Skupiona na Owenie, na udzielaniu mu pomocy, nie zwracała uwagi na to, co w tym czasie robiła Millie. Nie była więc w stanie zareagować na to, co ta postanowiła zrobić. Powiedzieć jej, co na ten temat myślała. Bo z perspektywy Penny, narażanie się ich obu na atak tych przeklętych korzeni, było głupotą. Może nawet skrajną głupotą. Co gdyby z sąsiedniego korytarza nikt nie przyszedł, a one dwie tak po prostu zawisłyby tuż obok Bagshota? Ruda była zbyt młoda, żeby tutaj umrzeć. A do tego zbyt łatwa i za bardzo utalentowana. Takie tam bla bla bla.
- Wolę swoją pracownie. – odpowiada. Nie jest w stanie wyobrazić sobie samej siebie w BUM. No i przede wszystkim nic ciągnie jej do narażania własnego życia dla innych osób. Najczęściej obcych osób i do tego pewnie nawet nie będących w stanie należycie tego poświęcenia docenić. A Penny uwielbiała być doceniana i chwalona. Łechtało to przyjemnie jej ego. – Przykro mi, że muszę pana rozczarować, ale pracownicy naszego Ministerstwa są ostatnimi czasy na tyle nieporadni, że wyciągnąć z tej pułapki musiała pana zwykła jubilerka. – nie pomyślała, że ten przytyk mógł zostać źle odebrany przez Millie? Albo może była na nią trochę zła i powiedziała to celowo oraz świadomie? Nie miało to większego znaczenia. Słowa padły. Wybrzmiały. Cofnąć się ich nie dało.
Czy ruda faktycznie tak myślała? W zasadzie nie do końca. Ostatnie miesiące nie świadczyły co prawda na korzyść tych u góry, ale też nie były szczególnie łatwe. Sprawy w kraju jakoś tak mocno się skomplikowały. Zapewne podjęcie właściwych decyzji musiało stanowić pewne wyzwanie. Może nawet całkiem spore wyzwanie? Penny starała się jednak zbyt dużo o tym nie myśleć. I tak była tylko zwykłym zjadaczem chleba i nie jej zadaniem było wygłaszanie na ten temat opinii.
- Panie Bagshot, w jaki sposób próbował pan wydostać się na powierzchnie? Zrobić te przejście? – sama miała co do tego kilka pomysłów. Widziała kilka opcji. Nadal jednak za mało wiedzieli na temat tego na co reagowały korzenie; jakich rozwiązań powinni unikać. Bo to, że były niebezpieczne… na to wskazywało wiele.
Cofnęła się krok i drugi. Patrzyła jak mężczyzna wpada na Millie. Podtrzymuje się jej. Kiedy im podziękował, jedynie kiwnęła głową. Nie uśmiechnęła się, bo jakoś tak sytuacja jej do posyłania uśmiechów nie zachęcała. Nawet tych bladych, bardziej niewyraźnych.
Kiedy do kawerny dołączyło dwóch mężczyzn wyglądających znajomo, odetchnęła z ulgą. Nie znała ich co prawda dobrze, w zasadzie to nie znała ich wcale, ale nie sądziła żeby mieli być problemem. Isaaca spotkała kiedyś na przyjęciu u swoich dziadków, a Basiliusowi… powiedzmy, że towarzyszyła jeszcze kilka godzin temu. Choć też ciężko to nazwać towarzyszeniem. Podczas całej tej wyprawy do miasta, mocno bowiem odczuwała, iż jest tylko kolejnym kołem u wozu i komfortowo poczuła się dopiero w momencie kiedy razem z Peppą udały się do biblioteki.
Nadal jednak jego towarzystwo zdawało się teraz bardziej komfortowe niż kogoś obcego.
- Pan Bagshot potrzebuje pomocy medycznej, możliwe iż całkiem długo wisiał w tej kawernie, przytrzymywany przez korzenie. Udało mi się go uwolnić, ale nic więcej nie jestem w stanie zrobić. – poinformowała medyka, jak tylko dotarł na miejsce. Liczyła, że ten zajmie się poszkodowanym historykiem. Pomoże mu dojść do siebie. Trochę wody. Może jakiś eliksir, który pomoże mu odzyskać choćby część sił? Nie znała się na tym, ale Terry, jej Terry, tworzył różne takie rzeczy. Miała nadzieje, że Basilius coś przydatnego będzie miał pod ręką.
Nieszczególnie zwracała uwagę na to, co mówili w tym czasie Isaac i Owen. Część słów jednak do niej rzecz jasna dotarła. Nie wydawało się, aby ktokolwiek musiał się tutaj z czymkolwiek wtrącać. Dopiero kiedy padło pytanie o pomysły, Penny spojrzała przelotnie na Millie. Później na pozostałych, wracając koniec końców do Owena.
- Nie mam pojęcia, ale skoro nie zareagowały agresywnie na transmutacje, może w ten sposób pozwoliłyby nam stworzyć przejście? – zawahała się. Nadal było to bowiem dość ryzykowne. A i ona sama, choć z transmutacji korzystała w swojej pracowni, to nie była też w tym na tyle biegła, żeby się tego podjąć. – Moglibyśmy spróbować zabezpieczyć się jakimiś zaklęciami ochronnymi. Albo może runami? Znam się na runach.
Nie zamierzała jednak przy żadnej z tych opcji się upierać. I łatwo było się tego domyślić. Brak pewności siebie był możliwy do wychwycenia w jej postawie i wypowiadanych słowach.