26.07.2024, 09:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2024, 14:28 przez Anthony Shafiq.)
Słowa Erika wybrzmiały w cichej izbie, tak nierealnie rzeczywiste, że na moment palce Anthony'ego zacisnęły się na jego ramieniu mocniej, jakby cisza w której się zanurzyli przed chwilą jeszcze nie dopuszczała ingerencji z zewnątrz. Erik wielu rzeczy jeszcze o Anthonym nie wiedział i wiele z tych rzeczy zapewne bardzo by mu się nie spodobały. Duchowość w kręgach dyplomaty, o ile nie była powiązana ze sztuką właśnie, traktowana była jako słabość. Pozostawało dbać o pozę jej pozbawioną, bo ekscentryzm jakim cechował się chociażby Morpheus nie przystawała do Departamentu Shafiqa. Oklumencja przesłaniała głęboki lazur jego aury, obojętnością i sarkazmem odsuwał od siebie posądzenie o to, że jest osobą wrażliwą i w podstawach swojej natury łagodną. Altruiści ginęli na samym początku, pożarci przez cyników i węże. Już dawno porzucił drogę idealisty, żeby przetrwać, budując własną narrację w której nawet pomoc drugiemu człowiekowi, była zbieraniem dusz do kolekcji, pozyskaniem lojalnego narzędzia, nigdy bezinteresownie, chociaż przecież bardzo rzadko ściągał długi u niego zaciągnięte. Społeczeństwo ciągnęło do ekstrawertycznych, zjadliwych dupków, chcąc im się podlizać, wkupić w łaski. To było wyzwanie, to był bezpieczny schron pod skrzydłem najgroźniejszego, a przez to najsilniejszego osobnika. Ludzkość nie zmieniała się – w dobie kryzysu szukała siły i zdecydowania, a nie miękkiej wody i mętnego "być może". Dlatego Anthony nie mógł pozwolić sobie na publiczne chwile słabości, unikał sabatów, wypowiadał się raczej krytycznie na wiele tematów, czy zbijał je dowcipem, jeśli starczało mu sił. Dlatego też tak bardzo lgnął do idealistów, którzy nie porzucili swojej ścieżki, czując się w obowiązku chronić ich na drodze, której sam sobie odmówił.
– Taki jestem – odpowiedział mu, smutny, pokonany, brzmiący trochę tak, jak kilka dni temu, gdy przyznał się do własnej desperacji. Co prawda Longbottom prosił, by zabrał swoje maski, by był "po prostu sobą", ale czy rzeczywiście bez nich pozostawało cokolwiek dlań atrakcyjnego? Normalnie pewnie zacząłby się od razu tym zamartwiać, ale szczęśliwie okoliczności dnia wybiły mu te obawy z dłoni. Był zbyt zmęczony by to teraz roztrząsać.
Z resztą, Erik chciał tu z nim być czyż nie?
W komunikacji bardzo wiele, jeśli nie wszystko zależało od perspektywy. Prawda o istocie rzeczy była szalenie trudna do zgłębienia, jeśli jednostka spoglądała na nią przed filtr własnych doświadczeń i pragnień, zarówno tych uświadomionych, jak i skrytych w piwnicach podświadomości. Wszystko co blokowało Erika, co sprawiało, że powstrzymywał się przed jakąkolwiek deklaracją czy gestem innym ponad przyjacielski dotyk, znajdowało się poza wiedzą Anthony'ego. Mężczyźnie więc pozostawało interpretować tę sytuację w oparciu o własną dedukcję, która - jak wiadomo - była narzędziem ogromnie wadliwym. Faktem było to, że jego towarzysz kilka dni temu zdecydował się na konfrontację z kim innym, że wyszedł z niej poraniony, a zatem jego uczucia były ulokowane gdzie indziej. Faktem było, że gdyby nie ów kryzys, jego nogi nie zawędrowałyby do ogrodu, by zgubić nieszczęsny pantofelek. W tej bajce Anthony raczej nie był księciem, a wróżką spełniającą życzenia, czy może dżinem, który przychodzi w chwili największego kryzysu. A jednak, dzięki temu, że Erik choć trochę nagiął swoją zasadę czekania na rozwiązanie sprawy rytuału, dzięki temu że samolubnie nie narzucił im restrykcyjnego dystansu, sprawiało, że Anthony nie potrzebował deklaracji i zdartej z pleców koszuli, by wiedzieć, że poranna wróżba Morpheusa nie była słowami rzuconymi na wiatr. Owszem, brakowało im tej rozmowy, ale cichy sojusz w którym trzy kwadranse urosły do kilku wspólnie spędzonych godzin były tym co wystarczyło mu, by ukoić nerwy ostatnich miesięcy, odsunąć desperację i zatopić się w wieczorze na kocu, któremu akompaniowały zajadle żaby i świerszcze.
