11.06.2024, 23:33 ✶
Miał trochę racji w swoim toku rozumowania, żadne z nich nie zaprzeczyło. Może Rosie uznała, że to też będzie dobry teatr? Przeniósł na nią spojrzenie, milcząc jednak. Z jednej strony spotkanie jej na tym balu było iskrą, której dawno nie miał — czymś świeżym, co dawało mu poczucie własnych decyzji i niezależności, ale z drugiej strony, wplątał ją w przecież w okropne kłopoty. Obiecał sobie uroczyście, że od lipca spoważnieje. I będzie idealnym przykładem dziedzica, dla którego najważniejsze są interesy rodziny i jej dobro. Niby zdawał sobie sprawę, że nie wszystko można było zyskać od razu, tylko małymi kroczkami, a jednak nie mógł się powstrzymać przed tym, co zrobił. Może to była wina jej zaskoczonej twarzy, może głębokiego spojrzenia, a może po prostu chęci złapania oddechu, którego od tak dawna mu brakowało. Był jej wdzięczny i wiedział, że będzie musiał należycie to odkręcić. Na jej komentarz o tym, że byłoby z głowy, uśmiechnął się słodko i pokręcił głową, parskając z rozbawieniem. Taka byłaby prawda, na wielu płaszczyznach — byłoby z głowy faktycznie. Ależ z niej była aktorka.
Byli lepsi kandydaci niż Antek, ale on zdawał się z tym pogodzić. I faktycznie, te nagłówki nie brzmiały zbyt korzystanie, ale przecież plotkami i skandalami żywiła się socjeta. Po jego wybrykach, inni coś zrobią i Londyn na nowo odżyje, szepcząc inne imiona. To nie był koniec świata. Poczekał, aż Rosie — widocznie wzburzona słowami Borgina starszego, mu odpowie. Wiedział, że nie potrzebowała obrony, ale czuł taką potrzebę. Nie chciał, żeby się kłócili, nikomu nie byłoby to na rękę w tak pokrętnej sytuacji.
- Nie mogę narazić jej reputacji, skoro ja rozpocząłem ten teatr. - wyjaśnił Stanleyowi, wzruszając delikatnie ramionami. Gdyby zerwał po kilku dniach od plotek, ludzie mogliby pomyśleć, że coś było z nią nie tak, a na to pozwolić nie mógł, bo był gentlemanem. Szanował kobiety. Niby to było pytanie retoryczne, ale musiał udzielić odpowiedzi, tak, aby ona usłyszała. To była jego wina, tak przyjęła jego duma.
- Stanley, ona nie miała nic złego na myśli. Jest wściekła przez sytuację, w którą ją wplątałem. Bo obydwoje wiemy, dama wyjdzie na tym gorzej. Nie umniejsza dziadkowi. - odpowiedział spokojnie bratu, zwilżając wargi, bo znów zaschło mu w gardle, a nie mógł przecież o tak wczesnej porze sięgnąć po drinki. Przeczesał więc dłonią włosy, szukając jakiegoś ujścia dla kłębiących się w głowie myśli. Jego wzrok wędrował pomiędzy kobietą a mężczyzną za biurkiem z niezbyt zadowoloną miną — zawsze bronił nazwiska, jak prawdziwy trójgłowy pies. - Moja reputacja będzie łatwa do naprawienia, wiesz o tym. - dodał ciszej, przenosząc wzrok na swoje dłonie, a konkretniej na błyszczący sygnet, który przypominał nieco kajdanki. Był ciężki. Anthony miał dobrą opinię wśród ludzi — o dziwo, głównie za sprawą pracowitości i skrupulatności w Ministerstwie, a do tego zwykle był przecież nienaganny na bankietach, rozmowny i wkupywał się w łaski inwestorów. Był dobrze wykreowaną marionetką, coraz lepiej reprezentował ród i obowiązki, które otrzymywał. Chciał w to wierzyć.
- Myślę, że około piętnastu? Nie wiem, co działo się potem, bo zabrałem Pannę Greengrass na balkon. Przekupić? To nie przejdzie, szczególnie z tą starą wiedźmą z Departamentu Międzynarodowego. - zaczął, przypominając sobie twarz kobiety, która w istocie była właścicielką niezbyt urodziwego pierścionka. Odchylił się nieco do tyłu, krzyżując ręce na torsie i chwilę spoglądał na Stanleya, aby zaraz odszukać spojrzenie siedzącej koło niego brunetki. - Myślę, że moglibyśmy sobie pomóc. Ty miałabyś trochę spokoju od adoratorów i propozycji małżeńskich, mogłabyś się skupić na pracy, a ja miałbym spokój od matek, które próbują wcisnąć mi swoje córki i innych plotek na temat mojego stanu cywilnego. Pokazalibyśmy się gdzieś czasem razem, wybyłabym Ci kwiaty — te drogie. Obydwoje mielibyśmy święty spokój, a po czasie moglibyśmy powiedzieć, że przyjaźń jest tym, co nas łączy i małżeństwo nie jest rozwiązaniem. Owszem, musielibyśmy oszukać nasze rodziny i udawać miłość, ale.. Oczywiście decyzja należy do Ciebie.
