01.07.2024, 23:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2024, 23:42 przez Erik Longbottom.)
Wchodzę na salę razem z Geraldine, wybieramy żetony i jesteśmy w trakcie drogi do baru.
Nie dało się nie znać Agnis Delacour. Chociaż Erik nie był szczególnym fanem hazardu, tak jego ścieżki zdążyły się już parę razy przeciąć z tą kobietą biznesu. Bądź co bądź, gdy z roku na rok słyszało o nim coraz więcej, siłą rzeczy wpasowywał się coraz bardziej w elitarne grono magicznej socjety. Zazwyczaj pojawiał się na tego typu przyjęciach z grzeczności, jeśli uprzejme odmówienie z tego czy tamtego powodu nie wchodziło w grę. Tego wieczora było jednak inaczej; czuł, że powinien zrobić coś innego. Niestandardowego. Może nieco szalonego jak na jego standardy.
Nieuchronnie zbliżał się koniec sierpnia, a data ta poniekąd wyznaczała niewidzialny deadline jaki Erik sam sobie nałożył przez swoje złe przeczucia, które towarzyszyły mu od maja. Sądził, że starcie Ministerstwa Magii z oddziałami Śmierciożercam na Polanie Ognisk okaże się punktem zapalnym do naturalnego rozszerzenia skali konfliktu. Tak się jednak nie stało, zupełnie jakby obie strony postanowiły na bliżej nieokreślony odciąć się od większych potyczek na poczet... Ciszy i spokoju? Wiele na to wskazywało. Stan ten nie mógł jednak trwać wiecznie. Trzeba było wykorzystać czas, który im pozostawał.
I takim oto sposobem Longbottom znalazł się na progu posiadłości madame Delacour, uświetniając swym przybyciem tę małą uroczystość. Obym tylko nie puścił rodzinnego skarbca z torbami, pomyślał przelotnie, próbując sobie nie wyobrażać, jaką minę miałby jego ojciec i dziadek, gdyby oświadczył, że przegrał pół skrytki w Banku Gringotta i zgodził się wynająć replikę miecza Godryka Gryffindora na następne przyjęcie Agnis. Erik wzdrygnął się. Nie no, aż tak to nie zaszaleje. Nie był kompletnym idiotą. Chociaż jego partnerkę czasem ponosiła fantazja, więc kto wie, czy nie pociągnie go dziś za sobą...
— Bardziej martwię się o swój — odparł, klepiąc lekko Geraldine po dłoni. — Chociaż nie jest to szczególnie przyjemna perspektywa, ale wolę być już odpowiedzialny za upadek rodu Longbottomów niż jeszcze sądzić się z twoim ojcem, który próbowałby przypiąć mi twoje przewinienia. — Uśmiechnął się krzywo do kobiety. — W końcu... Co złego to nie ty, czyż nie?
Jeśli schludność i elegancja były warunkiem odwiedzenia czterech ścian należących do pani Delacour, to oboje wpisywali się w ten schemat. Erik zresztą i tak nie miał tendencji do dziwnych strojów, chociaż zdecydowanie skręcał raczej mu mugolskiej modzie niźli tradycyjnym szatom czarodziejów. Tego dnia zdecydował się na granatowo-szary garnitur. Marynarka, zapinana na dwa guziki, dopasowywała się do jego ramion, podkreślając smukłą, acz dobrze zbudowaną sylwetkę. Spod marynarki wystawała biała koszula z ciemno-granatowym krawatem owiniętym wokół szyi. Oprócz tego przy mankietach koszuli błyszczały spinki w kształcie wilków zakupione na kiermaszu z okazji Lammas.
— Mhmm — mruknął, kierując się z panną Yaxley w stronę stołu, przy którym odbywała się wymiana pieniędzy. — Czyli dzisiaj robię nie tylko za twój głos rozsądku w kwestii hazardu, ale też ilości wypitego alkoholu? — Uniósł wymownie brwi, uśmiechając się kwaśno. — A myślałem, że akurat dzisiaj zamienimy się rolami. Ehh… Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja.
Zamarł na moment, gdy zorientował się, że Geraldine postanowiła wejść do gry, wydając na żetony aż 500 galeonów. Spora sumka jak na start. Z drugiej strony... Może nie miała wiele do stracenia? Na swoich łowach na pewno zarabiała więcej niż Erik, pracując w Brygadzie Uderzeniowej. Cóż, raz się żyje, pomyślał, a kiedy przyszła kolej na niego poszedł w ślady przyjaciółki i również zostawił w kasie 500 galeonów.
— Czyli co... Szybki drink, a potem spróbujemy zagrać w karty? — zaproponował, rozglądając się na prawo i lewo.
