30.07.2024, 00:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2024, 00:24 przez Lorien Mulciber.)
Trochę pocięte, ze względu na ilość wątków.
Stolik Mulciberów -> kieruje się do Basilliusa i jego grupy
Stolik Mulciberów -> kieruje się do Basilliusa i jego grupy
Czasem Lorien naprawdę robiło się Sophie żal. Tak zwyczajnie, po ludzku. Gdy tak patrzyła na to biedne, trzęsące się na myśl o ojcu, przerażone samą wizją popełnienia błędu (a mimo to dzielnie wpadające na coraz bardziej absurdalne pomysły) dziecko.
- Nie musiał mi tego mówić, kochanie. Ojcowie mają słabość do swoich pierworodnych córek, wiem co mówię.- Oczywiście, że mogła być pod tym względem kompletnie nieobiektywna. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Chciała coś jeszcze dodać, ale chcąc nie chcąc skupiła całą uwagę na Alexandrze.
Niektórzy, pewnie słusznie, bali się spoglądać jasnowidzom w oczy. Rozgrzebywanie zakamarków duszy nie było niczym przyjemnym i z pewnością roztropniej byłoby unikać kontaktu wzrokowego. Nie szukać niepotrzebnie konfliktu. Szkoda tylko, że Lorien nie miała za grosz instynktu samozachowawczego, a do przepowiedni Mulcibera czy jego wróżenia z płatków śniadaniowych podchodziła jak przysłowiowy pies do jeża.
- To tłumaczy dlaczego tak źle sypiam.- Odpowiedziała mu natychmiast, tonem absolutnie kończącym dyskusje. To była tylko gra. Jedna z tych, w której zasady zostały dawno zapomniane. Wygrywałeś lub umierałeś.
Bezwiednie sama zacisnęła palce na wisiorku. Jakby upewniając się, że wciąż był na jej szyi. Tak długo jak karty nie były rozłożone, należał do niej.
A potem… Potem Alexander postanowił zająć się Sophie. Tylko ktoś kto doskonale znał Lorien, wiedział co czarownica robiła ze swoją pasierbicą. Alex wiedział. Widział ten sam obłędny schemat raz po raz, gdy znudzona ślizgonka jeszcze w szkole wynajdowała biedne, zagubione i nieporadne duszyczki. Grzeczne czystokrwiste panienki tęskniące za odrobiną czułości i chwytające się rozpaczliwie każdego aktu dobroci w ich stronę. Wszystko po to, by później obserwować jak pękają pod presją bycia “jej koleżanką”. Bo przyjaciół to Lorien miała wyjątkowo niewiele, a przyjaciółkę - praktycznie jedną, jedyną. Dlaczego robiła to swojej własnej pasierbicy? To akurat miało pozostać dla Alexandra słodką niewiadomą.
Mocno ściśnięte, lekko drżące od złości usta, nerwowy tik w oku - niemal niedostrzegalne
objawy narastającej irytacji, gdy Alexander ściągnął na siebie uwagę młodej. Jakby nagle Lorien stała się wyjątkowo zazdrosna o swoją małą laleczkę.
Znajdź sobie własne zabawki Mulciber.
Ale nie przerywała. W milczeniu obserwowała w sumie bardziej niż Sophie to Richarda i całą salę. Wsłuchiwała się w historie o kracie i podróżach do różnych krajów, wodząc wręcz znudzona spojrzeniem po zebranych ludziach. Szczególnie interesujący wydawał się ten chłopak, który przyczepił się do ich Sophie jak rzep psiego ogona. Czyżby młody i zakochany? To było nawet urocze. Dwoje czystokrwistych dzieci patrzących sobie głęboko w oczy, wierzących w tą naiwną uroczą miłość. Odetchnęła z ulgą, gdy Matthias pochłoną całą uwagę dziewczyny, odcinając ją od Alexandra.
Teraz mogła sama się stąd ewakuować.
Już wcześniej wyłapała spojrzeniem Prewetta, ale tak długo jak Alexander nad nią wisiał, nie mogła zrobić nic. Skinęła jedynie delikatnie głową, że rozumie i zaraz porozmawiają.
- Przepraszam, muszę porozmawiać z Basiliusem. Pewnie musi mi potruć o moim stanie… - “więc nie chcę żebyście tego słuchali” pozostało niedopowiedziane. Gdy chodziło o jej własne zdrowie Lorien była gorsza niż mugolska enigma. Akurat wstała od stolika gdy Agnes witała się na nowo ze swoimi krewnymi i przyjaciółmi.
W tym czasie czarownica zdążyła już podejść do Prewetta i jego towarzyszy. Skinęła z łagodnym uśmiechem głową przed panną Crouch, witając krewniaczkę. Isaaca Bagshota w pierwszej chwili nawet nie zaszczyciła spojrzeniem, ale natychmiast się zreflektowała.
- Wierzę, że mieliście udaną rozgry…- Zaczęła z nim nawet grzeczną rozmowę, ale przerwał jej głos Delacour.
Natychmiast odwróciła głowę w jej stronę, zwabiona jakąś niewidzialną siłą.
Inicjatywa naprawdę warta uwagi… Akt odwagi… Zamarła w miejscu mając niejasne przeczucie, że wie do czego to wszystko zmierza.
Nieśmiały, zdecydowanie zbyt cichy, brak pewności siebie. I Alexander Mulciber.
Matko miłosierna. Gospodyni im się upiła albo co gorsza miała jakąś dziką pomroczność umysłu.
A potem do gromkich braw Agnes dołączył nie kto inny jak.. Richard. Oczywiście, że nikt inny.
Zabiję go. Utopię w tym pieprzonym whisky. Zrobię z niego ofiarę magirasizmu w tym momencie, tutaj, teraz.
Twarz Lorien pozostawała niewzruszona. Może trochę była trochę bledsza, trochę bardziej milcząca, ale najwyraźniej można było żyć bez powietrza. Na samej tylko złości.
- Nic. Mi. Nawet. Nie. Mów.- Zaakcentowała każde słowo, zaciskając palce na ramieniu Basiliusa jakby nagle zrobiło jej się słabo. Jakby z trudem stała wyprostowana w tych swoich szpilkach. Ale najwyraźniej jakimś cudem zachowała stoicki spokój. Wdech wydech. Rozszarpać Richarda na strzępy może później.
Nawet jeśli w tym całym szaleństwie była może metoda zjednania sobie Agnes, Lorien jej nie widziała.
Zamiast tego, w swoim małym poczuciu beznadziei szukała kogoś po pokoju. W końcu go znalazła. Szanowny pan Anthony Shafiq podpierał z kimś ścianę, wsłuchując się w przemówienie i obserwując cały ten cyrk. Oczywiście, że znalazł sobie odpowiednie towarzystwo na dzisiejszy wieczór. Odwróciła szybko spojrzenie, mnąc nerwowo szatę w wolnej dłoni i nie zauważając nawet, jak ten zerknął w jej stronę.