20.10.2022, 21:46 ✶
- Nie… ale był chyba któryś Bulstrode. Tylko nie pamiętam który.
Naprawdę nie mogła sobie przypomnieć. Brenna, zasadniczo, była już niemal starą panną. Na najbardziej pożądanych kawalerów nie zwracała uwagi nawet nie dlatego, że nie była zainteresowana mężczyznami, bo może i by była. Ale nie miała na nich czasu. I jej ogarnięcie w tym temacie oscylowała w okolicach zera. W Hogwarcie o tym, że kolega z roku chciał ją zaprosić na bal, a nawet zrobił to trzy razy, tylko ona się nie zorientowała, aż w końcu poddał się i poprosił inną dziewczynę, powiedziała jej koleżanka.
Może i dobrze, zważywszy na to, że gdy już z kimś się umówiła, ten ktoś wolał jej brata.
- Nie, ja po prostu lubię się znęcać nad nowymi pracownicami – oświadczyła Brenna już radośnie, pakując sobie do ust kolejny kawałek tosta. Kłamstwo, kłamstwo, wierutne kłamstwo. Nowych pracowników traktowała zazwyczaj dokładnie tak, jak kiedyś młodszych uczniów w Hogwarcie. Wciskała im cukierki, kiedy widziała, że są smutni i czasem podpowiadała, co gdzie jest albo co uwzględnić w raporcie.
- Ej, jeśli przyznajesz, że siedmiolatka jest zdolna nami manipulować, to chyba nasz kraj jest skazany na zagładę. Jego bezpieczeństwa bronią Detektywi, którymi sterują dzieci – parsknęła, uporawszy się z posiłkiem. Niestety, brat miał rację. Brenna potrafiła być niezłomna, wiedział o tym każdy, kto chciał, aby anulowała mu mandat. Ale nie potrafiłaby posłać chrześnicy do kąta. A ta pewnie świetnie o tym wiedziała.
Rozpromieniła się na deklarację Erika odnośnie psa. Dla niej nawet nie musiał to być psidwak, zwykły, niemagiczny pies też by się nadał. Ot również chętnie przygarnęłaby jakiegoś zwierzaka poza swoją sową, ale jakoś zawsze się bała, że nie znajdzie dla niego dość czasu… ale gdyby zajmowali się nim we troje…
- Nie myślałam o braniu go na licytację, po prawdzie. Niepotrzebny stres. Tak naprawdę chcę po prostu zaopiekować się biednym, małym pieskiem – przyznała szczerze. Zaczęła kopać lekko piętą w nogę stołową: Brenna nie umiała usiedzieć długo na miejscu w bezruchu. A teraz jeszcze pomysł własnego zwierzaka działał na nią ekscytująco. – Oficjalnie będę się upierać, że to dlatego, że skoro propagujemy pewne idee, musimy być im wierni… Ale jak chcesz go użyć podczas licytacji, to mam doskonały sposób. Piszemy do Czarownicy albo Proroka, oferujemy wywiad z tobą, fotograf robi twoje zdjęcie z psidwakiem. Trafia na pierwszą stronę. Reklama na cały kraj!
Czy mówiła poważnie, czy na serio? Kto wie. Brenna czasem trochę dokuczała bratu z powodu jego ogromnej popularności, chociaż robiła to zawsze raczej po przyjacielsku. I to mimo tego, że sama była tylko trochę słabiej kojarzona… choć po prawdzie głównie jako „siostra Erika”.
- Chyba nie zrozumiałeś, Erik. Ona nie chce przyjechać. Chce tu zostać. Miałyśmy wczoraj razem dyżur i no, wychodzi na to, że jakiś palant nie daje jej spokoju, nachodzi ją w mieszkaniu, które wynajmuje w Londynie… więc no, od słowa do słowa, zaproponowałam, żeby zamieszkała z nami… Wspomniałam rano mamie, ponoć nie mają nic przeciwko.
Westchnęła, spoglądając na kolejnego tosta i zastanawiając się, czy go zjadać, czy nie.
- Musimy chyba kupić wreszcie dom, bo w końcu głowa rodu nas stąd wywali za sprowadzanie tutaj innych. Zaraz będziemy zbierać nie na schronisko psidwaków, tylko schronisko Longbottomów. Takie dla ludzi. Mam nadzieję, że to nam ujdzie, przecież ciocia Aurora to też Longbottom, a dziadek raczej Mav lubi... Zasadniczo więc ma pełne prawo, bo należy do rodziny.
