08.07.2024, 13:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 13:11 przez Lorien Mulciber.)
Obietnice były czymś niebezpiecznym. Zwłaszcza, gdy nie widziało się sensu popierania ich przysięgami i magią. Mogły być tylko pustymi słowami, których chwytali się w głupiej nadziei, że druga strona będzie trzymać się zasad.
- Dotrzymaj go.- Powiedziała tylko cicho w odpowiedzi. Już nie polecenie, a prośba. To co stało za tymi słowami nie miało już żadnego znaczenia, ale z pewnością mogło być potwierdzeniem, którego od niej oczekiwał.
W pierwszej sekundzie nie zwróciła nawet uwagi, kiedy chwycił ją za rękę, zbyt pochłonięta własnymi przemyśleniami. Rozgrzebywaniem świeżej rany jaką był umysł, jakby odtwarzanie bolesnych wspomnień miało cokolwiek zmienić.
Dlaczego to było takie trudne?
W którymś momencie Lorien zagubiła samą siebie, ale wciąż nie była w stanie wskazać dokładnego punktu. Gdzieś popełniono błąd, zupełnie jakby ktoś rozsypał pieczołowicie układane latami puzzle i w dodatku ukradł parę ważnych elementów.
Jedna rzecz była pewna - nie mogła tu zostać. Samotność przynosiła ukojenie, ale odsuwała ją od poukładania wszystkiego na nowo. Może wystarczyło tylko przeczekać? Wrócić do swojej małej rzeczywistości i udawać tak długo, aż wszystko zacznie wydawać się prawdą? Aż stanie się prawdą? Znała kiedyś człowieka, który niczym mantrę powtarzał nabożne “uwierz, że to sen”. I po raz pierwszy w życiu Lorien uświadomiła sobie jak bardzo sama chciałaby utonąć w tych kilku prostych słowach.
Na ziemię ściągnęło ją kilka rzeczy. Łza spływająca po policzku. Fakt, że słońce już całkowicie zaszło za horyzont i towarzyszący temu chłód lipcowego wieczora. Dotyk męża. Podniosła głowę, żeby przyjrzeć mu się choć przez moment nieco uważniej, ale znów pozwoliła spojrzeniu pobłądzić gdzieś ponad Robertowym ramieniem. Wodziła wzrokiem po niebie, szukając księżyca. W końcu jak trwoga to do Bogów, prawda? Zbliżał się do pierwszej kwadry. Może to było nawet dziś?
Uwierz, że to sen.
Upierdliwa mantra wróciła. Ale dlaczego?
Wtuliła się w ramię Roberta, pozwalając mu w tej chwili myśleć co mu się żywnie podoba. Drobna ptaszyna, słaba i udręczona czarownica. Jego biedna, biedna żona.
Tak naprawdę potrzebowała jeszcze chwili czasu w tym konkretnym miejscu, tej konkretnej nocy. W tej pozycji Mulciber nie mógł widzieć z jaką zawziętością obserwowała teraz niebo. Czego ona do cholery szukała? Sama już nie była pewna.
Rzut na wiedzę o przyrodzie - czy spało się na zajęciach z Astronomii?
… Czegokolwiek szukała w niebie i gwiazdach na pewno tego nie znalazła.
Otrząsnęła się z głupich myśli. Musiała być po prostu bardzo zmęczona, prawda? Podniosła lekko głowę, zmuszając się do uśmiechu.
- Wracajmy już, dobrze?- To “dobrze” zostało najwyraźniej dodane z czystej kurtuazji, ponieważ nie czekając na odpowiedź męża, pociągnęła go już w drogę powrotną. Cokolwiek wcześniej zaprzątało jej głowę, teraz stało się kompletnie nieistotne.
- Dotrzymaj go.- Powiedziała tylko cicho w odpowiedzi. Już nie polecenie, a prośba. To co stało za tymi słowami nie miało już żadnego znaczenia, ale z pewnością mogło być potwierdzeniem, którego od niej oczekiwał.
W pierwszej sekundzie nie zwróciła nawet uwagi, kiedy chwycił ją za rękę, zbyt pochłonięta własnymi przemyśleniami. Rozgrzebywaniem świeżej rany jaką był umysł, jakby odtwarzanie bolesnych wspomnień miało cokolwiek zmienić.
Dlaczego to było takie trudne?
W którymś momencie Lorien zagubiła samą siebie, ale wciąż nie była w stanie wskazać dokładnego punktu. Gdzieś popełniono błąd, zupełnie jakby ktoś rozsypał pieczołowicie układane latami puzzle i w dodatku ukradł parę ważnych elementów.
Jedna rzecz była pewna - nie mogła tu zostać. Samotność przynosiła ukojenie, ale odsuwała ją od poukładania wszystkiego na nowo. Może wystarczyło tylko przeczekać? Wrócić do swojej małej rzeczywistości i udawać tak długo, aż wszystko zacznie wydawać się prawdą? Aż stanie się prawdą? Znała kiedyś człowieka, który niczym mantrę powtarzał nabożne “uwierz, że to sen”. I po raz pierwszy w życiu Lorien uświadomiła sobie jak bardzo sama chciałaby utonąć w tych kilku prostych słowach.
Na ziemię ściągnęło ją kilka rzeczy. Łza spływająca po policzku. Fakt, że słońce już całkowicie zaszło za horyzont i towarzyszący temu chłód lipcowego wieczora. Dotyk męża. Podniosła głowę, żeby przyjrzeć mu się choć przez moment nieco uważniej, ale znów pozwoliła spojrzeniu pobłądzić gdzieś ponad Robertowym ramieniem. Wodziła wzrokiem po niebie, szukając księżyca. W końcu jak trwoga to do Bogów, prawda? Zbliżał się do pierwszej kwadry. Może to było nawet dziś?
Uwierz, że to sen.
Upierdliwa mantra wróciła. Ale dlaczego?
Wtuliła się w ramię Roberta, pozwalając mu w tej chwili myśleć co mu się żywnie podoba. Drobna ptaszyna, słaba i udręczona czarownica. Jego biedna, biedna żona.
Tak naprawdę potrzebowała jeszcze chwili czasu w tym konkretnym miejscu, tej konkretnej nocy. W tej pozycji Mulciber nie mógł widzieć z jaką zawziętością obserwowała teraz niebo. Czego ona do cholery szukała? Sama już nie była pewna.
Rzut na wiedzę o przyrodzie - czy spało się na zajęciach z Astronomii?
Rzut O 1d100 - 1
Krytyczna porazka
Krytyczna porazka
… Czegokolwiek szukała w niebie i gwiazdach na pewno tego nie znalazła.
Otrząsnęła się z głupich myśli. Musiała być po prostu bardzo zmęczona, prawda? Podniosła lekko głowę, zmuszając się do uśmiechu.
- Wracajmy już, dobrze?- To “dobrze” zostało najwyraźniej dodane z czystej kurtuazji, ponieważ nie czekając na odpowiedź męża, pociągnęła go już w drogę powrotną. Cokolwiek wcześniej zaprzątało jej głowę, teraz stało się kompletnie nieistotne.
Koniec sesji