Poziom krzykliwości tego miejsca nie odbiegałby od jego norm wytrzymywania w takich miejscach, gdyby nie to, że wyglądało tu jak w pierdolonym Rzymie. Czy byli w Rzymie? Otóż, kurwa, nie! Nie byli w jebanym Rzymie tylko pierdolonym Londynie! Czy tych bogaczy już pojebało do reszty? Wiele ciekawych (i na pewno nieciekawych) myśli krążyło po głowie Sauriela, kiedy siedział z Anthonym zastanawiając się, po jakiego chuja on się na to zgodził. Zrobił to w zasadzie tylko i wyłącznie ze względu na Victorię. Jego własna gitara teraz ładnie opierała się o stół, a to tak samo jak jego nogi opierały się o mniejszy stołek, który sobie zażyczył. Siedział? No, prawie. Rozłożone bożyszcze na włościach, które w jednej ręce trzymało nóż, w drugiej jabłko. Odkrawał jego małe kawałki, bardziej zainteresowany otoczeniem niż tym, co Shafiq chwilowo robi. Dostał zadanie bojowe od starego, więc powinien je wykonać. DOBRZE wykonać. Ale to nie to, że w ogóle nie zwracał na niego uwagi. Oj nie.
Śmiertelnie blady, umięśniony wampir w skórzanej kurtce, podartych spodniach i ciężkich buciorach wędrował czarnymi jak noc oczami do Anthonyego i przyglądał się jemu - a raczej jego palcom. "Dobrze Ci idzie, staruszku" stanowiło pochwałę, którą Anthjony już zdążył usłyszeć chwilę wcześniej, kiedy powtarzał parę zupełnie podstawowych chwytów. Miał długi palce, więc się do tego nadawał. Wracało tylko pytanie i zastanowienie, po co mu w ogóle to było. Czy pieniądze były tego warte? Jego kompletnego braku cierpliwości i nerwów, jakie wkładał w próby nauczenia drugiej osoby GRY NA GITARZE. To powinno być jego pierdolone hobby, skąd w ogóle pomysł na to, że on się nadawał na nauczyciela! Ugryzł ostentacyjnie jabłuszko i poprawił się na swoim siedzisku. Odłożył je na stolik z nożem, ściągnął z oczu awiatorki, szurnął je na stół i...
- Nie kurwa, robisz to chujowo. Skup się. - Podniósł się ze swojego miejsca, tylko jeszcze wytarł paluchy, żeby nie było, że takimi słodkimi paluszkami będzie dotykał teraz szlachetnych dłoni panicza Shafiqa. Podszedł do niego od tyłu. - Tak to miałeś trzymać. - Poprawił jego dłonie. Swoimi nieprzyjemnie zimnymi, ale Anthony już znał ten chłód - podobny do Zimnych. Sauriel obchodził się delikatnie z Anthonym, jeszcze delikatniej z jego gitarą. - Tu. Blokujesz palec na strunie B, a pozostałe pracują na strunie E... o tutaj. - To już mówił tonem miękkim, prawie jakby intonował jakiś wiersz. Miał przepalony, mrukliwy głos - czasem tylko nabierał na swojej mocy, kiedy się irytował. A to, jak szybko już Anthony się mógł zorientować, było bardzo proste do osiągnięcia. - Masz to szczęście, że poznasz moje piosenki. - Czyli najlepsze piosenki. - A może mam ci pokazać, że Księżycową Sonatę też da się zagrać na gitarze? - Odciągnął swoje dłonie od dłoni Anthonyego i oparł je na krześle nad jego ramionami. Trochę pochylony, spoglądający kuzynowi... czy tam wujkowi... Victorii w twarz.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.