To, że przyszła dzisiaj do pracy, było jej zbawieniem. Że miała czym zająć myśli, że nie siedziała sama ze sobą, pogrążając się w spirali najgorszych myśli, które tylko czekały, by ją zaatakować, zacząć kąsać, wgryzać się aż do mięsa. Ta praca ją ratowała. Ciągle się coś działo, ktoś zagadywał, coś notowała… A teraz wyszli w teren i póki nie spojrzała w to morze… póki nie spojrzała w morze, to jakoś się trzymała, lecz jedno nieco dłuższe wejrzenie wystarczyło, by zanurzyć się w niechcianym wspomnieniu aż po sam czubek głowy, a woda była iście lodowata (nie, żeby Victorii robiło to jakąkolwiek różnice, gdyby faktycznie do tej morskiej toni weszła).
Ten krótki dotyk wystarczył, by sprowadzić ją na ziemię, nawet jeśli w głowie i na języku został słony posmak przeszłości dalekiej i tej bardzo niedawnej.
– Tak… tak. Czekolada brzmi dobrze – nie alkohol – czekolada. Jeszcze nie oszalała, żeby w takim stanie sięgać po alkohol, który może znieczuli, a może wyciśnie z niej łzy, gdy rozklei się już całkowicie. Czekolada brzmiała bezpiecznie, a poza tym potrafiła minimalnie poprawić nastrój bez uciszania się procentami. Właściwie to była Cainowi bardzo za to wdzięczna; musiała wyglądać teraz jak nieszczęście, a on zamiast zostawić ją samą sobie, to proponował czekoladę na osłodę tego dnia. Nawet spróbowała się do niego leciutko uśmiechnąć, ale mięśnie wokół ust z ledwością jej drgnęły, aż w końcu wzruszyła ramionami.
Victoria rzadko się zwierzała ze swojego życia, chyba że był to ktoś bardzo bardzo bliski. Jasne, że czasami opowiadała Cainowi to i owo, ale raczej nie skarżyła się na prywatne problemy (może z wyjątkiem tych związanej z Zimnymi). I nie oczekiwała, że i on będzie się zwierzać jej.
– Chętnie posłucham o tym grillu – znaczy, że chętnie popieprzy z nim o głupotach. Chociaż nie wykluczała, że może jej się wymsknąć coś o tym parszywym tygodniu.