04.07.2024, 21:38 ✶
To był zły dzień, zły tydzień, zły miesiąc i zły rok.
Śmierciożercy, śmierć paru znanych osób, w tym Derwina i Jasona, wampiry, nazbyt prawdziwe koszmary, zamęt w głowie po rytuale, informacje o Lithcie, rozmowa z Dumbledorem i Barlow, to wszystko sprawiło, że niby absolutnie banalna sprawa, ot rozmowa z Anthonym Borginem, stała się istną wisienką na torcie ogólnego spierdolenia. Brenna przez jakieś pięć minut tej nocy, tuż przed zaśnięciem, bawiła się myślą o wyjechaniu gdzieś do Australii, za Danielle i Lucy. Odrzuciła jednak ten koncept oczywiście, podobnie jak rozważane jeszcze krócej skoczenie z jakiegoś mostu lub ewentualnie zepchnięcie z niego Anthony’ego Borgina (choć chętnie zepchnęłaby z takiego Stanleya, ale wątpiła, by ten zechciał się wybrać z nią na jakiś most, gdzie nie będzie żadnych świadków). W pracy stawiła się punktualnie (znaczy się punktualnie według swoich standardów, czyli godzinę wcześniej), zajęła szybkim porządkowaniem spraw, a potem wylądowała w Stonehange.
Nawet się nie zdziwiła, że trafili tutaj też najpierw Bulstrode (którego przywitała, zanim dorwała Brygadzistę, którego miała zmienić) i potem Macmillan. Znaczy się, skoro wysłano tutaj Sebastiana, mieli spodziewać się nawiedzeń albo ponownych wycieczek do Limbo?
Mogło być gorzej.
Dziś mógł być piątek trzynastego.
Kręciła się w pobliżu kamieni od rana, i mimo tego całego czerwcowego galimatiasu gadała jak zwykle, uśmiechała się jak zwykle i tylko czasem podejrzliwie zerkała w stronę kamienia, wciąż pokrytego krwią, ale właściwie nie spodziewała się, że ten nagle wykaże jakieś dziwne właściwości, których nie wykazał do tej pory. Wypytała swojego poprzednika, czy na pewno wszystko było w porządku, czy nikomu nie objawili się żadni bogowie, nikt nie próbował dźgać się nożem i nikt nie przedostał tutaj z aparatem. Sprawdziła zaklęcia ochronne, trzymające z dala mugoli (sama nie do końca ogarniała, jak to działa, ale pewnie albo widzieli fałszywy obraz kamieni i robili sobie na jego tle zdjęcia, albo nagle sobie przypominali, że zostawili żelazko na gazie, czy jak to u nich działało), i upewniła, że żadni czarodzieje nie kręcą się w pobliżu.
A potem pojawił się Sebastian i, o dziwo, nie zasugerował już w pierwszych zdaniach, że jakimś sposobem szaleństwo Isobell to jej wina. (Tak naprawdę to Brenna się wcale tego nie spodziewała, ale i nie byłaby tym zaskoczona.)
– Cześć, Sebastianie – przywitała się na jego widok. – Mam nadzieję, że nie wysłano cię tutaj, bo okazało się, że Stonehange jest nawiedzone przez ducha zabitej tutaj owcy albo coś takiego?
Śmierciożercy, śmierć paru znanych osób, w tym Derwina i Jasona, wampiry, nazbyt prawdziwe koszmary, zamęt w głowie po rytuale, informacje o Lithcie, rozmowa z Dumbledorem i Barlow, to wszystko sprawiło, że niby absolutnie banalna sprawa, ot rozmowa z Anthonym Borginem, stała się istną wisienką na torcie ogólnego spierdolenia. Brenna przez jakieś pięć minut tej nocy, tuż przed zaśnięciem, bawiła się myślą o wyjechaniu gdzieś do Australii, za Danielle i Lucy. Odrzuciła jednak ten koncept oczywiście, podobnie jak rozważane jeszcze krócej skoczenie z jakiegoś mostu lub ewentualnie zepchnięcie z niego Anthony’ego Borgina (choć chętnie zepchnęłaby z takiego Stanleya, ale wątpiła, by ten zechciał się wybrać z nią na jakiś most, gdzie nie będzie żadnych świadków). W pracy stawiła się punktualnie (znaczy się punktualnie według swoich standardów, czyli godzinę wcześniej), zajęła szybkim porządkowaniem spraw, a potem wylądowała w Stonehange.
Nawet się nie zdziwiła, że trafili tutaj też najpierw Bulstrode (którego przywitała, zanim dorwała Brygadzistę, którego miała zmienić) i potem Macmillan. Znaczy się, skoro wysłano tutaj Sebastiana, mieli spodziewać się nawiedzeń albo ponownych wycieczek do Limbo?
Mogło być gorzej.
Dziś mógł być piątek trzynastego.
Kręciła się w pobliżu kamieni od rana, i mimo tego całego czerwcowego galimatiasu gadała jak zwykle, uśmiechała się jak zwykle i tylko czasem podejrzliwie zerkała w stronę kamienia, wciąż pokrytego krwią, ale właściwie nie spodziewała się, że ten nagle wykaże jakieś dziwne właściwości, których nie wykazał do tej pory. Wypytała swojego poprzednika, czy na pewno wszystko było w porządku, czy nikomu nie objawili się żadni bogowie, nikt nie próbował dźgać się nożem i nikt nie przedostał tutaj z aparatem. Sprawdziła zaklęcia ochronne, trzymające z dala mugoli (sama nie do końca ogarniała, jak to działa, ale pewnie albo widzieli fałszywy obraz kamieni i robili sobie na jego tle zdjęcia, albo nagle sobie przypominali, że zostawili żelazko na gazie, czy jak to u nich działało), i upewniła, że żadni czarodzieje nie kręcą się w pobliżu.
A potem pojawił się Sebastian i, o dziwo, nie zasugerował już w pierwszych zdaniach, że jakimś sposobem szaleństwo Isobell to jej wina. (Tak naprawdę to Brenna się wcale tego nie spodziewała, ale i nie byłaby tym zaskoczona.)
– Cześć, Sebastianie – przywitała się na jego widok. – Mam nadzieję, że nie wysłano cię tutaj, bo okazało się, że Stonehange jest nawiedzone przez ducha zabitej tutaj owcy albo coś takiego?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.