Czasami lubiła się z Saurielem podroczyć i go za ten ogon pociągnąć, ale zwykle robiła to bardzo delikatnie i było chyba dla obojga oczywiste, że to tylko ŻARTY i ZABAWA, Victoria miała tendencję do tego, żeby tłumaczyć Saurielowi pewne swoje ruchy, albo co ma na myśli, bo potrafił się w moment na coś obruszyć i zmieniał mu się humor, a ona nie zamierzała się bawić w typowo damską zagrywkę z cyklu „domyśl się”.
– No mówiłam ci. Robert albo drugi Robert, nie rozróżniam ich, ale jeden z nich – wzruszyła ramionami, bo w sumie nie miało to znaczenia kto dokładnie, ważne, że scena została zrobiona. – Młody wyciągnął swoje autorskie falliczne świeczki, bo chciał je komuś pokazać, jakiś dziennikarzyna przy tym był, zrobił zamieszanie i machał tym fiutem na lewo i prawo i nagle przyszedł Atreus z Florence, tą klątwołamaczką, pamiętasz… I zobaczył tamtego zjeba i po prostu… No nie wytrzymał, akurat oglądał tę świeczkę i po prostu poszedł mu walnąć. I potem znikąd zjawił się ten stary Mulciber i zrobił scenę – i wtedy Victoria kupiła trochę tych penisoświeczek, żeby jakoś zrekompensować chłopakowi całą sytuację, niepotrzebnie rozdmuchaną przez tamtego starego, a potem ktoś jeszcze przyszedł drzeć pizdę i jakiś brygadzista temu komuś dał w ryja, zjawił się Alastor, a Kwiatuszek zwiał… Resztę tej historii już znał, bo od tamtej pory kręcili się po tym festynie razem.
Sauriel miał dla niej jakiś plan, ale nigdy nie zapytał jej o zdanie. Nie zapytał, czego ona by chciała, nie zapytał, co sprawiłoby jej radość, spokój i dawało szczęście. Snuł w swojej głowie dla niej bajkę, ale czy to byłaby bajka dla niej? Nie, nie byłaby, bo czegoś ciągle by brakowało. Bardzo nie chciała, by ktokolwiek więcej sterował jej życiem, mówił jej, z kim ma być, a z kim nie, z kim założyć rodzinę, kogo kochać. To miał być całkowicie, tylko i wyłącznie jej wybór, jej decyzja, miała serdecznie dosyć słuchania, że tego nie może, a to musi, bo ktoś ma taki, a nie inny dla niej plan. Nie.
– Och no dobrze – odparła i złapała Sauriela pod ramię, czując to dziwaczne napięcie w powietrzu i po prostu pożegnała się z Tahirą skinięciem głową. Odsunęli się więc od stoiska, kręcąc w tłumie niespiesznie. Słuchała słów Sauriela, chociaż jej mózg zatrzymał się przy tym całym Skrzynku i zawiesił, nie potrafiąc tego jakoś sensownie do niczego dokleić. – Na pewno będziesz miał tam spokój od rodziny – a doskonale wiedziała, jakie to może być zbawienne… Tylko sama bała się, że zacznie jej niedługo doskwierać samotność, całe życie była przyzwyczajona, że ktoś był obok; w szkole koleżanki z dormitorium, w domu siostra, rodzice, skrzaty… A teraz co. Teraz miała kota. Dwa koty. Ale sama musiała się już wyrwać z domu, musiała. Miała po prostu już tego wszystkiego serdecznie dość. – Kocie, masz gówniane pojęcie na temat roślin. Wiesz, jak dużo jest takich, które mogą żyć w mroku i wcale nie muszą być ciągle podlewane i mają się znacznie lepiej niż te, które potrzebują słońca? – bardzo dobrze myślał, że zalałaby go roślinami. OCZYWIŚCIE, że by to zrobiła, duuuh. – Jakbyś wystarczająco uważnie słuchał na zielarstwie, to nawet posłuchałbyś co nieco o takich… Na przykład diabelskie sidła – zachichotała, bo rzecz jasna czegoś takiego by mu nie sprezentowała… Ale to był bardzo ładny przykład na to, że w ciemności też może być życie. Życie, które nie lubi światła. Dałaby mu za to fruwokwiat – podobny do diabelskich sideł, ale całkowicie niegroźny. – Ale wiesz, jak potrzebujesz spokoju, to się nie krępuj, możesz zawsze się schować u mnie, póki czegoś dla siebie nie znajdziesz – dom w kamienicy miała duży, bo cała kamienica należała do niej, miała tam też sporą piwnicę, z czego jedno pomieszczenie w niej przerobiła na pracownię alchemiczną, a potem miała jeszcze parter i dwa piętra w górę. I dwa puchate i żądne miłości kocie szczęścia.