22.06.2024, 23:55 ✶
To okropne, że zaczynałem rozważania w takim kierunku. Nie powinienem na nikogo zsyłać tej klątwy, nawet pomimo dobrych pobudek. Do końca nieżycia - nie wiadomo jak długiego - byłaby martwa, przeklęta tak, jak i ja byłem, trwałaby na ziemi, nie potrafiąc znaleźć swojego miejsca, ciągle, nieprzerwanie myśląc, nie mogąc się upić, a przede wszystkim posilając się bólem innych, żerując na ich życiu. Czułem wciąż tę krew. Obrzydzało mnie to. I jednocześnie pragnąłem poczuć to na nowo. Zawsze.
- Z twoich ust jednak brzmiało na proste... Więc nie wiem - stwierdziłem, rozkładając dłonie bezradnie. - Albo to proste i nie potrzebujesz niczyjej pomocy, albo trudne i jednak przyda się więcej rąk i głów. Mogłabyś się z łaski swojej zdecydować - stwierdziłem przemądrzale, z wyrzutem, ale tylko w jednym celu. Chciałem by zostawiła mnie samego i nie ciągnęła już tematu nieryzykowania mojego... kurwa tego czegoś czym byłem. Nie chciałem jej również jej gryźć. Nie chciałem by tu siedziała, kiedy ja będę się łamał. Nie chciałem pokazać jej, że czułem się gorszy, wykluczony. Może też trochę się łudziłem, że może jednak zmieni zdanie i zabierze mnie ze sobą na tę wyprawę...? Nie miałem nic do stracenia. Mogłem ją ochronić nawet własną piersią. Niewiele było rzeczy, które mogły mnie zgładzić, a nawet gdyby coś to poczyniło, to jedynie zrobiłoby mi przysługę. Zdecydowanie wolałbym zginąć w ochronie jej życia niż zabity przez Thorana, przez słońce... Wciąż nie wierzyłem, że moje marzenie chciało się spełnić w tak okrutny sposób.
Zamknąłem oczy, nie chcąc na nią patrzeć, nie chcąc się zdradzić z czymkolwiek. Zacisnąłem dłonie w pięści, usta w wąską kreskę. Zadufany, tak. Pan Smarkaty Panicz. Otworzyłem je zaraz, bo miałem do dodania coś jeszcze...
- Właściwie, to nie wiem, co tu robisz... Skoro tak bardzo sama chcesz rozmawiać z Thoranem, załatwiać z nim sprawy, wchodzić w tyłek, bo jesteście super bliźniętami, to może powinnaś się przychylić do jego zamysłów i może po prostu mnie zostawić na tym jebanym słońcu?! - zapytałem, tak naprawdę nie oczekując odpowiedzi. Prychnąłem zaraz i uniosłem nieco podbródek. Może trochę jak matka... Ona to potrafiła zalewać rozmówcę swoją nieskończoną dumą i nienawiścią. - Tak na dobrą sprawę nie wiem, czy ty mówisz o ryzykowaniu dla ciebie, czy raczej nie przeszkadzaniu ci we własnej wizji życia z Thoranem - stwierdziłem i odwróciłem się, nie chcąc na nią patrzeć. Teraz to już nie chciałem jej wygnać stąd. Teraz to ja byłem cholernie zazdrosny o jej relacje z bliźniakiem. To oczywiste, że nie chciała mnie dopuścić do tych spraw, bo martwiła się, że się na niego rzucę i go zabiję za to, co mi zrobił. Niech ich wszystkich szlag. Odkąd zostałem wampirem, to już nie byłem najmłodszym braciszkiem. Byłem po prostu bestią-problemem.
- Z twoich ust jednak brzmiało na proste... Więc nie wiem - stwierdziłem, rozkładając dłonie bezradnie. - Albo to proste i nie potrzebujesz niczyjej pomocy, albo trudne i jednak przyda się więcej rąk i głów. Mogłabyś się z łaski swojej zdecydować - stwierdziłem przemądrzale, z wyrzutem, ale tylko w jednym celu. Chciałem by zostawiła mnie samego i nie ciągnęła już tematu nieryzykowania mojego... kurwa tego czegoś czym byłem. Nie chciałem jej również jej gryźć. Nie chciałem by tu siedziała, kiedy ja będę się łamał. Nie chciałem pokazać jej, że czułem się gorszy, wykluczony. Może też trochę się łudziłem, że może jednak zmieni zdanie i zabierze mnie ze sobą na tę wyprawę...? Nie miałem nic do stracenia. Mogłem ją ochronić nawet własną piersią. Niewiele było rzeczy, które mogły mnie zgładzić, a nawet gdyby coś to poczyniło, to jedynie zrobiłoby mi przysługę. Zdecydowanie wolałbym zginąć w ochronie jej życia niż zabity przez Thorana, przez słońce... Wciąż nie wierzyłem, że moje marzenie chciało się spełnić w tak okrutny sposób.
Zamknąłem oczy, nie chcąc na nią patrzeć, nie chcąc się zdradzić z czymkolwiek. Zacisnąłem dłonie w pięści, usta w wąską kreskę. Zadufany, tak. Pan Smarkaty Panicz. Otworzyłem je zaraz, bo miałem do dodania coś jeszcze...
- Właściwie, to nie wiem, co tu robisz... Skoro tak bardzo sama chcesz rozmawiać z Thoranem, załatwiać z nim sprawy, wchodzić w tyłek, bo jesteście super bliźniętami, to może powinnaś się przychylić do jego zamysłów i może po prostu mnie zostawić na tym jebanym słońcu?! - zapytałem, tak naprawdę nie oczekując odpowiedzi. Prychnąłem zaraz i uniosłem nieco podbródek. Może trochę jak matka... Ona to potrafiła zalewać rozmówcę swoją nieskończoną dumą i nienawiścią. - Tak na dobrą sprawę nie wiem, czy ty mówisz o ryzykowaniu dla ciebie, czy raczej nie przeszkadzaniu ci we własnej wizji życia z Thoranem - stwierdziłem i odwróciłem się, nie chcąc na nią patrzeć. Teraz to już nie chciałem jej wygnać stąd. Teraz to ja byłem cholernie zazdrosny o jej relacje z bliźniakiem. To oczywiste, że nie chciała mnie dopuścić do tych spraw, bo martwiła się, że się na niego rzucę i go zabiję za to, co mi zrobił. Niech ich wszystkich szlag. Odkąd zostałem wampirem, to już nie byłem najmłodszym braciszkiem. Byłem po prostu bestią-problemem.