Od gaszenia pożarów to chyba mieli osobny departament?
- Nie no, zajmują się łapaniem czarnoksiężników i wyrywaniem gorących lachonów, a nie ma lepszego sposobu na wyrywanie lachonów niż ratowanie ich z pożaru - odpowiedział Fiery, wyraźnie tym rozbawiony. Na tyle, żeby się omal nie zadławić tą kukurydzą, ale na szczęście (a może nieszczęście?) dla reszty Bellów obyło się bez ofiar śmiertelnych. Drugie pytanie zignorował, niech się dziewczyna zastanawia. I nawet zdążył się wyszczerzyć, a potem coś do niego dotarło. - Nie ten w okularach. Ten, który był przy nas pierwszy. - Ten w okularach był zajęty i jak skończony hipokryta nie zamierzał się nim dzielić. - Taki wysoki, zarośnęty... Przystojny w nienachalny sposób - powiedział Felixowi. Chciał zrzucić na niego jakąś bombę, nawet się już napiął i był gotów do rzucenia mu tekstem „czy ty sobie śmieciu mały ze mnie kurwa żartujesz”, ale pokręcił głową, jak na zażenowanego daltonistę przystało i odsunął ten pomysł. - Zapytaj Jima, to on odpowiada za ogień. - Niestety nie udało mu się zamaskować lekkiego rozdrażnienia, ale on generalnie aktorem był... miernym.
Słysząc to, co powiedział mu Alexander, zdenerwowany zmarszczył brwi, odkładając na talerz kolejną obgryzioną kolbę kukurydzy. Mielił ją jeszcze chwilę w ustach, równolegle do tego trybiki w jego łbie próbowały jakoś poukładać rozbiegane myśli.
- Co niby zamierzasz robić, jakieś frajerskie lalki z kukurydzy jak w przedszkolu? - Zapytał, chociaż faktycznie chciał robić te lalki. Ale po pierwsze - chciał mu teraz jakoś dosrać, a po drugie - przecież wielki i zły Crow nie mógł się przyznać, że takie spędzanie czasu sprawiłoby mu jakąś przyjemność. Tak, był strasznie zniewieściały, ale z jakiegoś powodu wciąż grał w tę swoją grę i nie poddawał się w nawet najbardziej absurdalnych sytuacjach.
Podjął tego tematu, nie mógł go więc porzucić. Nie miał jednak zamiaru demaskować Fiery w nieudanej próbie kradzieży.
- Był tam taki Chester Rookwood - rzucił Linnet - w kolejce do waty cukrowej. Taki stary dziad-kudłacz. Nie spodobaliśmy mu się - a to nie była przecież żadna nowość, szczególnie przy kimś z takim nazwiskiem - ale zanim zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, przyszedł jego kolega z pracy i zabrał nas na bok.
Nie podzielał obaw reszty - jak gdyby nigdy nic odpiął nóż od paska i podał go Felixowi, wskazując mu palcem drewniany pal podrzytmujący wiszący nad nimi baldachim.
- Nie no, zajmują się łapaniem czarnoksiężników i wyrywaniem gorących lachonów, a nie ma lepszego sposobu na wyrywanie lachonów niż ratowanie ich z pożaru - odpowiedział Fiery, wyraźnie tym rozbawiony. Na tyle, żeby się omal nie zadławić tą kukurydzą, ale na szczęście (a może nieszczęście?) dla reszty Bellów obyło się bez ofiar śmiertelnych. Drugie pytanie zignorował, niech się dziewczyna zastanawia. I nawet zdążył się wyszczerzyć, a potem coś do niego dotarło. - Nie ten w okularach. Ten, który był przy nas pierwszy. - Ten w okularach był zajęty i jak skończony hipokryta nie zamierzał się nim dzielić. - Taki wysoki, zarośnęty... Przystojny w nienachalny sposób - powiedział Felixowi. Chciał zrzucić na niego jakąś bombę, nawet się już napiął i był gotów do rzucenia mu tekstem „czy ty sobie śmieciu mały ze mnie kurwa żartujesz”, ale pokręcił głową, jak na zażenowanego daltonistę przystało i odsunął ten pomysł. - Zapytaj Jima, to on odpowiada za ogień. - Niestety nie udało mu się zamaskować lekkiego rozdrażnienia, ale on generalnie aktorem był... miernym.
Słysząc to, co powiedział mu Alexander, zdenerwowany zmarszczył brwi, odkładając na talerz kolejną obgryzioną kolbę kukurydzy. Mielił ją jeszcze chwilę w ustach, równolegle do tego trybiki w jego łbie próbowały jakoś poukładać rozbiegane myśli.
- Co niby zamierzasz robić, jakieś frajerskie lalki z kukurydzy jak w przedszkolu? - Zapytał, chociaż faktycznie chciał robić te lalki. Ale po pierwsze - chciał mu teraz jakoś dosrać, a po drugie - przecież wielki i zły Crow nie mógł się przyznać, że takie spędzanie czasu sprawiłoby mu jakąś przyjemność. Tak, był strasznie zniewieściały, ale z jakiegoś powodu wciąż grał w tę swoją grę i nie poddawał się w nawet najbardziej absurdalnych sytuacjach.
Podjął tego tematu, nie mógł go więc porzucić. Nie miał jednak zamiaru demaskować Fiery w nieudanej próbie kradzieży.
- Był tam taki Chester Rookwood - rzucił Linnet - w kolejce do waty cukrowej. Taki stary dziad-kudłacz. Nie spodobaliśmy mu się - a to nie była przecież żadna nowość, szczególnie przy kimś z takim nazwiskiem - ale zanim zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, przyszedł jego kolega z pracy i zabrał nas na bok.
Nie podzielał obaw reszty - jak gdyby nigdy nic odpiął nóż od paska i podał go Felixowi, wskazując mu palcem drewniany pal podrzytmujący wiszący nad nimi baldachim.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.