Nie spodziewał się znania całej rodzinki Mulciberskiej, a ta dama tutaj chyba niekoniecznie trzymała z tymi Mulciberami, z którymi trzymał się on. Więc uniósł brwi znad tego kieliszka, odwzajemniając spojrzenie Lyssy i próbując zarejestrować, czy on ją powinien kojarzyć. Jej twarzyczka... ginęła mu zupełnie w bazie danych, więc chyba nawet jeśli ją kiedyś widział to niekoniecznie razem z tą pojebaną rodzinką. W końcu psychopatia ujawniała się w przeróżny sposób, a jednym z nich byli Mulciberowie. Tym nie mniej znowuż Victoria się ewidentnie znała z tą częścią rodziny.
Potem spojrzał na kmiota, który się tutaj przypałętał. Charlesa już kojarzył, pomiot szatana Richarda. Aż dziwne, że od wstępu nie był tak zepsuty, jak ta święta dwójca. Albo tylko sprawiał takie wrażenie tu i teraz. Tak czy siak przez moment ciężkie spojrzenie Rookwooda spoczywało na młodym, a przecież nie grzech było odwiedzać krewniaków. Jeszcze nie wiedział, że to właśnie Charles jest jego personalnym bohaterem, który zrobił tak przepiękne twory, jakich odmówił mu Augustus na rytuał.
Podniósł dłoń na pożegnanie do zebranych przy stoisku i poszedł razem z Victorią w kierunku koła.
- Bardzo dobre. Słodkie w chuj. I dobre, bo nie zamula. - Słodkie alkohole potrafiły czasem zamulać, ale to wchodziło prawie jak woda. Albo jak whiskey. Do jego smaku Sauriel był przyzwyczajony, ale powrót do jedzenia rzeczy i podjadanie łakoci zaczęło sprawiać, że i whiskey czegoś brakowało. Czegoś... słodkiego. - Muszę kiedyś spróbować whiskey z lodem. - Rzucił w ramach tych przemyśleń dotyczących słodkości. Zatrzymał się przy samym kole, z zainteresowaniem spoglądając na Victorię, która się zbliżyła, uiszczając swoje losy na loterię. Sam był ciekaw, co też wypadnie ze środka i ile kobieta będzie miała szczęścia.
- Że kto? Ta dziewuszka? Bo młodego kojarzę, pomiot Mulciberowski. - Kiedy to mówił to uśmiechał się pod nosem - znak dobrych skojarzeń innymi słowy. - Zaraz... - Załapał z opóźnieniem. - TE świeczki? - Aż rozplótł ręce, które trzymał na klatce piersiowej i obejrzał się na stoisko Lyssy, które trochę znikało między ludźmi. Zaraz się jednak obrócił z powrotem, bo przecież nie będzie teraz tam leciał i ściskał dłoni swojego idola. Następnym razem to zrobi. Albo zapomni i zrobi to nigdy, ale gdzieś przy okazji go spotka i wtedy... - A tam kurwa z koziej dupy trąbka nie znany jasnowidz... - Parsknął na wzmiankę o Dolohovie. - Nadęty pacan. - Może i się znał na wróżeniu, ale dla Sauriela był tak odpychający, że na sam widok jego ryjca omijał artykuły. - Dawaj, kręć waść. Kciuki trzymam. - I nawet faktycznie pokazał obie ręce, że trzymał kciuki za jej szczęście. Przyglądał się, co tam jej wypadało i robił pełną podziwu minę, bo nawet to pióro wyglądało przepięknie, które wylosowała. Biorąc pod uwagę to, że komuś obok wypadały jakieś shity to Sauriel aż zagwizdał, szczególnie na to veritaserum. - Będe teraz pamiętał, żeby nie zaleźć ci za skórę. Dawaj, moja kolej. - Zamienił się z nią miejscem. I zakręcił.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.