22.06.2024, 14:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2025, 22:09 przez Alexander Mulciber.)
Trzy od wody, dwa od lasu. Alexander przesunął się tak, by mieć lepszy widok na skarpę od strony jeziora.
– Unieś ich w powietrze, i spal! – odkrzyknął głośno mężczyźnie, który pozostał na powierzchni.
Odpowiedział mu świst zaklęć.
Brygadzista musiał przejść przeszkolenie bojowe, choć Mulciber nie miał pojęcia, ile może być właściwie wart kurs oferowany przez Brygadę Uderzeniową, skoro przyjmowali tam półgłówków pokroju McKinnona. Jeżeli nieumarli – czy to w stęchłym przebłysku dawnej inteligencji, czy to kierowani instynktem gromadym – nie zdecydują się na zgrupowany atak, wierzył, że mężczyzna powinien sobie poradzić: nie miał może przewagi liczebnej, ale otwarty teren umożliwiał zachowanie bezpiecznego dystansu. Nie mówiąc już o ucieczce.
Czekali. Nawet przyroda wydawała się wstrzymywać oddech w oczekiwaniu na werdykt pojedynku. Alexander warował na straży jak pies, czujnie obserwując skraj katafalku – tylko na chwilę spojrzał w stronę Ambrosii, skupiony na splataniu czaru – szybkie zerknięcie, przez ramię niemalże, żeby upewnić się, że ona nadal tam jest, że te wszystkie subtelne sensacje, zalewające jego zmysły postawione teraz w stan gotowości, nie są kolejnym ze złudzeń, którymi karmiło go Windermere. Dalej starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że jeżeli opuszczą ten katafalk, magia uzdrowicielki przestanie działać. Że może przemawia do nich teraz duch kobiety, nie zaś żywa Ambrosia.
Gdyby Mulciber był wierzący, z pewnością zostałby obwołany świętym. Nikt nie wątpił i nie wierzył tak żarliwie jak on.
– Obiecaj to – rzucił lekko, kompletnie nieporuszony suchym tonem Rosie. Nie miała pojęcia, ile rzeczy przetrwał tylko dlatego, że odciął się od rzeczywistości; zamknął się w sobie, i wyobrażał, że jest gdzieś daleko, gdzieś poza swoim ciałem. Bardzo dobrze – nie chciał, żeby ktokolwiek o tym wiedział. To była jego słabość, i źródło siły zarazem.
On nie widział dysonansu w ich wymianie zdań – była równie naturalna, co wzmagający się szelest poruszanych wiatrem roślin, które porastały komnatę grobowca – może dlatego, że Alexander Mulciber czuł się najbardziej sobą właśnie w chwilach takich, jak ta: kiedy sam mógł decydować, co jest jawą, a co snem.
Skupił się na dwójce nieumarłych, których zdołał pochwycić splecionym wcześniej czarem. Gnijące ciała, przeobrażone pod wpływem długiego przebywania w jeziornej toni, wiły się obmierzle, zawieszone w powietrzu. Zaklęcie Mulcibera zdołało przynajmniej na chwilę poskromić ich krwiożerczość, ale mimo to, trupy nie przestawały się szamotać w jego uścisku, usiłując przeciwstawić się niewidzialnej sile. Zabij obydwoje, a udowodnisz swoją wartość, ironiczne słowa Loretty przyszły doń niespodziewanie. Alex skrzywił się mimowolnie.
Gwałtownie odwrócił głowę, widząc, jak kolejny nieumarły spada do wnętrza kurhanu tuż obok Morpheusa. Głuche łupnięcie bezwładnego ciała o ziemię, przypominało o wcześniejszym upadku Ambrosii. Alexander zacisnął zęby. Nie przestając podtrzymywać wcześniej pochwyconej dwójki nieumarłych wysoko w powietrzu, próbował ukształtować kolejne pole siłowe, które uniosłoby do góry także i trzeciego trupa. Zaczął zaklinać ogień – wspomnienie gniewu płonącego Windermere – by spopielić ostatnie truchło (ale tylko jeśli uda mu się je najpierw unieść na bezpieczną wysokość).
kształtowanie 3k, siła
kształtowanie 3k, ogień
– Unieś ich w powietrze, i spal! – odkrzyknął głośno mężczyźnie, który pozostał na powierzchni.
