Victoria też była uparta, a w dodatku całe swoje życie wytrzymała ze swoją matką, była więc przyzwyczajona do pewnych wybuchów… Rzecz w tym, że w ostatnim czasie jej cierpliwość bardzo się stępiła. Miała skrupuły, owszem, i krzywdy by tej kobiecie nie zrobiła… chyba że ta sama by coś próbowała, ale nie zamierzała też udawać, że jest najspokojniejszym człowiekiem świata. Nie była.
– Kochanieńka, nie tylko ty pochodzisz z bogatej i wpływowej rodziny – raczyła ją poinformować tonem, który wskazywał, że humorki panienki nie robiły na niej żadnego wrażenia. Bo nie robiły. Victoria była już tym trochę zmęczona, zirytowana i denerwowała się, czy ta maskaradę się nie przedłuży, bo bardzo by nie chciała, by ich wizyta w Afryce była przymusowo przez to skrócona, albo w ogóle uniemożliwiona. Liczyła jednak na to, że czegoś się z tej wyprawy dowiedzą. – Ale jeśli tak bardzo chcesz zakosztować wody, to proszę bardzo, możesz skakać – wskazała ręką odległą burtę, z której sobie mogła skoczyć do wody. – Obawiam się tylko, że jest bardzo zimna, może się panience nie spodobać. Ale spokojnie, spróbuję panienkę wyłowić. Kto wie, może nawet potrafię pływać? – potrafiła. Napływała się w pieprzonym Windermere za wszystkie czasy i coraz bardziej myślała sobie, że nie lubi wody i statków. Były jednym wielkim problemem. To wszystko zresztą mówiła z przekąsem, mówiącym raczej tyle, że Sophie przekroczy za chwilę jakąś granicę… Cóż. Były osoby, do których Victoria miała anielską cierpliwość, ale poza tym miewała dość krótki lont. Panienka Beauharnais wybrała za to przemoc, nie wypadało więc odpowiedzieć inaczej.
Może całe szczęście, że kapitan się przyplątał i dał Brennie czas, by zbliżyć się do Victorii i Sophie. Lestrange zauważyła ją, obrzuciła upartą panienkę chłodnym spojrzeniem i odezwała się:
– Przepraszam panienkę na chwilę – po czym złapała Brennę za ramię dając do zrozumienia, by się odsunęły, ale stanęła sobie w taki sposób, by mieć na młodą kombinatorkę oko. – Ta tutaj też odpada. Ma charakterek mojej matki i powiedziała mi wprost, że albo zrobimy co chce, albo będzie nam uprzykrzać życie, jeszcze mi mała żmija zagroziła, że zadba żeby i mnie aresztowali – uśmiechnęła się krzywo do Brenny, rzecz jasna mówiła to najciszej jak się da. – Zostaje nam więc przepytanie tego typa albo spróbowanie z matką i służącą. A tą… Nie wiem. Niech kapitan albo ten drugi coś z nią zrobią, chociaż już im współczuję.