16.07.2024, 00:23 ✶
Jakby ująć całą jej relację… Nie, może nie brnijmy w aż tak poważne tony.
Gdybyśmy mieli określić reakcję Tessy na wiadomość od Anthony'ego po tylu miesiącach ciszy, to jak zręcznie ująć to w słowa? Nieukrywana radość? Albo bardziej lekka konsternacja? Chyba bardziej chodziło o ulgę.
Zwyczajnie martwiła się o tego idiotę, bo to, w jakich stosunkach rozstali się przy ostatniej rozmowie nie zapowiadało ani trochę na dobrą kontynuację. Czy, może bardziej, jakąkolwiek. Kobieta obawiała się — ale tylko odrobinę! — że wraz z trzaśnięciem drzwiami jej antykwariatu zamkną się również wszystkie drogi, mogące prowadzić do dalszych spotkań.
Nie chodziło o benefity, płynące z tego, że wraz z czarodziejem często samotnie wybierali się na przeróżne licytacje. Jak to on sam ujął — rozdziobywali pozostałości po zmarłym niby sępy; jak kruki i wrony, kłócące się o znalezioną na chodniku błyskotkę. Tylko tutaj ów artefakt należało wyrwać czysto metaforycznie, zarzucić idealnie dobranym spojrzeniem i odpowiednią kwotą. Było coś iście ujmującego w podnoszeniu tabliczki z wybranym numerem do góry i piorunowaniu wzrokiem przeciwnika po drugiej stronie sali. Byli idealnym zespołem.
Jednak nie cierpiała momentów, kiedy Woodrow, w przypływach oświecenia swoim wybitnym dowcipem, nazywał Anthony’ego jej kochasiem, albo, co gorsza, gachem. Miała wtedy ochotę wymyć mu gębę szarym mydłem i przejechać parę razy pumeksem. Strefa fizyczna była, owszem, bo często trzymała go pod rękę albo przejeżdżała palcami po twarzy, starając się doszukać w jego oczach wszystkich drzazg, tkwiących mu w sercu. To jej wystarczyło.
— Uważaj, bo jeszcze zmobilizujesz mnie do wrócenia do latania na miotle — stwierdziła, przewracając oczami. Jakoś jej to nie przekonywało, to całe prężenie się na macie w różne strony przy wschodzie lub zachodzie słońca. Wolała już spacery. Tam to nikt jej nie oceniał, można było nawdychać się świeżego powietrza, powiedzieć komuś: Dzień dobry i czasami nawet pogłaskać jakiegoś psa.
Dopiła prędko kawę, a potem na deser przepłukała całość ostatnią praliną z talerzyka. Kiedy czekolada skutecznie osłodziła gorzkawy posmak napoju, wyciągnęła z torebki lusterko i szminkę, aby poprawić lekko rozmazany makijaż. Słuchała go cały czas, oczywiście. Zmrużyła zatem lekko oczy, spoglądając na niego znad krawędzi zwierciadełka.
— Oczywiście, mój drogi, nie możemy się przecież spóźnić! Jeszcze nie pozwolą nam wejść, a tego byśmy zwyczajnie nie… Nie chcieli.
Urwała pod koniec.
— Miły. — Trzasnęła rozkładanym lusterkiem. — Nie chcę być wścibska, ale znając mnie doskonale wiesz, że jednak chcę. Wszystko dobrze? Możemy zostać na jeszcze jedną kawę. Na jeszcze jedną pralinkę.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you