19.06.2024, 21:36 ✶
W swojej głowie Mildred zatopiona była cały czas w okolicach dwudziestki. Nie miała jak dorosnąć. Brak partnera, brak dziecka, brak swojego domu, życie przez ścianę z bratem. W pracy brak awansu, brak perspektyw, te same twarze od pierwszego roku Hogwartu, bo cała jej ekipa quidditchowa poszła do BUMu. No... prawie cała. Brak zobowiązań, brak zmartwień innych, niż mordercy psychopaci biegający po ulicy oraz kolejne miłostki brata. Brak przeszłości. Brak przyszłości.
Wieczne zawieszenie.
Wieczne niezdecydowanie.
Jej szczupłe dłonie eksplorowały, długie paznokcie co jakiś czas rysowały wzory, jakby chciała wyryć na jego piersi zaklęcie zatrzymujące go w czasie podobnie do niej. Nie miała przy sobie różdżki, była jednak pozornie bezbronna, bo czy zachowywała by się w ten sposób, gdyby nie potrafiła się obronić? Z drugiej strony... czyż nie zasugerowała że jest szalona? Jak inaczej nazwać kogoś, kto wciąż balansował na granicy jawy i snu, kto wciąż nie był do końca pewien, co jest czym, o co rozbije sobie głowę, a co rozmyje się przy pierwszym dmuchnięciu?
On się nie rozmywał. Grał wytrwale, prężąc mięśnie, nawet wtedy, gdy wsunęła rękę pod koszulkę, a ostrość paznokci stała się dużo bardziej wyczuwalna. Nie widział jej złotych oczu, ale mógł czuć dwa ogniki wypalające mu skórę na karku, gorąc przenoszonego spojrzenia na sprawne palce biegające z wprawą po gryfie.
– Jak dobrą masz koncentrację duchu? Jak wiele jesteś w stanie znieść, by bez pudła trafić każdą jedną nutkę w tych Twoich dzikich pasażach? – głos jak miód oblepiał go, nęcił, gdy dziewczyna bezwstydnie unosiła materiał koszuli na tyle na ile pozwalały skrzypce, tylko po to by łaskotać mu skórę zimnymi włosami, lodowatą, pachnącą jeziorem skórą, rzucając mu wyzwanie, nie tylko słowem, ale coraz śmielszymi gestami.
Wieczne zawieszenie.
Wieczne niezdecydowanie.
Jej szczupłe dłonie eksplorowały, długie paznokcie co jakiś czas rysowały wzory, jakby chciała wyryć na jego piersi zaklęcie zatrzymujące go w czasie podobnie do niej. Nie miała przy sobie różdżki, była jednak pozornie bezbronna, bo czy zachowywała by się w ten sposób, gdyby nie potrafiła się obronić? Z drugiej strony... czyż nie zasugerowała że jest szalona? Jak inaczej nazwać kogoś, kto wciąż balansował na granicy jawy i snu, kto wciąż nie był do końca pewien, co jest czym, o co rozbije sobie głowę, a co rozmyje się przy pierwszym dmuchnięciu?
On się nie rozmywał. Grał wytrwale, prężąc mięśnie, nawet wtedy, gdy wsunęła rękę pod koszulkę, a ostrość paznokci stała się dużo bardziej wyczuwalna. Nie widział jej złotych oczu, ale mógł czuć dwa ogniki wypalające mu skórę na karku, gorąc przenoszonego spojrzenia na sprawne palce biegające z wprawą po gryfie.
– Jak dobrą masz koncentrację duchu? Jak wiele jesteś w stanie znieść, by bez pudła trafić każdą jedną nutkę w tych Twoich dzikich pasażach? – głos jak miód oblepiał go, nęcił, gdy dziewczyna bezwstydnie unosiła materiał koszuli na tyle na ile pozwalały skrzypce, tylko po to by łaskotać mu skórę zimnymi włosami, lodowatą, pachnącą jeziorem skórą, rzucając mu wyzwanie, nie tylko słowem, ale coraz śmielszymi gestami.