Dobrze, że magiczny koc na którym wylądowała zwykła wełna dostał magiczne wzmocnienie odstraszające od nich odpowiednio emitowaną falą rozproszenia to całe robactwo...
– Też chciałbym wiedzieć, ale wątpię, żebyśmy mieli okazję kiedykolwiek się przekonać – odpowiedział z przekąsem, układając prowiant przed sobą i żałując bardzo, że nie może założyć rękawiczek, bo oba sosy wyciekały ochoczo poza chlebową barierę, czego nie przewidział nakładając ich może nieco zbyt wiele. Sięgnął po różdżkę i z precyzją pociągnął złocistą nić od jej szpica do drugiej ręki, by smagnąć nią tak, aby przeciąć kanapkę na dwoje i ułatwić sobie tym jej ewentualną konsumpcję. Tymczasem Erik zdawał się być zadowolony, co odbierało Anthony'emu poczucie winy wobec antyperfekcji własnego przedsięwzięcia. – Nie mam kuchennego fartucha, więc cóż, mam nadzieję, że ten piaskowy garnitur z kiermaszu nie podobał Ci się za bardzo, bo nie przeżył starcia z pieczenią – parsknął, bo tylko pusta kuchenna przestrzeń mogła usłyszeć soczyste włoskie przekleństwa, które wymsknęły mu się z ust, gdy brytfanna okazała się cięższa niż zakładał. – Wergiliuszowi możesz podziękować za piwo, bo to on wybierał – dodał Anthony, który owszem uważał mugolaków za gorszy sort czarodziei, ale obdarzał wielkim szacunkiem magiczną istotę, która mu usługiwała a jednym klaśnięciem dłoni mogłaby zburzyć jego posiadłość i sprawić, że wszystkie drzewa wkoło by uschły.
W końcu sam zabrał się też do jedzenia i bogom dziękował, że pomimo braku estetyki wykonania, poszczególne elementy (nie jego roboty) były na tyle dobre, że odsuwały niesmak wynikający z wyglądu całości. Nie było to też tak ważne, gdy nad ich głowami zalśniły w końcu rojem gwiazdy, a pośród nich jedna za drugą, przy uważnym spojrzeniu, łukiem mknęły po nieboskłonie. Anthony z kieszeni wydobył chusteczkę by zetrzeć z warg resztki jedzenia, podsuwając w stronę Erika drugą połowę własnej porcji, w cichej sugestii, gdyby ten jeszcze był głodny.
– Jak to było z tymi życzeniami? Można je powiedzieć na głos, czy wtedy się nie spełnią? – zapytał nieco naiwnie, upijając tylko trochę piwa, po czym decydując się na położenie się na kocu tak, by móc wygodnie obserwować deszcz komet bez konieczności zadzierania cały czas głowy w górę.
– Taki jestem – odpowiedział mu, smutny, pokonany, brzmiący trochę tak, jak kilka dni temu, gdy przyznał się do własnej desperacji. Co prawda Longbottom prosił, by zabrał swoje maski, by był "po prostu sobą", ale czy rzeczywiście bez nich pozostawało cokolwiek dlań atrakcyjnego? Normalnie pewnie zacząłby się od razu tym zamartwiać, ale szczęśliwie okoliczności dnia wybiły mu te obawy z dłoni. Był zbyt zmęczony by to teraz roztrząsać.
Z resztą, Erik chciał tu z nim być czyż nie?