Odpowiedział mu świst zaklęć.
Brygadzista musiał przejść przeszkolenie bojowe, choć Mulciber nie miał pojęcia, ile może być właściwie wart kurs oferowany przez Brygadę Uderzeniową, skoro przyjmowali tam półgłówków pokroju McKinnona. Jeżeli nieumarli – czy to w stęchłym przebłysku dawnej inteligencji, czy to kierowani instynktem gromadym – nie zdecydują się na zgrupowany atak, wierzył, że mężczyzna powinien sobie poradzić: nie miał może przewagi liczebnej, ale otwarty teren umożliwiał zachowanie bezpiecznego dystansu. Nie mówiąc już o ucieczce.
Czekali. Nawet przyroda wydawała się wstrzymywać oddech w oczekiwaniu na werdykt pojedynku. Alexander warował na straży jak pies, czujnie obserwując skraj katafalku – tylko na chwilę spojrzał w stronę Ambrosii, skupiony na splataniu czaru – szybkie zerknięcie, przez ramię niemalże, żeby upewnić się, że ona nadal tam jest, że te wszystkie subtelne sensacje, zalewające jego zmysły postawione teraz w stan gotowości, nie są kolejnym ze złudzeń, którymi karmiło go Windermere. Dalej starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że jeżeli opuszczą ten katafalk, magia uzdrowicielki przestanie działać. Że może przemawia do nich teraz duch kobiety, nie zaś żywa Ambrosia.
Gdyby Mulciber był wierzący, z pewnością zostałby obwołany świętym. Nikt nie wątpił i nie wierzył tak żarliwie jak on.
– Obiecaj to – rzucił lekko, kompletnie nieporuszony suchym tonem Rosie. Nie miała pojęcia, ile rzeczy przetrwał tylko dlatego, że odciął się od rzeczywistości; zamknął się w sobie, i wyobrażał, że jest gdzieś daleko, gdzieś poza swoim ciałem. Bardzo dobrze – nie chciał, żeby ktokolwiek o tym wiedział. To była jego słabość, i źródło siły zarazem.
On nie widział dysonansu w ich wymianie zdań – była równie naturalna, co wzmagający się szelest poruszanych wiatrem roślin, które porastały komnatę grobowca – może dlatego, że Alexander Mulciber czuł się najbardziej sobą właśnie w chwilach takich, jak ta: kiedy sam mógł decydować, co jest jawą, a co snem.
Skupił się na dwójce nieumarłych, których zdołał pochwycić splecionym wcześniej czarem. Gnijące ciała, przeobrażone pod wpływem długiego przebywania w jeziornej toni, wiły się obmierzle, zawieszone w powietrzu. Zaklęcie Mulcibera zdołało przynajmniej na chwilę poskromić ich krwiożerczość, ale mimo to, trupy nie przestawały się szamotać w jego uścisku, usiłując przeciwstawić się niewidzialnej sile. Zabij obydwoje, a udowodnisz swoją wartość, ironiczne słowa Loretty przyszły doń niespodziewanie. Alex skrzywił się mimowolnie.
Gwałtownie odwrócił głowę, widząc, jak kolejny nieumarły spada do wnętrza kurhanu tuż obok Morpheusa. Głuche łupnięcie bezwładnego ciała o ziemię, przypominało o wcześniejszym upadku Ambrosii. Alexander zacisnął zęby. Nie przestając podtrzymywać wcześniej pochwyconej dwójki nieumarłych wysoko w powietrzu, próbował ukształtować kolejne pole siłowe, które uniosłoby do góry także i trzeciego trupa. Zaczął zaklinać ogień – wspomnienie gniewu płonącego Windermere – by spopielić ostatnie truchło (ale tylko jeśli uda mu się je najpierw unieść na bezpieczną wysokość).
kształtowanie 3k, siła
Rzut Z 1d100 - 43
Slaby sukces...
Slaby sukces...
kształtowanie 3k, ogień
Rzut Z 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat