszczyt – skłamał, zszokowany. Z trudem rozwarł zaciśniętą ze stresu szczękę. – Przepraszam cię… Nie umiem przemawiać. Posada niewymownego zobowiązuje. – Twarz Mulcibera wykrzywił na chwilę lekki grymas zażenowania, ni to z żartu, którym usprawiedliwił się po cichu do Agnes, ni to z całej tej sytuacji. Odchrząknął, zanim zwrócił się do wszystkich. – Te brawa należą się nie mnie, tylko Agnes – mojemu kuzynowi, Robertowi, który odpowiada za realizację całego przedsięwzięcia, i jest tu dzisiaj ze mną, z żoną i z córką – i wszystkim wspierającym tę fundację.
Mówił szybko, nieco urywanie, nie znajdując w tych słowach zbyt wiele sensu, przez chwilę błądził wzrokiem po sali, wiedział, że politycy tak robią, gdy przemawiają, starają się ogarnąć wzrokiem jak największą grupę ludzi, ale wtedy zobaczył na sobie złote oczy Urlett, zrobiło mu się niedobrze z gorąca, nie chciał patrzeć na Roberta – swoją drogą, Robert wyglądał i zachowywał się jakoś dziwnie, ale nie miał czasu o tym myśleć – zaczepił wzrok na nieznajomym Hindusie, ale znów zobaczył w obcych złotych ślepiach błysk złotych oczu Mildred Moody, i szybko przeniósł spojrzenie z powrotem na Eden, która konała tuż obok.
– Pomyśl, że to sen. – Słowa wydostały się z jego ust, szybciej niż zdołał je powstrzymać. Odetchnął spokojnie. – Tak od wieków brzmi motto naszej rodziny. Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie.
Skinął krótko głową. Nic więcej nie przedostałoby się przez jego zaciśnięte zęby. Został obok Agnes, pozwalając jej uścisnąć sobie dłoń, przytulić, wcisnąć do ręki kopertę, co tylko chciała, bo prawdziwy Alexander był już daleko, skryty za bezpieczną zasłoną iluzji, skupił się na chwilę tylko na gospodyni, na jej magnetyzującej aurze, na blond włosach, na oczach – które na szczęście nie były złote – i pozwolił się ponieść kolektywowi, jak zawsze zdystansowany, jak zawsze obojętny, bo nikt nie znał przecież dróg, którymi chadzało serce Cygana.
Wpatrywał się w Agnes, czekając aż nadarzy się stosowna okazja, aby przeprosić towarzystwo i umknąć do toalety.
– Ludzie, którzy nie mają nic na sumieniu, śpią spokojnie w nocy – wycedził, odwracając wzrok.
Ja wcale nie sypiam, Lorien.
Nie musiał tego mówić na głos. Lorien wiedziała. Spędzili razem wiele bezsennych nocy, snując się po ulicach oświetlonych neonami kasyn, spędzali je na rozmowie, na grze, znajdując pewne ukojenie w tym, że na obojgu ciąży klątwa, a mimo to, żyją dalej. Nie wiedział, dlaczego był wobec niej taki szorstki, nie wiedział, dlaczego tak strasznie irytowało go jej zachowanie względem małej kuzynki, nie wiedział, jakie były motywacje – ale przyjaźnił się z Lorien Mulciber od dziecka, znał ją – wiedział, że choć obleczona była w błyszczące, eleganckie piórka, posiadała też ostry dziób, którym mogła wydziobać mu oczy, i pazurki, którymi niczym dzierzba, chętnie nabijała na kolce dzikich krzewów ofiary swoich manipulacji. A od manipulacji była uzależniona prawie tak samo mocno, jak od hazardu. Nie rozumiał, dlaczego wciąga w swoją grę nieopierzoną jeszcze pannicę. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu to przeszkadza, przecież zawsze spoglądał ze zblazowanym znudzeniem na te igraszki. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu zależało.
– To byłoby bardzo miłe... Sophie. – To nie było ważne, że znał Paryż lepiej niż własną kieszeń, że znał zamorską ojczyznę swojej matki tak jak linie na swojej dłoni, nieważne, że nie do końca wiedział, co myśleć o jej dziewczęcym szczebiotaniu.
Skrzywił się, widząc uśmiech chłopaka, którego przyprowadziła na przyjęcie. Nie mógł nic mu zarzucić. Wyglądał jak każdej czystej krwi laluś z dobrego domu, a w jego głosie pobrzmiewał wyraźny obcy akcent. Delacour, tak? A więc zatoczyli dyskusją pełne koło i powrócili do tematu wyjściowego: Francji. Ale zamiast zobaczyć w przyszłości Sophie francuskie bezdroża, które nieodłącznie kojarzyły mu się ze szczęściem – które kojarzyły mu się z miłością – zobaczył łzy, płynące warto jak Loara, zobaczył ból i zobaczył kłamstwo, wiele kłamstw, wszystko miało zostać stworzone na fundamencie kłamstwa.
Alexander Mulciber nienawidził kłamców.
