Udało im się uciec przed śmiercią, nie pierwszy raz. Czuła ulgę, chociaż jeszcze przed chwilą myślała, że go straci już na dobre, że to faktycznie będzie koniec, że tym razem nie uda im się oszukać kostuchy, która czaiła się gdzieś za rogiem. Słońce w tym przypadku nie było zwiastunem niczego dobrego, a śmierci jej brata.
Nie mogła przestać płakać, łkała okropnie, strasznie głośno, nie mogła dusić tego w sobie. Atak na Astarotha mocno w nią uderzył, tego było za wiele. Mogła się pogodzić z tym, że Florence nie widziała jej przyszłości, że przewidywała jej rychłą śmierć, ale nie z tym, że Astaroth również miałby odejść z tego świata. On musiał żyć, szczególnie po tym, jak już go prawie straciła, jak umierał na jej rękach.
Astaroth podszedł do niej, wziął ją w ramiona, co spowodowało, że zupełnie straciła nad sobą kontrolę. Łkała jeszcze głośniej, łzy płynęły jej po policzkach, nie przeszkadzało jej to, że jego uścisk był zimny. Najważniejsze, że znajdował się obok. Kochała go bez względu na to, czy był wampirem, czy człowiekiem, co najważniejsze nadal pozostawał jej bratem.
Ona wiedziała, nie musiał jej mówić, że to był Thoran, od samego początku zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziała jednak, czy jest gotowa powiedzieć Astarothowi wszystko, czego się dowiedziała. Nie chciała go zamartwiać, nie chciała mówić mu o tym, że on nie istnieje, że jest potworem, który chce wyrwać jej serce, zabrać jej życie, przejąć je. Nie chciała, żeby się w to mieszał, musiała sobie poradzić sama z tym problemem. Nie chciała, żeby ryzykował dla niej swoje nieżycie. Nie mogła pozwolić na to, by stała mu się krzywda. Wiedziała jednak, że już czas, aby pozbyć się tej istoty, ostatnio pozwalała sobie na zbyt wiele. Nie mogła doprowadzić do tego, żeby przez jej opieszałość ktoś stracił życie, ktoś jej bliski. Chciała się trochę bardziej przygotować do tego starcia, ale najwyraźniej to, czego się dowiedziała jak do tej pory, będzie musiało jej wystarczyć.
Brat gładził ją po plecach, co przyniosło zamierzony efekt, przestawała się trząść i płakać. Miała sobie za złe ten nagły atak dramatyzmu, ale czuła się lepiej dzięki temu. Wreszcie pozwoliła sobie na wyrzucenie z siebie tych emocji, które kłębiły się w niej od czerwca.
- Wiem, że to był on. Nie myśl jednak, że to przeszkadza rodzicom, on zachowuje się dziwnie, ale doprowadzę go do porządku, wiesz, że mnie zawsze słuchał. - Głos jej drżał, nie mogła jednak doprowadzić do tego, aby brat po raz kolejny ryzykował życie.
- Nie wracaj do domu, w domu nie jest bezpiecznie, musisz zostać u mnie, tam nic ci nie grozi. - Dodała jeszcze. Florence mówiła jej, że powinna unikać rezydencji, że w posiadłości nie było już bezpiecznie. Dopóki nie pozbędzie się tej istoty nie powinni pojawiać się w domu rodzinnym.
Słysząc jego kolejne słowa wyswobodziła się z jego uścisku i odepchnęła go od siebie. - Nie mów tak nawet. - Mógł zobaczyć błysk w jej oczach, rozzłościły ją te słowa okropnie, ton jej głosu się zmienił. - Nigdy tak nie myśl, masz żyć, masz kurwa żyć, bo jeśli stracę cię znowu, to sama umrę. - Może było to lekko egoistyczne, nie zamierzała jednak ukrywać, że jest inaczej.