09.07.2024, 02:41 ✶
Basilius powoli przeniósł spojrzenie z jeziora na Brenne, która akurat sama odwróciła wzrok. Zawahał się. Śmierć towarzyszyła im obojgu w ich zawodach i niby powinni do niej przywyknąć, a jednak i tak często pojawiał się ten żal, że można było tego uniknąć. Lub zrobić więcej. Nie chciał jednak, by ten żal ją teraz dręczył.
– Brenno to już się stało – powiedział zmieniając ton swojego głosu na nieco cichszy i łagodniejszy. – Nie zrobisz nic więcej, nic więcej też nie mogłaś zrobić, a zamęczanie się tym ci nie pomoże. Przynajmniej nie będzie już więcej żadnych ofiar. To też ważne – Paradoksalnie była to jedna z najbardziej optymistycznych rzeczy, które wypowiedział w ciągu ostatnich kilku dni. Nie świadczyło to pewnie za dobrze o jego optymizmie.
– Jasne. Po prostu. – Zawahał się i pokrecił głową. – Po prostu gdybyś mnie potrzebowała, to jeszcze chwilę tutaj będę. Pewnie wrócę do siebie dopiero jutro rano. – Wbrew temu, co przed chwilą jej powiedział, to sam chciałby w czymś pomóc. Zrobić coś więcej, a do opatrywania rannych, zresztą słusznie, nie chcieli go dopuścić. Jak mógł jednak iść spać, gdy wokół działo się jeszcze tyle rzeczy?
Uśmiechnął się słabo.
– Tak, coś w tym jest – prychnął niby to rozbawiony, ale jednak nie do końca. – Zwłaszcza, jeśli zna się waszą rodzinę. Wiesz, że twój wuj wyglądał gorzej, gdy go spotkałem od samego Owena? Coś mu chyba rozwaliło nos i kuśtykał. Wszystko z nim dobrze? – W sumie... Czy to nie było dziwne, że nagle wspomniał o Morpheusie Longbottomie i pytał się jak się czuł? Nie, raczej nie. Czemu miałoby być dziwne. Nie miał pojęcia. I czemu teraz się w ogóle zastanawiał, czy to było dziwne, czy nie? O co mu chodziło? Chyba zmęczenie zaczynało męcić mu w głowie. Wziął łyka kawy i szybko zmienił temat. – Rozumiesz, że to miejsce polecił mi mój uzdrowiciel? Abym odpoczął? – Najprawdopodobniej magimedyk prowadzący jego chorobę, nie był tutaj od wielu wielu lat i stąd ta sytuacja, ale jednak nie mógł tu nie dostrzec pewnej ironii. Wszyscy w sierpniu kazali mu odpoczywać, w tym on sam, a jednak, jak na razie wszystko mu w tym przeszkadzało i to nie z jego winy.
Zmarszczył brwi, próbując nie okazać zbyt dużej fascynacji tym temat, ale jednak... Jednak było to ciekawe.
– Mówisz o miłości do tego miejsca?– spytał, rozważając jej słowa, bo w końcu zaklęcie działało obszarowo. Na Matkę to musiałaby być naprawdę silna miłość i niestety zaczynał wątpić, czy udałoby się przerobić rytuał na mniej krwawy, ale wciąż chroniący pewne ważne budynki. Na przykład Świętego Munga. Zresztą i tak przecież nie mieli dostępu do żadnych zapisków. A szkoda. – Czemu te najmocniejsze zaklęcia ochronne też muszą być czarnomagiczne? Nam by sie przydały bardziej.
Jakoś ulżyło mu na myśl, że kimkolwiek był ten czarnoksiężnik, nie będzie już sprawiał kłopotów.
– Dobrze – rzucił krótko, ponownie upijając trochę kawy. – Isaac wspominał, że na mokradłach znaleziono pozostałości po rytuałach. W tym czaszkę z zaklętymi w niej duszami. Brenno, co się w ogóle działo, gdy las nas rozdzielił?
– Brenno to już się stało – powiedział zmieniając ton swojego głosu na nieco cichszy i łagodniejszy. – Nie zrobisz nic więcej, nic więcej też nie mogłaś zrobić, a zamęczanie się tym ci nie pomoże. Przynajmniej nie będzie już więcej żadnych ofiar. To też ważne – Paradoksalnie była to jedna z najbardziej optymistycznych rzeczy, które wypowiedział w ciągu ostatnich kilku dni. Nie świadczyło to pewnie za dobrze o jego optymizmie.
– Jasne. Po prostu. – Zawahał się i pokrecił głową. – Po prostu gdybyś mnie potrzebowała, to jeszcze chwilę tutaj będę. Pewnie wrócę do siebie dopiero jutro rano. – Wbrew temu, co przed chwilą jej powiedział, to sam chciałby w czymś pomóc. Zrobić coś więcej, a do opatrywania rannych, zresztą słusznie, nie chcieli go dopuścić. Jak mógł jednak iść spać, gdy wokół działo się jeszcze tyle rzeczy?
Uśmiechnął się słabo.
– Tak, coś w tym jest – prychnął niby to rozbawiony, ale jednak nie do końca. – Zwłaszcza, jeśli zna się waszą rodzinę. Wiesz, że twój wuj wyglądał gorzej, gdy go spotkałem od samego Owena? Coś mu chyba rozwaliło nos i kuśtykał. Wszystko z nim dobrze? – W sumie... Czy to nie było dziwne, że nagle wspomniał o Morpheusie Longbottomie i pytał się jak się czuł? Nie, raczej nie. Czemu miałoby być dziwne. Nie miał pojęcia. I czemu teraz się w ogóle zastanawiał, czy to było dziwne, czy nie? O co mu chodziło? Chyba zmęczenie zaczynało męcić mu w głowie. Wziął łyka kawy i szybko zmienił temat. – Rozumiesz, że to miejsce polecił mi mój uzdrowiciel? Abym odpoczął? – Najprawdopodobniej magimedyk prowadzący jego chorobę, nie był tutaj od wielu wielu lat i stąd ta sytuacja, ale jednak nie mógł tu nie dostrzec pewnej ironii. Wszyscy w sierpniu kazali mu odpoczywać, w tym on sam, a jednak, jak na razie wszystko mu w tym przeszkadzało i to nie z jego winy.
Zmarszczył brwi, próbując nie okazać zbyt dużej fascynacji tym temat, ale jednak... Jednak było to ciekawe.
– Mówisz o miłości do tego miejsca?– spytał, rozważając jej słowa, bo w końcu zaklęcie działało obszarowo. Na Matkę to musiałaby być naprawdę silna miłość i niestety zaczynał wątpić, czy udałoby się przerobić rytuał na mniej krwawy, ale wciąż chroniący pewne ważne budynki. Na przykład Świętego Munga. Zresztą i tak przecież nie mieli dostępu do żadnych zapisków. A szkoda. – Czemu te najmocniejsze zaklęcia ochronne też muszą być czarnomagiczne? Nam by sie przydały bardziej.
Jakoś ulżyło mu na myśl, że kimkolwiek był ten czarnoksiężnik, nie będzie już sprawiał kłopotów.
– Dobrze – rzucił krótko, ponownie upijając trochę kawy. – Isaac wspominał, że na mokradłach znaleziono pozostałości po rytuałach. W tym czaszkę z zaklętymi w niej duszami. Brenno, co się w ogóle działo, gdy las nas rozdzielił?