01.07.2024, 21:13 ✶
Infernusy przestały być problemem i Basilius dopiero wtedy zaczął czuć, jak sam był zmęczony tym wszystkim. Coś na razie mu ten sierpień pełen wypoczynku nie za bardzo wychodził, a co gorsza osoba, której to obiecał mogła łatwo dowiedzieć się o wszystkim od przebywających na miejscu uzdrowicieli.
– Wszyscy cali? – spytał, skupiając jednak swoją uwagę głównie na Owenie, przy którym stał (hej, wyjątkowo to nie on był tym najbledszym, krwawiącym z nosa czarodzieje w grupie!). Prawdę mówiąc najchętniej po prostu usiadłby teraz na ziemi, gdyby nie to, że jeszcze musieli się stąd wydostać, a miał wrażenie, że jak już padnie, to szybko nie wstanie. No i na razie musiał się jeszcze przydać tutaj jako magimedyk. Zerknął na Isaaca i po prostu skinął głową.
– Żyjesz? – rzucił do Millie, gdy podeszła do nich. Czarownica też wyglądała, jakby przydała jej się długa drzemka, ale nie wyglądała teżjakby miała w tej umrzeć, nikt chyba, poza Owenem, nie wyglądał tragicznie i...
I kurwa mać.
Podszedł do nich Morpheus Longbottom, a Basilius poczuł się jeszcze bardziej zmęczony.
Jakim cudem, naprawdę jakim cudem, ze wszystkich zgromadzonych tutaj osób, a było ich przecież sporo, na najbardziej poturbowanego wyglądał nie mężczyzna, który był tu uwięziony jakiś czas, a właśnie Longbottom. Bo oczywiście to musiał być Longbottom. Kto inny, jak nie Longbottom? Matka chyba tworząc tę całą rodzinę uznała, że na ich obiektywnie mówiąc urokliwych twarzach, będzie gościł równie często uśmiech, co ślady obicia. Bo jak inaczej wyjaśnić, że Morpheus nie dość, że kuśtykał, to jeszcze z jego nosa ewidentnie poleciała mu krew?
Westchnął cicho i bez słowa podał czarodziejowi chusteczkę, próbując zachować przy tym w miarę neutralną minę.
– No dobrze, jeśli ktoś czuje, że zaraz umrze, lub widzi, że ktoś inny zaraz umrze, ale się do tego nie przyznaje, to byłbym niezmiernie wdzięczny, gdybyście mi o tym teraz powiedzieli – oznajmił nieco głośniej, a sam skupił się na ponownej próbie wzmocnienia Owena jakimiś specyfikami, bo przecież jeszcze musieli się stąd wydostać. – Jakieś pomysły, jak stąd wyjdziemy?
– Wszyscy cali? – spytał, skupiając jednak swoją uwagę głównie na Owenie, przy którym stał (hej, wyjątkowo to nie on był tym najbledszym, krwawiącym z nosa czarodzieje w grupie!). Prawdę mówiąc najchętniej po prostu usiadłby teraz na ziemi, gdyby nie to, że jeszcze musieli się stąd wydostać, a miał wrażenie, że jak już padnie, to szybko nie wstanie. No i na razie musiał się jeszcze przydać tutaj jako magimedyk. Zerknął na Isaaca i po prostu skinął głową.
– Żyjesz? – rzucił do Millie, gdy podeszła do nich. Czarownica też wyglądała, jakby przydała jej się długa drzemka, ale nie wyglądała teżjakby miała w tej umrzeć, nikt chyba, poza Owenem, nie wyglądał tragicznie i...
I kurwa mać.
Podszedł do nich Morpheus Longbottom, a Basilius poczuł się jeszcze bardziej zmęczony.
Jakim cudem, naprawdę jakim cudem, ze wszystkich zgromadzonych tutaj osób, a było ich przecież sporo, na najbardziej poturbowanego wyglądał nie mężczyzna, który był tu uwięziony jakiś czas, a właśnie Longbottom. Bo oczywiście to musiał być Longbottom. Kto inny, jak nie Longbottom? Matka chyba tworząc tę całą rodzinę uznała, że na ich obiektywnie mówiąc urokliwych twarzach, będzie gościł równie często uśmiech, co ślady obicia. Bo jak inaczej wyjaśnić, że Morpheus nie dość, że kuśtykał, to jeszcze z jego nosa ewidentnie poleciała mu krew?
Westchnął cicho i bez słowa podał czarodziejowi chusteczkę, próbując zachować przy tym w miarę neutralną minę.
– No dobrze, jeśli ktoś czuje, że zaraz umrze, lub widzi, że ktoś inny zaraz umrze, ale się do tego nie przyznaje, to byłbym niezmiernie wdzięczny, gdybyście mi o tym teraz powiedzieli – oznajmił nieco głośniej, a sam skupił się na ponownej próbie wzmocnienia Owena jakimiś specyfikami, bo przecież jeszcze musieli się stąd wydostać. – Jakieś pomysły, jak stąd wyjdziemy?