07.06.2024, 21:41 ✶
— Mamy '72 roku, drogi bracie. Ten twój stan trwa od baaaardzo długiego czasu — odparł uroczyście Cameron, dusząc w sobie śmiech na wzmiankę o ''ostatnich czasach''. Cedryk mógł wmawiać współpracownikom, że to po prostu taki okres w pracy, że musi spędzać więcej czasu w gabinecie i na salach zabiegowych, ale nie własnej rodzinie. A już na pewno nie własnemu bratu, który pracował w tym samym budynku. — Czaję, ale... Wiesz, że nikomu nie pomożesz, jak w końcu zemdlejesz i sam wylądujesz na kozetce, c'nie?
Może poczucie obowiązku względem pacjentów było czymś, co przychodziło z wiekiem i większym doświadczeniem zawodowym? Oczywiście, Cameronowi zależało na dobru pacjentów i starał się traktować swoją pracę tak poważnie, jak tylko się dało, jednak... Nie widział w tym misji. Medycyna, eliksirowarstwo i zaklęcia lecznicze były po prostu czymś, do czego miał dryg. Wyzwaniem, któremu udawało mu się sprostać w czasach szkolnych.
Ciekawostką, która przerodziła się w jedyną rzecz, w jakiej faktycznie był dobry. Po prostu nie widział dla siebie innej drogi. Owszem, istniały rozwidlenia: mógł porzucić szpital i przenieść się do apteki czy leczyć ludzi ''na wpół oficjalnie''. Ale znalezienie zajęcia w zupełnie innej dziedzinie wydawało mu się czymś niewyobrażalnym. To byłoby zbyt duże wyjście ze stefy komfortu, ae w ostatnim czasie i tak był zmuszony do aż nader częstego wyściubiania nosa poza jej granice.
— Ekhm... Cóż... B-boję się jej? — rzucił Lupin, dłubiąc widelcem w swoim jedzeniu, starając się nie podnosić wzroku na krewniaka. — I to tak na serio. Jakoś z miesiąc temu pomogłem jej pozbyć się bogina, który zrobił sobie leże w magazynku i... Noo... Gdy przed nim stanąłem, to zmienił się w nią. — Skrzywił się na to wspomnienie. Starał się nie dawać po sobie poznać, że ma skomplikowaną relację z czarownicą, jednak starcie z boginem obwieściło to jej dosyć... bezpośrednio. — Czasem m-mam wątpliwości czy dożyje do końca tego stażu, w-wiesz?
Gdyby miał na głowie tylko i wyłącznie utrzymanie się w Szpitalu św. Munga, to może nie byłoby tak źle. Ale przecież teraz na każdym kroku czaiły się jakieś problemy lub zagrożenia! Śmierciożercy, którzy coraz śmielej sobie poczynali. Charlie, który musiał się ukrywać pod fałszywym nazwiskiem i zmienioną facjatą. Rytuał miłości, który wszystko... tak bardzo przyspieszył w kwestii jego relacji z Heather. A kto wie, co czeka ich na jesień? Znając życie, będzie tylko gorzej.
— Nie będzie żadnego wesela — zapowiedział, kręcąc gwałtownie głową. — Na pewno nie w tym roku. Nie mam nawet pierścionka. O-oświadczyłem się drewnianą zakrętką zerwaną z balustrady w rezydencji jakichś bogoli. Chcę jej dać coś super. Wesele to nie jest... Tani interes, co nie? — Westchnął przeciągle. — Nie mam na to pieniędzy. Czasem wątpię, żeby stać mnie było na wynajęcie czegokolwiek w Londynie. A nie chcę też, żeby starzy Heather za wszystko płacili.
Nawet jeśli by to proponowali, pomyślał przelotnie, starając się nie ulec swym wątpliwościom. Podejrzewał, że gdyby faktycznie przyszło co do czego, to Woodowie wyłożyliby pieniądze na tę imprezę, kwitując to czymś w stylu ''no skoro uwolnisz nas o Heather hehe'' czy ''zasługujecie na to, co najlepsze''. Ba, jakby się tak nad tym zastanowić, to Ruda pewnie mogła spokojnie opłacić wszystko z własnej kieszeni. Bądź co bądź, jej skrytka nie należała do pustych, biorąc pod uwagę jej karierę w Harpiach.
— Coś musiałem zrobić! — Wyrzucił dłonie w górę, czerwieniąc się na komentarz Cedrica. — Ludzie zaczęli już do mnie wypisywać, co właściwie mnie łączy z Heather, bo wersja prasy nie zgadzała się z tym, co krążyło wśród naszych znajomych. Jakoś to musiałem naprostować. No i... Ona lubi, jak o niej gadają. Więc... Chyba było jej nawet miło?
Podrapał się po głowie, po czym zaśmiał się na pytanie, co mówi mu serce.
— Kilka rzeczy: że nie powinienem robić nic bo wtedy sytuacja będzie ''zawieszona'' i nie będzie mi groził żaden stres. Podpowiada mi też, że powinienem ją wywieźć do jednej z rezydencji jej matki, bo Brygada ją w pewnym momencie wykończy zanim mi się to uda. Z trzeciej strony... Że powinniśmy sami oswoić się z sytuacją i wspólnie zdecydować, co zrobić dalej?
Może poczucie obowiązku względem pacjentów było czymś, co przychodziło z wiekiem i większym doświadczeniem zawodowym? Oczywiście, Cameronowi zależało na dobru pacjentów i starał się traktować swoją pracę tak poważnie, jak tylko się dało, jednak... Nie widział w tym misji. Medycyna, eliksirowarstwo i zaklęcia lecznicze były po prostu czymś, do czego miał dryg. Wyzwaniem, któremu udawało mu się sprostać w czasach szkolnych.
Ciekawostką, która przerodziła się w jedyną rzecz, w jakiej faktycznie był dobry. Po prostu nie widział dla siebie innej drogi. Owszem, istniały rozwidlenia: mógł porzucić szpital i przenieść się do apteki czy leczyć ludzi ''na wpół oficjalnie''. Ale znalezienie zajęcia w zupełnie innej dziedzinie wydawało mu się czymś niewyobrażalnym. To byłoby zbyt duże wyjście ze stefy komfortu, ae w ostatnim czasie i tak był zmuszony do aż nader częstego wyściubiania nosa poza jej granice.
— Ekhm... Cóż... B-boję się jej? — rzucił Lupin, dłubiąc widelcem w swoim jedzeniu, starając się nie podnosić wzroku na krewniaka. — I to tak na serio. Jakoś z miesiąc temu pomogłem jej pozbyć się bogina, który zrobił sobie leże w magazynku i... Noo... Gdy przed nim stanąłem, to zmienił się w nią. — Skrzywił się na to wspomnienie. Starał się nie dawać po sobie poznać, że ma skomplikowaną relację z czarownicą, jednak starcie z boginem obwieściło to jej dosyć... bezpośrednio. — Czasem m-mam wątpliwości czy dożyje do końca tego stażu, w-wiesz?
Gdyby miał na głowie tylko i wyłącznie utrzymanie się w Szpitalu św. Munga, to może nie byłoby tak źle. Ale przecież teraz na każdym kroku czaiły się jakieś problemy lub zagrożenia! Śmierciożercy, którzy coraz śmielej sobie poczynali. Charlie, który musiał się ukrywać pod fałszywym nazwiskiem i zmienioną facjatą. Rytuał miłości, który wszystko... tak bardzo przyspieszył w kwestii jego relacji z Heather. A kto wie, co czeka ich na jesień? Znając życie, będzie tylko gorzej.
— Nie będzie żadnego wesela — zapowiedział, kręcąc gwałtownie głową. — Na pewno nie w tym roku. Nie mam nawet pierścionka. O-oświadczyłem się drewnianą zakrętką zerwaną z balustrady w rezydencji jakichś bogoli. Chcę jej dać coś super. Wesele to nie jest... Tani interes, co nie? — Westchnął przeciągle. — Nie mam na to pieniędzy. Czasem wątpię, żeby stać mnie było na wynajęcie czegokolwiek w Londynie. A nie chcę też, żeby starzy Heather za wszystko płacili.
Nawet jeśli by to proponowali, pomyślał przelotnie, starając się nie ulec swym wątpliwościom. Podejrzewał, że gdyby faktycznie przyszło co do czego, to Woodowie wyłożyliby pieniądze na tę imprezę, kwitując to czymś w stylu ''no skoro uwolnisz nas o Heather hehe'' czy ''zasługujecie na to, co najlepsze''. Ba, jakby się tak nad tym zastanowić, to Ruda pewnie mogła spokojnie opłacić wszystko z własnej kieszeni. Bądź co bądź, jej skrytka nie należała do pustych, biorąc pod uwagę jej karierę w Harpiach.
— Coś musiałem zrobić! — Wyrzucił dłonie w górę, czerwieniąc się na komentarz Cedrica. — Ludzie zaczęli już do mnie wypisywać, co właściwie mnie łączy z Heather, bo wersja prasy nie zgadzała się z tym, co krążyło wśród naszych znajomych. Jakoś to musiałem naprostować. No i... Ona lubi, jak o niej gadają. Więc... Chyba było jej nawet miło?
Podrapał się po głowie, po czym zaśmiał się na pytanie, co mówi mu serce.
— Kilka rzeczy: że nie powinienem robić nic bo wtedy sytuacja będzie ''zawieszona'' i nie będzie mi groził żaden stres. Podpowiada mi też, że powinienem ją wywieźć do jednej z rezydencji jej matki, bo Brygada ją w pewnym momencie wykończy zanim mi się to uda. Z trzeciej strony... Że powinniśmy sami oswoić się z sytuacją i wspólnie zdecydować, co zrobić dalej?