— Mam inne zalety — stwierdził, przyglądając się niebu zakurzonemu iskrami gwiazd i pięknymi Perseidami. Jakie życzenie mógłby wypowiedzieć gwiazdom? Wróć do mnie, wróć do mnie? Nie będzie zaprzątał głów gwiazd i magii rozterkami swojego serca, które powinien był rozwiązać tak dawno temu, bez pomocy ze strony bóstw i życzeń. Nie, gdy nastał mrok, nastały inne czasy. Pierdolone listy, pierdolone wesele, pierdolone Windemere.
— Ty? Unikałeś? — Morpheus uniósł brwi w górę, a zaraz za nimi swoją dłoń. Na małym palcu został osadzony sygnet z kosą, jeden z zestawu czterech, podarowanych przez Antoniusza dla każdego z Jeźdźców, przyjaciół, po zakończeniu edukacji w Hogwarcie. Stara przekomarzanka nad winem, które miało tyle lat, ile jego obecność w obsydianowych komnatach Departamentu Tajemnic. Trochę, jak wypomnienie, jak trudno jest żyć blisko z kimś, kto może w każdej chwili zniknąć i nigdy nie wrócić.
— Składam życzenie gwiazdom, abyśmy spotkali się tu następnego roku, bez kolejnych wykopanych grobów i kolejnych szat żałobnych w naszych szatach, a później w następnym i następnym, a nasze życia wypełniał śmiech i nostalgia za dawnymi przygodami, nie przyjaciółmi, którzy odeszli— przecież nie zdradzał życzenia nikomu, jeśli dzielili tę samą duszę, byli tą samą osobą. Przestrzeń między nimi mogła być równie dobrze tym, co oddziela jedno ucho od drugiego. Niektórzy, jak oni, mieli tam mózgi, inni, echo. W duchu jednak spoglądając na konkretną kometę, licząc jej sekundy w ziemskiej atmosferze, gdy paliła się o ciepło ziemi, ciągnęła swój śliczny warkocz, życzył Anthony'emu i Erikowi szczęśliwego zakończenia, nawet jeśli miałby zapłacić miał za nie swoim życiem.