Naprawdę nie mogła sobie przypomnieć. Brenna, zasadniczo, była już niemal starą panną. Na najbardziej pożądanych kawalerów nie zwracała uwagi nawet nie dlatego, że nie była zainteresowana mężczyznami, bo może i by była. Ale nie miała na nich czasu. I jej ogarnięcie w tym temacie oscylowała w okolicach zera. W Hogwarcie o tym, że kolega z roku chciał ją zaprosić na bal, a nawet zrobił to trzy razy, tylko ona się nie zorientowała, aż w końcu poddał się i poprosił inną dziewczynę, powiedziała jej koleżanka.
Może i dobrze, zważywszy na to, że gdy już z kimś się umówiła, ten ktoś wolał jej brata.
- Nie, ja po prostu lubię się znęcać nad nowymi pracownicami – oświadczyła Brenna już radośnie, pakując sobie do ust kolejny kawałek tosta. Kłamstwo, kłamstwo, wierutne kłamstwo. Nowych pracowników traktowała zazwyczaj dokładnie tak, jak kiedyś młodszych uczniów w Hogwarcie. Wciskała im cukierki, kiedy widziała, że są smutni i czasem podpowiadała, co gdzie jest albo co uwzględnić w raporcie.
- Ej, jeśli przyznajesz, że siedmiolatka jest zdolna nami manipulować, to chyba nasz kraj jest skazany na zagładę. Jego bezpieczeństwa bronią Detektywi, którymi sterują dzieci – parsknęła, uporawszy się z posiłkiem. Niestety, brat miał rację. Brenna potrafiła być niezłomna, wiedział o tym każdy, kto chciał, aby anulowała mu mandat. Ale nie potrafiłaby posłać chrześnicy do kąta. A ta pewnie świetnie o tym wiedziała.
Rozpromieniła się na deklarację Erika odnośnie psa. Dla niej nawet nie musiał to być psidwak, zwykły, niemagiczny pies też by się nadał. Ot również chętnie przygarnęłaby jakiegoś zwierzaka poza swoją sową, ale jakoś zawsze się bała, że nie znajdzie dla niego dość czasu… ale gdyby zajmowali się nim we troje…
- Nie myślałam o braniu go na licytację, po prawdzie. Niepotrzebny stres. Tak naprawdę chcę po prostu zaopiekować się biednym, małym pieskiem – przyznała szczerze. Zaczęła kopać lekko piętą w nogę stołową: Brenna nie umiała usiedzieć długo na miejscu w bezruchu. A teraz jeszcze pomysł własnego zwierzaka działał na nią ekscytująco. – Oficjalnie będę się upierać, że to dlatego, że skoro propagujemy pewne idee, musimy być im wierni… Ale jak chcesz go użyć podczas licytacji, to mam doskonały sposób. Piszemy do Czarownicy albo Proroka, oferujemy wywiad z tobą, fotograf robi twoje zdjęcie z psidwakiem. Trafia na pierwszą stronę. Reklama na cały kraj!
Czy mówiła poważnie, czy na serio? Kto wie. Brenna czasem trochę dokuczała bratu z powodu jego ogromnej popularności, chociaż robiła to zawsze raczej po przyjacielsku. I to mimo tego, że sama była tylko trochę słabiej kojarzona… choć po prawdzie głównie jako „siostra Erika”.
- Chyba nie zrozumiałeś, Erik. Ona nie chce przyjechać. Chce tu zostać. Miałyśmy wczoraj razem dyżur i no, wychodzi na to, że jakiś palant nie daje jej spokoju, nachodzi ją w mieszkaniu, które wynajmuje w Londynie… więc no, od słowa do słowa, zaproponowałam, żeby zamieszkała z nami… Wspomniałam rano mamie, ponoć nie mają nic przeciwko.
Westchnęła, spoglądając na kolejnego tosta i zastanawiając się, czy go zjadać, czy nie.
- Musimy chyba kupić wreszcie dom, bo w końcu głowa rodu nas stąd wywali za sprowadzanie tutaj innych. Zaraz będziemy zbierać nie na schronisko psidwaków, tylko schronisko Longbottomów. Takie dla ludzi. Mam nadzieję, że to nam ujdzie, przecież ciocia Aurora to też Longbottom, a dziadek raczej Mav lubi... Zasadniczo więc ma pełne prawo, bo należy do rodziny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.