25.07.2024, 02:12 ✶
— Nie można już mieć żadnych oczekiwań w stosunku do drogiej osoby w tych czasach, co? — sarknął, przyglądając się, jak Anthony próbuje pozbyć się chwastów. — Poza tym, byłoby ci z tą siekierą do twarzy... Ubrudzona twarz, flanelowa koszula w czarno-czerwoną kratę... Ktoś mógłby się zadurzyć!
W innym czasie. W innym życiu. Może wówczas dane by im było zaznać wspólnego życia w kompletnej izolacji, gdzie byliby skazani na swoje towarzystwo w najlepszym tego słowa znaczeniu. Może wówczas nie musieliby martwić się krewnymi, przyjaciółmi i współpracownikami, których zostawiliby na pastwę losu tylko po to, aby doświadczyć spokojnego życia we dwoje z dala od problemów życia w zgiełku stolicy na oczach mediów i czarodziejskiej socjety. Och, ci to z chęcią wykorzystaliby okazję do tego, aby im dopiec w subtelny sposób. Czy była szansa, aby mogli przenieść ten obraz przyjemnej samotności do obecnej rzeczywistości?
Raczej nie. Zbyt ważne stanowiska. Zbyt duża odpowiedzialność. Zbyt wiele więzów i więzi, które trzymały ich na miejscu, nawet jeśli serca wyrywały się do azylu pośród szkockich wyżyn. Anthony miał Ministerstwo Magii. Morfeusza. Jonathana. Charlotte. Tak jak Erik miał Zakon Feniksa, Brennę, Norę czy Thomasa. Opowieść tkana przez Shafiqa była równie piękna, co i ulotna... I taki też czekał ją los. Kusić perspektywą przyjemności, tylko po to, aby wyślizgnąć się spomiędzy ich palców i sprowadzić ich na ziemię. Może kiedyś. Może w innym świecie.
Erik westchnął ciężko, gdy Anthony postanowił do niego w końcu dołączyć. Ułożył bochenek na drewnianej desce, po czym obsypał chleb ziołami, kichając przy tym kilkukrotnie, gdy kilka intensywnych woni zmieszało się w jedną, atakując niespodziewanie jego nos. Chrząknął parę razy, marszcząc przy tym noc, po czym jednym machnięciem różdżki odpalił świeczkę, zawieszając ją w powietrzu tuż nad przygotowaną dla Matki ofiarą.
A to oczywiście, nie było wszystko. Potem zaczął myśleć. Intensywnie. Powtórzył modlitwę za bezpieczeństwo swych bliskich. Życzył szczęścia i pomyślności przyjaciołom, z którymi dalej trzymał się blisko, jak i tym, których los pociągnął w zupełnie innym kierunku. Z lekkim wahaniem podzielił się z Matką swoimi troskami, zmartwieniami, obawami na temat tego, co nadchodzi. Zdradził kilka nadziei, których urzeczywistnienie zdawało się każdego dnia balansować na krawędzi noża między spełnieniem a porażką. A potem podziękował Matce za to, że zesłała mu ponownie Antoniusza, jakby faktycznie wierzył, że to ona wysłała go w tę podróż pociągiem do Little Hangleton.
W miarę jak kontynuował swój monolog, krople rozgrzanego wosku zaczęły spływać po świecy, lądując jedna po drugiej na bochenku chleba i licznych ziołach, aby po chwili zastygnąć. Czy było to swego rodzaju przypieczętowanie umowy między Erikiem a Matką? Zapewnienie, że chociaż część jego problemów odejdzie w zapomnieniu, aby ustąpić czemuś lepszemu? Odpowiedź na to pytania miała dopiero nadejść, jednak Erik nie przestawał opowiadać. Myślał i modlił się, czekając, aż świeczka zgaśnie lub do końca się wypali, a kiedy wreszcie się to stało, otworzył oczy, wlepiając spokojne spojrzenie w swego towarzysza.
W innym czasie. W innym życiu. Może wówczas dane by im było zaznać wspólnego życia w kompletnej izolacji, gdzie byliby skazani na swoje towarzystwo w najlepszym tego słowa znaczeniu. Może wówczas nie musieliby martwić się krewnymi, przyjaciółmi i współpracownikami, których zostawiliby na pastwę losu tylko po to, aby doświadczyć spokojnego życia we dwoje z dala od problemów życia w zgiełku stolicy na oczach mediów i czarodziejskiej socjety. Och, ci to z chęcią wykorzystaliby okazję do tego, aby im dopiec w subtelny sposób. Czy była szansa, aby mogli przenieść ten obraz przyjemnej samotności do obecnej rzeczywistości?
Raczej nie. Zbyt ważne stanowiska. Zbyt duża odpowiedzialność. Zbyt wiele więzów i więzi, które trzymały ich na miejscu, nawet jeśli serca wyrywały się do azylu pośród szkockich wyżyn. Anthony miał Ministerstwo Magii. Morfeusza. Jonathana. Charlotte. Tak jak Erik miał Zakon Feniksa, Brennę, Norę czy Thomasa. Opowieść tkana przez Shafiqa była równie piękna, co i ulotna... I taki też czekał ją los. Kusić perspektywą przyjemności, tylko po to, aby wyślizgnąć się spomiędzy ich palców i sprowadzić ich na ziemię. Może kiedyś. Może w innym świecie.
Erik westchnął ciężko, gdy Anthony postanowił do niego w końcu dołączyć. Ułożył bochenek na drewnianej desce, po czym obsypał chleb ziołami, kichając przy tym kilkukrotnie, gdy kilka intensywnych woni zmieszało się w jedną, atakując niespodziewanie jego nos. Chrząknął parę razy, marszcząc przy tym noc, po czym jednym machnięciem różdżki odpalił świeczkę, zawieszając ją w powietrzu tuż nad przygotowaną dla Matki ofiarą.
A to oczywiście, nie było wszystko. Potem zaczął myśleć. Intensywnie. Powtórzył modlitwę za bezpieczeństwo swych bliskich. Życzył szczęścia i pomyślności przyjaciołom, z którymi dalej trzymał się blisko, jak i tym, których los pociągnął w zupełnie innym kierunku. Z lekkim wahaniem podzielił się z Matką swoimi troskami, zmartwieniami, obawami na temat tego, co nadchodzi. Zdradził kilka nadziei, których urzeczywistnienie zdawało się każdego dnia balansować na krawędzi noża między spełnieniem a porażką. A potem podziękował Matce za to, że zesłała mu ponownie Antoniusza, jakby faktycznie wierzył, że to ona wysłała go w tę podróż pociągiem do Little Hangleton.
W miarę jak kontynuował swój monolog, krople rozgrzanego wosku zaczęły spływać po świecy, lądując jedna po drugiej na bochenku chleba i licznych ziołach, aby po chwili zastygnąć. Czy było to swego rodzaju przypieczętowanie umowy między Erikiem a Matką? Zapewnienie, że chociaż część jego problemów odejdzie w zapomnieniu, aby ustąpić czemuś lepszemu? Odpowiedź na to pytania miała dopiero nadejść, jednak Erik nie przestawał opowiadać. Myślał i modlił się, czekając, aż świeczka zgaśnie lub do końca się wypali, a kiedy wreszcie się to stało, otworzył oczy, wlepiając spokojne spojrzenie w swego towarzysza.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