Przedstawił swój błyskotliwy plan, a kąciki ust nieco mu drgnęły ku górze, aby miała świadomość, że był poważny. Byłaby to obopólną korzyść, wszak nie miał narzeczonej i nie miał pojęcia o żadnych planach wobec niego, a i ona wyglądała, jakby na przyjęcia chodziła za karę. Byliby swoją przykrywką.
Byli lepsi kandydaci niż Antek, ale on zdawał się z tym pogodzić. I faktycznie, te nagłówki nie brzmiały zbyt korzystanie, ale przecież plotkami i skandalami żywiła się socjeta. Po jego wybrykach, inni coś zrobią i Londyn na nowo odżyje, szepcząc inne imiona. To nie był koniec świata. Poczekał, aż Rosie — widocznie wzburzona słowami Borgina starszego, mu odpowie. Wiedział, że nie potrzebowała obrony, ale czuł taką potrzebę. Nie chciał, żeby się kłócili, nikomu nie byłoby to na rękę w tak pokrętnej sytuacji.
- Nie mogę narazić jej reputacji, skoro ja rozpocząłem ten teatr. - wyjaśnił Stanleyowi, wzruszając delikatnie ramionami. Gdyby zerwał po kilku dniach od plotek, ludzie mogliby pomyśleć, że coś było z nią nie tak, a na to pozwolić nie mógł, bo był gentlemanem. Szanował kobiety. Niby to było pytanie retoryczne, ale musiał udzielić odpowiedzi, tak, aby ona usłyszała. To była jego wina, tak przyjęła jego duma.
- Stanley, ona nie miała nic złego na myśli. Jest wściekła przez sytuację, w którą ją wplątałem. Bo obydwoje wiemy, dama wyjdzie na tym gorzej. Nie umniejsza dziadkowi. - odpowiedział spokojnie bratu, zwilżając wargi, bo znów zaschło mu w gardle, a nie mógł przecież o tak wczesnej porze sięgnąć po drinki. Przeczesał więc dłonią włosy, szukając jakiegoś ujścia dla kłębiących się w głowie myśli. Jego wzrok wędrował pomiędzy kobietą a mężczyzną za biurkiem z niezbyt zadowoloną miną — zawsze bronił nazwiska, jak prawdziwy trójgłowy pies. - Moja reputacja będzie łatwa do naprawienia, wiesz o tym. - dodał ciszej, przenosząc wzrok na swoje dłonie, a konkretniej na błyszczący sygnet, który przypominał nieco kajdanki. Był ciężki. Anthony miał dobrą opinię wśród ludzi — o dziwo, głównie za sprawą pracowitości i skrupulatności w Ministerstwie, a do tego zwykle był przecież nienaganny na bankietach, rozmowny i wkupywał się w łaski inwestorów. Był dobrze wykreowaną marionetką, coraz lepiej reprezentował ród i obowiązki, które otrzymywał. Chciał w to wierzyć.
- Myślę, że około piętnastu? Nie wiem, co działo się potem, bo zabrałem Pannę Greengrass na balkon. Przekupić? To nie przejdzie, szczególnie z tą starą wiedźmą z Departamentu Międzynarodowego. - zaczął, przypominając sobie twarz kobiety, która w istocie była właścicielką niezbyt urodziwego pierścionka. Odchylił się nieco do tyłu, krzyżując ręce na torsie i chwilę spoglądał na Stanleya, aby zaraz odszukać spojrzenie siedzącej koło niego brunetki. - Myślę, że moglibyśmy sobie pomóc. Ty miałabyś trochę spokoju od adoratorów i propozycji małżeńskich, mogłabyś się skupić na pracy, a ja miałbym spokój od matek, które próbują wcisnąć mi swoje córki i innych plotek na temat mojego stanu cywilnego. Pokazalibyśmy się gdzieś czasem razem, wybyłabym Ci kwiaty — te drogie. Obydwoje mielibyśmy święty spokój, a po czasie moglibyśmy powiedzieć, że przyjaźń jest tym, co nas łączy i małżeństwo nie jest rozwiązaniem. Owszem, musielibyśmy oszukać nasze rodziny i udawać miłość, ale.. Oczywiście decyzja należy do Ciebie.
Przedstawił swój błyskotliwy plan, a kąciki ust nieco mu drgnęły ku górze, aby miała świadomość, że był poważny. Byłaby to obopólną korzyść, wszak nie miał narzeczonej i nie miał pojęcia o żadnych planach wobec niego, a i ona wyglądała, jakby na przyjęcia chodziła za karę. Byliby swoją przykrywką.