08.07.2024, 12:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 13:13 przez Alexander Mulciber.)
Wchodzę, wymieniam żetony, widzę Aryamana i Urlett i szybko uciekam w stronę drugiego stołu do pokera
Spóźnił się. Oczywiście, że się spóźnił – w końcu nie przyszedł tutaj słuchać podszytych fałszem grzeczności, tylko przepierdolić roczną wypłatę – ale spóźniłby mniej, gdyby Diana przyszła z nim tutaj, tak, jak obiecała. Kupię ci coś ładnego, jeżeli wygram, obiecał, mimo wszystko, choć zrobił to z mrukliwą manierą, która świadczyła o tym, że jest obrażony, jeżeli przegram, też to zrobię, tylko pożycz mi trochę kasy.
Diana była doskonałym buforem towarzyskim, kiedy prężyła się dumnie oparta o jego ramię z drapieżnym uśmiechem, i z burzowymi oczami, które były lustrzanym odbiciem huraganu targającym duszą Alexandra – ona kryła się w błysku piorunów, rozdzierających niebo jasnością, on był hukiem grzmotu, który wiernie podążał jej śladem. Diana potrafiła się odnaleźć w tym arystokratycznym gnieździe żmij – być może przez wzgląd na bliskie pokrewieństwo z patronem domu węża, Salazarem Slytherinem – Alex nie posiadał takiej łatwości. Nie brakowało mu śmiałości, po prostu lubił komfort milczenia, lubił stać na uboczu, wtrącając się tylko wtedy, kiedy rzeczywiście miał coś do powiedzenia. Zawsze wolał obserwować ludzi z dystansu. Jako jasnowidz wiedział zresztą, że obok niego czują się nieswojo. Miał tę wyjątkową zdolność mówienia najgorszych rzeczy, jakie można było w danej sytuacji powiedzieć. Kryptyczne premonicje sypały się z ust Mulcibera, nawet okraszone półprawdami tchnęły agresywną szczerością, którą czasami trudno było znieść. Alexander był arogancki, dumny i absolutnie nieznośny. Inni czarodzieje obdarzeni trzecim okiem nie mieli mu tego za złe – chyba, że byli Vakelem Dolohovem – jasnowidzenie paradoksalnie alienowało. Mulciber mógł odczytywać myśli i zamiary innych, ale wcale nie czuł się przez to “bliżej drugiego człowieka”: nie, zwykle po prostu czuł irytację. Z ludźmi trzeba bowiem, mój drogi Alexandrze, czasami po prostu rozmawiać.
Tylko, kurwa, on nie chciał z nikim rozmawiać. Nie było o czym rozmawiać.
Czasem, kiedy wyciszył się i skupił na jednym ciągu myślowym, był w stanie przewidzieć całą dyskusję, jaką z kimś odbędzie – jaką mogliby odbyć – tysiące wersji tej samej rozmowy, jak w kalejdoskopie, różniących się doborem słów, tonu, mową ciała – a czasem tylko jednym słowem, spojrzeniem, gestem. Nie wiedział, co było gorsze: kiedy okazywało się, że ten obcy mu człowiek absolutnie nic nie wniesie do jego życia – poza okrutnym bólem głowy – czy że właśnie nieodwracalnie zmieni jego bieg. Tylko wtedy musiał czekać. Jak on nienawidził czekać. W jego głowie wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło: mogli ominąć zgrabnie niezręczności, nieporozumienia, rozkoszować się familiaryjną bliskością, bez konieczności odgrywania socjalnej pantomimy procesu poznawania się. Ale to nigdy tak nie działało, jeżeli druga osoba nie była jasnowidzem. W mojej głowie już dawno byliśmy przyjaciółmi, powiedział kiedyś ze śmiechem Rosie, kiedyś, kiedy byli bardzo młodzi, a on nie mógł się powstrzymać, by nie zerknąć na to, jak mogła wyglądać ich przyszłość, w moich snach zawsze znajdujemy powód, by być razem.
Potrzeba było wyjątkowej osoby, by retroaktywne doświadczanie wizji trzeciego oka nie było nudną katorgą, a doznaniem transcendentalnym. Wyjątkowej osoby, by móc przeżywać dobrze znaną przyszłość wciąż na nowo i na nowo, by z pełnym wyczekiwania napięciem patrzeć, jak staje się teraźniejszością.
Ocknął się, kiedy usłyszał znajomy głos. Odwrócił na chwilę twarz w tamtą stronę, dyskretnie, pozorując, że dalej jest zajęty rozmową z mężczyzną obsługującym stoisko wymiany żetonów. Wymienił 500 galeonów, bo czemu, kurwa, nie – zawsze mógł jeszcze przegrać ciężko wymienione pieniądze półżywego brata, nad którymi pieczę sprawowała Diana, może wtedy poczułby się lepiej, choć martwił się, że nie przyniosą mu szczęścia – jak mu zabraknie funduszy, zastawi któryś z pierścieni albo spinki do mankietów. Sala była niemalże opustoszała: wszyscy udali się już do stolików. Dzięki Merlinowi, nie musiał cackać się z Agnès, ta kobieta uwzięła się na niego, na siłę próbując uszczęśliwić go rozmową przy każdej możliwej okazji.
Spojrzenie Alexandra padło na stojącą nieco dalej parkę. Nie znał mężczyzny o hinduskiej urodzie, ale widok uśmiechniętej blondynki o złotych oczach obudził niejasne wspomnienie. Blond włosy. Złote oczy. Kurwa mać. Zgubiło go kiedyś to połączenie. Pamiętał ją, trudno było zapomnieć. Szybko odwrócił wzrok. Może ona nie będzie pamiętać. Tak, pomyślał, tak byłoby najlepiej. Po prostu powie jej, że to wszystko to był tylko sen.
Podążył w stronę stołów do pokera, nie oglądając się za siebie.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Spóźnił się. Oczywiście, że się spóźnił – w końcu nie przyszedł tutaj słuchać podszytych fałszem grzeczności, tylko przepierdolić roczną wypłatę – ale spóźniłby mniej, gdyby Diana przyszła z nim tutaj, tak, jak obiecała. Kupię ci coś ładnego, jeżeli wygram, obiecał, mimo wszystko, choć zrobił to z mrukliwą manierą, która świadczyła o tym, że jest obrażony, jeżeli przegram, też to zrobię, tylko pożycz mi trochę kasy.
Diana była doskonałym buforem towarzyskim, kiedy prężyła się dumnie oparta o jego ramię z drapieżnym uśmiechem, i z burzowymi oczami, które były lustrzanym odbiciem huraganu targającym duszą Alexandra – ona kryła się w błysku piorunów, rozdzierających niebo jasnością, on był hukiem grzmotu, który wiernie podążał jej śladem. Diana potrafiła się odnaleźć w tym arystokratycznym gnieździe żmij – być może przez wzgląd na bliskie pokrewieństwo z patronem domu węża, Salazarem Slytherinem – Alex nie posiadał takiej łatwości. Nie brakowało mu śmiałości, po prostu lubił komfort milczenia, lubił stać na uboczu, wtrącając się tylko wtedy, kiedy rzeczywiście miał coś do powiedzenia. Zawsze wolał obserwować ludzi z dystansu. Jako jasnowidz wiedział zresztą, że obok niego czują się nieswojo. Miał tę wyjątkową zdolność mówienia najgorszych rzeczy, jakie można było w danej sytuacji powiedzieć. Kryptyczne premonicje sypały się z ust Mulcibera, nawet okraszone półprawdami tchnęły agresywną szczerością, którą czasami trudno było znieść. Alexander był arogancki, dumny i absolutnie nieznośny. Inni czarodzieje obdarzeni trzecim okiem nie mieli mu tego za złe – chyba, że byli Vakelem Dolohovem – jasnowidzenie paradoksalnie alienowało. Mulciber mógł odczytywać myśli i zamiary innych, ale wcale nie czuł się przez to “bliżej drugiego człowieka”: nie, zwykle po prostu czuł irytację. Z ludźmi trzeba bowiem, mój drogi Alexandrze, czasami po prostu rozmawiać.
Tylko, kurwa, on nie chciał z nikim rozmawiać. Nie było o czym rozmawiać.
Czasem, kiedy wyciszył się i skupił na jednym ciągu myślowym, był w stanie przewidzieć całą dyskusję, jaką z kimś odbędzie – jaką mogliby odbyć – tysiące wersji tej samej rozmowy, jak w kalejdoskopie, różniących się doborem słów, tonu, mową ciała – a czasem tylko jednym słowem, spojrzeniem, gestem. Nie wiedział, co było gorsze: kiedy okazywało się, że ten obcy mu człowiek absolutnie nic nie wniesie do jego życia – poza okrutnym bólem głowy – czy że właśnie nieodwracalnie zmieni jego bieg. Tylko wtedy musiał czekać. Jak on nienawidził czekać. W jego głowie wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło: mogli ominąć zgrabnie niezręczności, nieporozumienia, rozkoszować się familiaryjną bliskością, bez konieczności odgrywania socjalnej pantomimy procesu poznawania się. Ale to nigdy tak nie działało, jeżeli druga osoba nie była jasnowidzem. W mojej głowie już dawno byliśmy przyjaciółmi, powiedział kiedyś ze śmiechem Rosie, kiedyś, kiedy byli bardzo młodzi, a on nie mógł się powstrzymać, by nie zerknąć na to, jak mogła wyglądać ich przyszłość, w moich snach zawsze znajdujemy powód, by być razem.
Potrzeba było wyjątkowej osoby, by retroaktywne doświadczanie wizji trzeciego oka nie było nudną katorgą, a doznaniem transcendentalnym. Wyjątkowej osoby, by móc przeżywać dobrze znaną przyszłość wciąż na nowo i na nowo, by z pełnym wyczekiwania napięciem patrzeć, jak staje się teraźniejszością.
Ocknął się, kiedy usłyszał znajomy głos. Odwrócił na chwilę twarz w tamtą stronę, dyskretnie, pozorując, że dalej jest zajęty rozmową z mężczyzną obsługującym stoisko wymiany żetonów. Wymienił 500 galeonów, bo czemu, kurwa, nie – zawsze mógł jeszcze przegrać ciężko wymienione pieniądze półżywego brata, nad którymi pieczę sprawowała Diana, może wtedy poczułby się lepiej, choć martwił się, że nie przyniosą mu szczęścia – jak mu zabraknie funduszy, zastawi któryś z pierścieni albo spinki do mankietów. Sala była niemalże opustoszała: wszyscy udali się już do stolików. Dzięki Merlinowi, nie musiał cackać się z Agnès, ta kobieta uwzięła się na niego, na siłę próbując uszczęśliwić go rozmową przy każdej możliwej okazji.
Spojrzenie Alexandra padło na stojącą nieco dalej parkę. Nie znał mężczyzny o hinduskiej urodzie, ale widok uśmiechniętej blondynki o złotych oczach obudził niejasne wspomnienie. Blond włosy. Złote oczy. Kurwa mać. Zgubiło go kiedyś to połączenie. Pamiętał ją, trudno było zapomnieć. Szybko odwrócił wzrok. Może ona nie będzie pamiętać. Tak, pomyślał, tak byłoby najlepiej. Po prostu powie jej, że to wszystko to był tylko sen.
Podążył w stronę stołów do pokera, nie oglądając się za siebie.
Postać opuszcza sesję
Wymieniam 500 galeonów na 100 tokenów.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat