24.07.2024, 01:49 ✶
Patrick kiwnął głową. Tak. I jemu wydawało się, że znał tę kobietę naprzeciwka. Nie był tylko pewien, czy bardziej z tego powodu czuł ulgę, czy niepokój. Dobrze, że znalazł się w tym miejscu akurat z nią. Źle, bo jeśli była to jakaś zmyślna pułapka, to właśnie była narażona na niebezpieczeństwo.
- Nie mam pojęcia. Może… może chodziło o jedno z nas? – Umysł od razu podpowiedział Patrickowi, że mogło chodzić o niego. Gdy pocierał palce, czuł jakie zimne miał ręce. Z jakiegoś powodu to wydawało mu się bardzo znaczące. I chociaż brzmiało to absurdalnie, chyba mogło być przyczyną pułapki. A może jednak miała rację i umarli?
A jednak dotyk Florence nie był zimny. Był ciepły. Rozlewał się po jego ciele, może nie ogrzewając go, ale uświadamiając, że to z nim było coś nie tak, nie z nią. Posłał jej ciepłe spojrzenie. Pokręcił głową. Nie czuł, by miał mieć gorączkę.
- Dobrze. Na tyle dobrze, na ile mogę w tej… w tej dziwacznej sytuacji – odpowiedział z namysłem.
Nie pobiegł od razu za kobietą, gdy ta zbliżyła się do szyby, za którą znajdowały się pasy startowe. Zamiast tego, dalej się rozglądał. Nie wiedział czego właściwie szuka, ale był przekonany, że gdzieś tutaj się to znajdowało. Wreszcie dostrzegł błysk. Coś kryło się pod jedną z ławek. Ruszył w tamtą stronę, kucnął i podniósł niewielką odznakę aurorską.
- To moje – wymamrotał pod nosem. Nie miał pojęcia skąd wiedział, że to należało do niego, ale wiedział. Przed oczami stanął mu urywek jakichś wspomnień. Był ranny, obolały i zmęczony a Florence… Florence? Odwrócił głowę w stronę stojącej przy szybie kobiety. Ona miała na imię Florence. Kiedyś go opatrywała, a potem leżeli w łóżku i rozmawiali. I pili razem herbatę w mugolskiej kawiarni.
Podszedł do niej. Z każdym krokiem zyskiwał pewność, że sobie tego nie wymyślił. Na pewno go opatrywała. Zrobiła to kilka razy…
- Florence. Masz na imię Florence. – W jego głosie pojawiły się stanowcze nuty. Był tego zupełnie pewien. – I jesteś uzdrowicielką.
- Nie mam pojęcia. Może… może chodziło o jedno z nas? – Umysł od razu podpowiedział Patrickowi, że mogło chodzić o niego. Gdy pocierał palce, czuł jakie zimne miał ręce. Z jakiegoś powodu to wydawało mu się bardzo znaczące. I chociaż brzmiało to absurdalnie, chyba mogło być przyczyną pułapki. A może jednak miała rację i umarli?
A jednak dotyk Florence nie był zimny. Był ciepły. Rozlewał się po jego ciele, może nie ogrzewając go, ale uświadamiając, że to z nim było coś nie tak, nie z nią. Posłał jej ciepłe spojrzenie. Pokręcił głową. Nie czuł, by miał mieć gorączkę.
- Dobrze. Na tyle dobrze, na ile mogę w tej… w tej dziwacznej sytuacji – odpowiedział z namysłem.
Nie pobiegł od razu za kobietą, gdy ta zbliżyła się do szyby, za którą znajdowały się pasy startowe. Zamiast tego, dalej się rozglądał. Nie wiedział czego właściwie szuka, ale był przekonany, że gdzieś tutaj się to znajdowało. Wreszcie dostrzegł błysk. Coś kryło się pod jedną z ławek. Ruszył w tamtą stronę, kucnął i podniósł niewielką odznakę aurorską.
- To moje – wymamrotał pod nosem. Nie miał pojęcia skąd wiedział, że to należało do niego, ale wiedział. Przed oczami stanął mu urywek jakichś wspomnień. Był ranny, obolały i zmęczony a Florence… Florence? Odwrócił głowę w stronę stojącej przy szybie kobiety. Ona miała na imię Florence. Kiedyś go opatrywała, a potem leżeli w łóżku i rozmawiali. I pili razem herbatę w mugolskiej kawiarni.
Podszedł do niej. Z każdym krokiem zyskiwał pewność, że sobie tego nie wymyślił. Na pewno go opatrywała. Zrobiła to kilka razy…
- Florence. Masz na imię Florence. – W jego głosie pojawiły się stanowcze nuty. Był tego zupełnie pewien. – I jesteś uzdrowicielką.