09.06.2024, 02:13 ✶
Czasem zastanawiał się, czy lepiej nie byłoby, gdyby matka - na przekór wielowiekowym tradycjom Blacków - po prostu nadała mu imię Tristan; zrodzony dla smutku. Sądził, że miano to pasowałoby do niego znacznie lepiej niż Perseus; imię herosa, który pokonał Medusę i uratował swą ukochaną Andromedę przed potworem morskim - imię, które w żaden sposób do niego pasowało. Był wątły, rachityczny wręcz, noszący w sobie ziarno choroby, która za kilka lat uczyni go jeszcze bardziej kalekim i niezdolnym do samodzielnej egzystencji. Wiedział już, że nie osiągnie w swym życiu niczego wyjątkowego - jeśli Horyzonty Zaklęć zgodzą się opublikować jego magipsychiatryczne wywody, którymi chaotycznie zapisywał swe notesy, będzie to jego największy sukces, jednak na razie się na to nie zanosiło. Wreszcie nie było też Medusy, ani potwora morskiego, które mógłby pokonać; obawiał się, że spotkanie z własnym boginem sprawiłoby, że stałby sparaliżowany strachem, choć dla osoby postronnej jego największy lęk wyglądał jak coś zupełnie nieszkodliwego. Będą pamiętać go może dwa pokolenia, dopóki nie stanie się enigmatycznym portretem wyniesionym na strych rodowej posiadłości i nazwiskiem na gobelinie.
Nie oznaczało to jednak, że Perseus nie wiedział, czym jest radość. Zaznał jej choćby na własnym ślubie, kiedy składał przed ołtarzem przysięgę i później, już w trakcie wesela, kiedy tańczył z Laurentem w zielonym pokoju, i teraz, kiedy Prewett śpiewał właśnie dla niego, sprawiając, że otaczający ich świat stał się na moment nieco lepszym miejscem. Z pewnością wartym tego, aby zostać tu jeszcze trochę dłużej. Śpiewaj, Aniele Muzyki, przypomniał sobie słowa zamaskowanego upiora z opowieści, którą czytał przed laty. Rozglądał się wokół, oczarowany i oniemiały z zachwytu. Nie podniósł nóg, kiedy lazur obmył jego kostki, choć w pierwszym odruchu zamierzał się wycofać. Chłonął to wszystko; jego piękny tenor, kwiaty i wodę, która pojawiła się znikąd. Zapomniał o obmierzłej czerni porywającej Laurenta w ramiona, i o wyrzutach sumienia ciążących mu jak kamień u szyi, i o tym, by utrzymywać grę pozorów. Wpatrywał się w jego, tę boską istotę wyrwaną Niebiosom, z oddaniem i miłością.
A potem piosenka się skończyła i świat był znów tak samo parszywy. Tylko rumieniec na policzkach chłopaka i sposób, w jaki falowała jego klatka piersiowa przypominały mu, że jest jeszcze o co walczyć, że istnieją skarby, które należy chronić za wszelką cenę - jeden z nich stał właśnie przed nim. Laurent nic nie mówił i Perseus zrozumiał, że czekał na jego reakcję. Uśmiechnął się więc do niego w odpowiedzi na jego promienność.
— To było... cudowne — jego głos brzmiał obco przez wzruszenie zaciskające mu gardło — Twój głos jest najpiękniejszą muzyką, lekarstwem dla roztrzaskanego umysłu iii... i... Boże, Laurent, jesteś tym, o którym piszą poeci.
Zapomniał, że chyba miał ocenić jego akcent; zupełnie zresztą nie zwracał na niego uwagi. Chciał zapytać, dlaczego wybrał akurat fragment Carmen - czy to ze względu na popularność tej opery, czy może... może miało to jakieś ukryte znaczenie? Bał się usłyszeć odpowiedź (przepadł przecież kompletnie i jak zakochany młodzieniec analizował wszystko, co Laurent mu mówił, jak analizuje się słowa i gesty swojej sympatii, by odnaleźć w nich sygnały co do tego, czy odwzajemnia ona uczucie), dlatego nie powiedział nic więcej.
Patrzył tylko na niego z nabożnością.
Nie oznaczało to jednak, że Perseus nie wiedział, czym jest radość. Zaznał jej choćby na własnym ślubie, kiedy składał przed ołtarzem przysięgę i później, już w trakcie wesela, kiedy tańczył z Laurentem w zielonym pokoju, i teraz, kiedy Prewett śpiewał właśnie dla niego, sprawiając, że otaczający ich świat stał się na moment nieco lepszym miejscem. Z pewnością wartym tego, aby zostać tu jeszcze trochę dłużej. Śpiewaj, Aniele Muzyki, przypomniał sobie słowa zamaskowanego upiora z opowieści, którą czytał przed laty. Rozglądał się wokół, oczarowany i oniemiały z zachwytu. Nie podniósł nóg, kiedy lazur obmył jego kostki, choć w pierwszym odruchu zamierzał się wycofać. Chłonął to wszystko; jego piękny tenor, kwiaty i wodę, która pojawiła się znikąd. Zapomniał o obmierzłej czerni porywającej Laurenta w ramiona, i o wyrzutach sumienia ciążących mu jak kamień u szyi, i o tym, by utrzymywać grę pozorów. Wpatrywał się w jego, tę boską istotę wyrwaną Niebiosom, z oddaniem i miłością.
A potem piosenka się skończyła i świat był znów tak samo parszywy. Tylko rumieniec na policzkach chłopaka i sposób, w jaki falowała jego klatka piersiowa przypominały mu, że jest jeszcze o co walczyć, że istnieją skarby, które należy chronić za wszelką cenę - jeden z nich stał właśnie przed nim. Laurent nic nie mówił i Perseus zrozumiał, że czekał na jego reakcję. Uśmiechnął się więc do niego w odpowiedzi na jego promienność.
— To było... cudowne — jego głos brzmiał obco przez wzruszenie zaciskające mu gardło — Twój głos jest najpiękniejszą muzyką, lekarstwem dla roztrzaskanego umysłu iii... i... Boże, Laurent, jesteś tym, o którym piszą poeci.
Zapomniał, że chyba miał ocenić jego akcent; zupełnie zresztą nie zwracał na niego uwagi. Chciał zapytać, dlaczego wybrał akurat fragment Carmen - czy to ze względu na popularność tej opery, czy może... może miało to jakieś ukryte znaczenie? Bał się usłyszeć odpowiedź (przepadł przecież kompletnie i jak zakochany młodzieniec analizował wszystko, co Laurent mu mówił, jak analizuje się słowa i gesty swojej sympatii, by odnaleźć w nich sygnały co do tego, czy odwzajemnia ona uczucie), dlatego nie powiedział nic więcej.
Patrzył tylko na niego z nabożnością.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory