07.06.2024, 15:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.06.2024, 16:42 przez Thomas Hardwick.)
Wiedział, że czasami wymagał od życia przy dużo, miał jednak gdzieś myśl, że może spędzenie jednego, spokojnego dnia z rodziną, to jednak nie aż tak wymyślne wymagania. Widać się mylił.
Czuł się, cóż, źle. Tak bardzo chciał, by jego rodzeństwo i rodzice dogadywali się między sobą, dogadywali się przede wszystkim z nim. A z każdym takim spotkaniem, wydawało mu się, że to jednak nie do końca możliwe.
Chyba trochę rozumiał, co popchnęło Lizzie do zrobienia tego, co w chwili widać złości strzeliło jej do łba. On także widząc żrącą się rodzinę miał ochotę spalić wszystko w cholerę, przez co zniknąłby powód do kłótni. Słyszał, jak jego młodsza nadal zanosi się płaczem, zdając sobie sprawę, jak bardzo kochała każdego z Hardwicków. Tak samo jak on.
Chyba przygniotło go właśnie w tej chwili, na tyle, że nawet jego magia w tej chwili zawiodła.
Czuł narastającą w sercu gulę, zastanawiając się, czy to nie lepiej, zaraz jednak do akcji wpadła Brenna, która niemalże w chwilę opanowała sytuację, wyczarowując z różdżki strumień na miarę porządnego węża strażackiego.
Mathias nawet nie zdążyć wrócić z pierwszym wiaderkiem, gdy po pożarze zostało jedynie mokre, nadpalone siano i trochę wody.
Dało się słyszeć głębokie odetchnięcie, oraz uderzenie metalowego wiadra o ziemię.
- Było niebezpiecznie - powiedział mężczyzna, patrząc na resztę rodziny, która powoli się przy nich zbierała.
Connor i Marnie zaczęli natychmiast oglądać straty, oceniając, czy są poważne, Abigail dalej pocieszała Lizzie, która powoli się uspokajała, mama ich wszystkich po prostu na nich patrzyła, trzymając rękę przy ustach, samej mając łzy w oczach.
Albert przyglądał się wszystkiemu, stojąc dalej, jakby bojąc się w to wszystko zaangażować, na ganek zaś wyjechał w końcu ojciec, któremu towarzyszyła Samantha i zaciekawione dzieciaki, którym zapewne ktoś zabronił się zbliżać.
- Dzięki - powiedział w końcu Thomas do Brenny, lekko zachrypniętym głosem, przerywając ciszę, która na chwilę zapadła. A gdy ta została przerwana, Cassandra w końcu nie wytrzymała.
- Tak nie może być - zaczęła z lekko łamiącym się głosem, ale zapewne na tyle głośno, że każdy ją słyszał. - Koniec tego! Nie godzę się na dalsze rozrywanie tej rodziny. MATTHEW! JUTRO DZIELISZ WSZYSTKO NA PIŚMIE. Będzie tak jak ojciec zadecyduje. Komuś się nie podoba? Trudno. To będzie jego decyzja, którą następnie potwierdzi notariusz - tu spojrzała na Mathiasa.
Westchnęła ciężko.
- Wróćmy może do domu? Uspokoimy się trochę?
- My wrócimy do siebie - odparł sucho Albert, idąc w stronę samochodu. Zaraz za nim, widać z ponurą miną, ruszyła Samantha z ich synem, który pożegnał się z resztą machając ręką. Znów zapadła cisza, w której wszyscy chyba przetrawiali zachowanie najstarszego z synów.
Chmury, które wcześniej już zaczęły się nad nimi gromadzić, zaczynały przybierać coraz ciemniejszą barwę, osiągając na horyzoncie niemal granatowy kolor. Zbierało się na burzę. Nie, żeby ta nie przeszła właśnie przez życie Thmoasa, choć w trochę innej formie.