Nie dało się nie znać Agnis Delacour. Chociaż Erik nie był szczególnym fanem hazardu, tak jego ścieżki zdążyły się już parę razy przeciąć z tą kobietą biznesu. Bądź co bądź, gdy z roku na rok słyszało o nim coraz więcej, siłą rzeczy wpasowywał się coraz bardziej w elitarne grono magicznej socjety. Zazwyczaj pojawiał się na tego typu przyjęciach z grzeczności, jeśli uprzejme odmówienie z tego czy tamtego powodu nie wchodziło w grę. Tego wieczora było jednak inaczej; czuł, że powinien zrobić coś innego. Niestandardowego. Może nieco szalonego jak na jego standardy.
Nieuchronnie zbliżał się koniec sierpnia, a data ta poniekąd wyznaczała niewidzialny deadline jaki Erik sam sobie nałożył przez swoje złe przeczucia, które towarzyszyły mu od maja. Sądził, że starcie Ministerstwa Magii z oddziałami Śmierciożercam na Polanie Ognisk okaże się punktem zapalnym do naturalnego rozszerzenia skali konfliktu. Tak się jednak nie stało, zupełnie jakby obie strony postanowiły na bliżej nieokreślony odciąć się od większych potyczek na poczet... Ciszy i spokoju? Wiele na to wskazywało. Stan ten nie mógł jednak trwać wiecznie. Trzeba było wykorzystać czas, który im pozostawał.
I takim oto sposobem Longbottom znalazł się na progu posiadłości madame Delacour, uświetniając swym przybyciem tę małą uroczystość. Obym tylko nie puścił rodzinnego skarbca z torbami, pomyślał przelotnie, próbując sobie nie wyobrażać, jaką minę miałby jego ojciec i dziadek, gdyby oświadczył, że przegrał pół skrytki w Banku Gringotta i zgodził się wynająć replikę miecza Godryka Gryffindora na następne przyjęcie Agnis. Erik wzdrygnął się. Nie no, aż tak to nie zaszaleje. Nie był kompletnym idiotą. Chociaż jego partnerkę czasem ponosiła fantazja, więc kto wie, czy nie pociągnie go dziś za sobą...
— Bardziej martwię się o swój — odparł, klepiąc lekko Geraldine po dłoni. — Chociaż nie jest to szczególnie przyjemna perspektywa, ale wolę być już odpowiedzialny za upadek rodu Longbottomów niż jeszcze sądzić się z twoim ojcem, który próbowałby przypiąć mi twoje przewinienia. — Uśmiechnął się krzywo do kobiety. — W końcu... Co złego to nie ty, czyż nie?
Jeśli schludność i elegancja były warunkiem odwiedzenia czterech ścian należących do pani Delacour, to oboje wpisywali się w ten schemat. Erik zresztą i tak nie miał tendencji do dziwnych strojów, chociaż zdecydowanie skręcał raczej mu mugolskiej modzie niźli tradycyjnym szatom czarodziejów. Tego dnia zdecydował się na granatowo-szary garnitur. Marynarka, zapinana na dwa guziki, dopasowywała się do jego ramion, podkreślając smukłą, acz dobrze zbudowaną sylwetkę. Spod marynarki wystawała biała koszula z ciemno-granatowym krawatem owiniętym wokół szyi. Oprócz tego przy mankietach koszuli błyszczały spinki w kształcie wilków zakupione na kiermaszu z okazji Lammas.
— Mhmm — mruknął, kierując się z panną Yaxley w stronę stołu, przy którym odbywała się wymiana pieniędzy. — Czyli dzisiaj robię nie tylko za twój głos rozsądku w kwestii hazardu, ale też ilości wypitego alkoholu? — Uniósł wymownie brwi, uśmiechając się kwaśno. — A myślałem, że akurat dzisiaj zamienimy się rolami. Ehh… Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja.
Zamarł na moment, gdy zorientował się, że Geraldine postanowiła wejść do gry, wydając na żetony aż 500 galeonów. Spora sumka jak na start. Z drugiej strony... Może nie miała wiele do stracenia? Na swoich łowach na pewno zarabiała więcej niż Erik, pracując w Brygadzie Uderzeniowej. Cóż, raz się żyje, pomyślał, a kiedy przyszła kolej na niego poszedł w ślady przyjaciółki i również zostawił w kasie 500 galeonów.
— Czyli co... Szybki drink, a potem spróbujemy zagrać w karty? — zaproponował, rozglądając się na prawo i lewo.
Wymieniam 500 galeonów na 100 żetonów. @Robert Mulciber
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