W komunikacji bardzo wiele, jeśli nie wszystko zależało od perspektywy. Prawda o istocie rzeczy była szalenie trudna do zgłębienia, jeśli jednostka spoglądała na nią przed filtr własnych doświadczeń i pragnień, zarówno tych uświadomionych, jak i skrytych w piwnicach podświadomości. Wszystko co blokowało Erika, co sprawiało, że powstrzymywał się przed jakąkolwiek deklaracją czy gestem innym ponad przyjacielski dotyk, znajdowało się poza wiedzą Anthony'ego. Mężczyźnie więc pozostawało interpretować tę sytuację w oparciu o własną dedukcję, która - jak wiadomo - była narzędziem ogromnie wadliwym. Faktem było to, że jego towarzysz kilka dni temu zdecydował się na konfrontację z kim innym, że wyszedł z niej poraniony, a zatem jego uczucia były ulokowane gdzie indziej. Faktem było, że gdyby nie ów kryzys, jego nogi nie zawędrowałyby do ogrodu, by zgubić nieszczęsny pantofelek. W tej bajce Anthony raczej nie był księciem, a wróżką spełniającą życzenia, czy może dżinem, który przychodzi w chwili największego kryzysu. A jednak, dzięki temu, że Erik choć trochę nagiął swoją zasadę czekania na rozwiązanie sprawy rytuału, dzięki temu że samolubnie nie narzucił im restrykcyjnego dystansu, sprawiało, że Anthony nie potrzebował deklaracji i zdartej z pleców koszuli, by wiedzieć, że poranna wróżba Morpheusa nie była słowami rzuconymi na wiatr. Owszem, brakowało im tej rozmowy, ale cichy sojusz w którym trzy kwadranse urosły do kilku wspólnie spędzonych godzin były tym co wystarczyło mu, by ukoić nerwy ostatnich miesięcy, odsunąć desperację i zatopić się w wieczorze na kocu, któremu akompaniowały zajadle żaby i świerszcze.
Dobrze, że magiczny koc na którym wylądowała zwykła wełna dostał magiczne wzmocnienie odstraszające od nich odpowiednio emitowaną falą rozproszenia to całe robactwo...
– Też chciałbym wiedzieć, ale wątpię, żebyśmy mieli okazję kiedykolwiek się przekonać – odpowiedział z przekąsem, układając prowiant przed sobą i żałując bardzo, że nie może założyć rękawiczek, bo oba sosy wyciekały ochoczo poza chlebową barierę, czego nie przewidział nakładając ich może nieco zbyt wiele. Sięgnął po różdżkę i z precyzją pociągnął złocistą nić od jej szpica do drugiej ręki, by smagnąć nią tak, aby przeciąć kanapkę na dwoje i ułatwić sobie tym jej ewentualną konsumpcję. Tymczasem Erik zdawał się być zadowolony, co odbierało Anthony'emu poczucie winy wobec antyperfekcji własnego przedsięwzięcia. – Nie mam kuchennego fartucha, więc cóż, mam nadzieję, że ten piaskowy garnitur z kiermaszu nie podobał Ci się za bardzo, bo nie przeżył starcia z pieczenią – parsknął, bo tylko pusta kuchenna przestrzeń mogła usłyszeć soczyste włoskie przekleństwa, które wymsknęły mu się z ust, gdy brytfanna okazała się cięższa niż zakładał. – Wergiliuszowi możesz podziękować za piwo, bo to on wybierał – dodał Anthony, który owszem uważał mugolaków za gorszy sort czarodziei, ale obdarzał wielkim szacunkiem magiczną istotę, która mu usługiwała a jednym klaśnięciem dłoni mogłaby zburzyć jego posiadłość i sprawić, że wszystkie drzewa wkoło by uschły.
W końcu sam zabrał się też do jedzenia i bogom dziękował, że pomimo braku estetyki wykonania, poszczególne elementy (nie jego roboty) były na tyle dobre, że odsuwały niesmak wynikający z wyglądu całości. Nie było to też tak ważne, gdy nad ich głowami zalśniły w końcu rojem gwiazdy, a pośród nich jedna za drugą, przy uważnym spojrzeniu, łukiem mknęły po nieboskłonie. Anthony z kieszeni wydobył chusteczkę by zetrzeć z warg resztki jedzenia, podsuwając w stronę Erika drugą połowę własnej porcji, w cichej sugestii, gdyby ten jeszcze był głodny.
– Jak to było z tymi życzeniami? Można je powiedzieć na głos, czy wtedy się nie spełnią? – zapytał nieco naiwnie, upijając tylko trochę piwa, po czym decydując się na położenie się na kocu tak, by móc wygodnie obserwować deszcz komet bez konieczności zadzierania cały czas głowy w górę.