- Jesteś jeszcze głodna? - zapytał Brennę, nie mając pojęcia, czy woli już po tym wszystkim wracać do domu, czy jednak może Hardwickowie nie zrazili jej do siebie kompletnie. Zrobią tak, jak będzie chciała.
Czuł się, cóż, źle. Tak bardzo chciał, by jego rodzeństwo i rodzice dogadywali się między sobą, dogadywali się przede wszystkim z nim. A z każdym takim spotkaniem, wydawało mu się, że to jednak nie do końca możliwe.
Chyba trochę rozumiał, co popchnęło Lizzie do zrobienia tego, co w chwili widać złości strzeliło jej do łba. On także widząc żrącą się rodzinę miał ochotę spalić wszystko w cholerę, przez co zniknąłby powód do kłótni. Słyszał, jak jego młodsza nadal zanosi się płaczem, zdając sobie sprawę, jak bardzo kochała każdego z Hardwicków. Tak samo jak on.
Chyba przygniotło go właśnie w tej chwili, na tyle, że nawet jego magia w tej chwili zawiodła.
Czuł narastającą w sercu gulę, zastanawiając się, czy to nie lepiej, zaraz jednak do akcji wpadła Brenna, która niemalże w chwilę opanowała sytuację, wyczarowując z różdżki strumień na miarę porządnego węża strażackiego.
Mathias nawet nie zdążyć wrócić z pierwszym wiaderkiem, gdy po pożarze zostało jedynie mokre, nadpalone siano i trochę wody.
Dało się słyszeć głębokie odetchnięcie, oraz uderzenie metalowego wiadra o ziemię.
- Było niebezpiecznie - powiedział mężczyzna, patrząc na resztę rodziny, która powoli się przy nich zbierała.
Connor i Marnie zaczęli natychmiast oglądać straty, oceniając, czy są poważne, Abigail dalej pocieszała Lizzie, która powoli się uspokajała, mama ich wszystkich po prostu na nich patrzyła, trzymając rękę przy ustach, samej mając łzy w oczach.
Albert przyglądał się wszystkiemu, stojąc dalej, jakby bojąc się w to wszystko zaangażować, na ganek zaś wyjechał w końcu ojciec, któremu towarzyszyła Samantha i zaciekawione dzieciaki, którym zapewne ktoś zabronił się zbliżać.
- Dzięki - powiedział w końcu Thomas do Brenny, lekko zachrypniętym głosem, przerywając ciszę, która na chwilę zapadła. A gdy ta została przerwana, Cassandra w końcu nie wytrzymała.
- Tak nie może być - zaczęła z lekko łamiącym się głosem, ale zapewne na tyle głośno, że każdy ją słyszał. - Koniec tego! Nie godzę się na dalsze rozrywanie tej rodziny. MATTHEW! JUTRO DZIELISZ WSZYSTKO NA PIŚMIE. Będzie tak jak ojciec zadecyduje. Komuś się nie podoba? Trudno. To będzie jego decyzja, którą następnie potwierdzi notariusz - tu spojrzała na Mathiasa.
Westchnęła ciężko.
- Wróćmy może do domu? Uspokoimy się trochę?
- My wrócimy do siebie - odparł sucho Albert, idąc w stronę samochodu. Zaraz za nim, widać z ponurą miną, ruszyła Samantha z ich synem, który pożegnał się z resztą machając ręką. Znów zapadła cisza, w której wszyscy chyba przetrawiali zachowanie najstarszego z synów.
Chmury, które wcześniej już zaczęły się nad nimi gromadzić, zaczynały przybierać coraz ciemniejszą barwę, osiągając na horyzoncie niemal granatowy kolor. Zbierało się na burzę. Nie, żeby ta nie przeszła właśnie przez życie Thmoasa, choć w trochę innej formie.
- Jesteś jeszcze głodna? - zapytał Brennę, nie mając pojęcia, czy woli już po tym wszystkim wracać do domu, czy jednak może Hardwickowie nie zrazili jej do siebie kompletnie. Zrobią tak, jak będzie chciała.