– Nie potknij się tylko o własne nogi. – poradził młodzieńcowi, tak samo spokojny jak wcześniej, nie zwracając prawie wcale uwagi na Lorien, która opuściła stolik. Zagniewał ją, wiedział o tym. To też go irytowało. – Trzymasz w rękach skarb Mulciberów.
Nie pamiętał nawet imienia tej dziewczynki, ale była dobra i miła, a Alexander, który sam nigdy nie był ani dobry ani miły, nagle zrozumiał, że nie chce, aby ktoś zniszczył jej dziecięce złudzenia. Chciał dodać coś więcej, ale głos zabrała Agnes.
To się nie dzieje naprawdę. Pomyśl, że to sen, pomyśl, że to wszystko to tylko sen. Miał ochotę wyłupić sobie wszystkich troje oczu. Miał też ochotę zabić Roberta, ale nie miał na to czasu, musiał wstać i iść do Agnes, bo nie miał innego wyjścia.
– Zamknij się. – Usta Alexandra poruszyły się w bezgłośnym szepcie. Nie mógł nawet patrzeć na tego głupiego skurwysyna, który zaczął skandować jego imię. Cały się spiął, spanikowany, a jego oczy musiały przez chwilę przypominać oczy zaszczutego zwierzęcia: cholera, był jak pies złapany we wnyki, gotowy odgryźć sobie łapę, by umknąć. Z Robertem jednak miał policzyć się później. Spokojnie podniósł się z krzesła. Zdusił w sobie chęć wzięcia kieliszka, który zostawiła na stoliku Lorien, i wychylenia jego zawartości jednym haustem.
Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Przejechał naprędce ręką po twarzy, idąc w stronę Agnes, przechodząc między gośćmi tak, by namierzyć Eden... Zaraz się udławi ze śmiechu, pomyślał cierpiętniczo, jak tylko usłyszy te głupoty, co gada Agnes, udławi się, i... I nie mylił się: w tym samym momencie Eden zaniosła się ciężkim kaszlem. Czy nie mogłaby kasłać ciszej? Jak on miał się skupić na wciskaniu ludziom kitu o fundacji brata, który wegetował w Lecznicy Dusz? Albo, czy przynajmniej mogłaby pomóc mu wymyślić, co właściwie powiedzieć na temat fundacji noszącej imię człowieka, którego nienawidzisz równie mocno, co się go boisz?
I’m looking respectfully at Eden.
Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!
Sukces!
Nie, nie mogła. Kurwa mać. Rosie wiedziałaby, co powiedzieć.
– Dziękuję, Agnes. To… prawdziwy zaszczyt – skłamał, zszokowany. Z trudem rozwarł zaciśniętą ze stresu szczękę. – Przepraszam cię… Nie umiem przemawiać. Posada niewymownego zobowiązuje. – Twarz Mulcibera wykrzywił na chwilę lekki grymas zażenowania, ni to z żartu, którym usprawiedliwił się po cichu do Agnes, ni to z całej tej sytuacji. Odchrząknął, zanim zwrócił się do wszystkich. – Te brawa należą się nie mnie, tylko Agnes – mojemu kuzynowi, Robertowi, który odpowiada za realizację całego przedsięwzięcia, i jest tu dzisiaj ze mną, z żoną i z córką – i wszystkim wspierającym tę fundację.
Mówił szybko, nieco urywanie, nie znajdując w tych słowach zbyt wiele sensu, przez chwilę błądził wzrokiem po sali, wiedział, że politycy tak robią, gdy przemawiają, starają się ogarnąć wzrokiem jak największą grupę ludzi, ale wtedy zobaczył na sobie złote oczy Urlett, zrobiło mu się niedobrze z gorąca, nie chciał patrzeć na Roberta – swoją drogą, Robert wyglądał i zachowywał się jakoś dziwnie, ale nie miał czasu o tym myśleć – zaczepił wzrok na nieznajomym Hindusie, ale znów zobaczył w obcych złotych ślepiach błysk złotych oczu Mildred Moody, i szybko przeniósł spojrzenie z powrotem na Eden, która konała tuż obok.
– Pomyśl, że to sen. – Słowa wydostały się z jego ust, szybciej niż zdołał je powstrzymać. Odetchnął spokojnie. – Tak od wieków brzmi motto naszej rodziny. Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie.
Skinął krótko głową. Nic więcej nie przedostałoby się przez jego zaciśnięte zęby. Został obok Agnes, pozwalając jej uścisnąć sobie dłoń, przytulić, wcisnąć do ręki kopertę, co tylko chciała, bo prawdziwy Alexander był już daleko, skryty za bezpieczną zasłoną iluzji, skupił się na chwilę tylko na gospodyni, na jej magnetyzującej aurze, na blond włosach, na oczach – które na szczęście nie były złote – i pozwolił się ponieść kolektywowi, jak zawsze zdystansowany, jak zawsze obojętny, bo nikt nie znał przecież dróg, którymi chadzało serce Cygana.
Wpatrywał się w Agnes, czekając aż nadarzy się stosowna okazja, aby przeprosić towarzystwo i umknąć do toalety.
Rzut PO 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat